Z Tomaszem Patorą o dziennikarstwie śledczym rozmawia Marek Palczewski.
Tomasz Patora (rocznik 1973). Łodzianin, pierwsze kroki dziennikarskie stawiał w liceum, zakładając jako działacz Federacji Młodzieży Walczącej drugoobiegowe pismo młodzieżowe „Glizda”. Na studiach trafił do łódzkiego oddziału „Gazety Wyborczej”, gdzie pracował 17 lat. Najpierw jako dziennikarz zajmujący się głownie sprawami sadowymi i policyjno-prokuratorskimi, później jako kierownik działu mi w końcu przez osiem lat jako dziennikarz śledczy. W 2008 roku odszedł z dziennikarstwa, do zawodu wrócił rok później jako reporter śledczy programu „Uwaga” TVN, gdzie pracuje do dziś. W wolnych chwilach uczy dziennikarstwa- głównie śledczego- studentów Uniwersytetu Wrocławskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Najważniejsze nagrody i wyróżnienia:
2001 nagroda SDP za tekst „Pan na funduszu” ( wspólnie z Marcinem Stelmasiakiem)
2002 nagroda im. Kurta Schorka Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku za tekst „Łowcy skór”
2002 nagroda Grand Press za tekst „Łowcy skór” wspólnie z M. Stelmasiakien
Siedem nominacji do nagrody Grand Press (ostatnia w 2010 r. za reportaż telewizyjny „Koktajl Gapika”. Nagroda mediatory -detonator 2010 za reportaż telewizyjny „Koktajl Gapika”
Sprawa Lechosława Gapika - seksuologa molestującego pacjentki i afera solna, to tylko dwa z wielu reportaży, po których znowu zrobiło się o tobie głośno, ale już nie jesteś dziennikarzem prasowym, lecz telewizyjnym. Jak się czujesz w tej skórze i co musiałeś zrobić, żeby wrócić na scenę?
W głębi duszy nadal czuje się dziennikarzem prasowym, pracującym w telewizji. Choć oczywiście przejście było trudne. Wcześniej moje związki jako dziennikarza prasowego z telewizją były dość luźne. Jednak, by móc nadal zajmować się dziennikarstwem śledczym musiałem to zrobić. Oczywiście musiałem się bardzo wiele nauczyć, pewnie najwięcej od czasu moich dziennikarskich debiutów. Można by godzinami mówić o warsztacie, pracy z ekipą, czy myśleniu obrazem, ale dla mnie najważniejsze było zachowanie w sobie tego charakterystycznego dla dziennikarza prasowego zimnego, merytorycznego podejścia; tego, że każda historia musi być opowiedziana z szacunku do odbiorcy w sposób logiczny, spójny i kompletny. Starałem się zapomnieć o niedogodnościach wynikających z telewizyjnej formy opowiadanych historii i skupić się na plusach polegających na możliwości uzyskania w pewnych sytuacjach bezdyskusyjnych dowodów w postaci nagrań. I czasem to się udaje.
Niedługo rozpocznie się proces Lechosława Gapika, ale on się broni przed zarzutami prokuratorskimi. Co do soli, to nie zainteresował się tą sprawą Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a Główny Inspektorat Weterynarii nie podziela opinii, że sól techniczna jest szkodliwa dla ludzi - więc jak to jest z dziennikarstwem śledczym: jest skuteczne czy nie?
Na szczęście miarą skuteczności dziennikarza śledczego nie jest skrucha czy też poczucie winy u negatywnych bohaterów. Innymi słowy, czarni bohaterowie płaczą tylko na tanich filmach. Czasem, przy okazji niejako, tryby państwa zrobią swoje - kilku łowców skór siedzi w więzieniu, jeden pewnie do końca życia. Prokuratura oskarżyła profesora Gapika o molestowanie, biegły podzielił ten pogląd, będzie proces. W sprawie soli, fałszerzy czeka proces, a w tłumaczenia organów państwa chyba niewielu - na szczęście - uwierzyło. Zresztą dziś publikujemy kolejny materiał, w którym udowadniamy cichcem podmieniane w inspektoracie weterynarii dokumenty w tej sprawie, tak by obywatele nie dowiedzieli się, że w zabezpieczonej soli zostały przekroczone normy rtęci i ołowiu. Bez dziennikarskiej pracy ujawnienie tych spraw nie byłoby możliwe. I na zawsze pozostałyby one w ukryciu.
Wiele twoich koleżanek i kolegów odeszło od dziennikarstwa śledczego, choćby Marcin Stelmasiak, Przemek Witkowski, z którymi wykryłeś aferę łowców skór, czy Anna Marszałek. Czy dziś dziennikarstwo śledcze ma ten sam sens i smak jak dawniej?
Oczywiście dziennikarstwo śledcze ma sens. Problem w tym, że coraz trudniej je uprawiać. Jeśli coraz częściej media postrzegane są jako produkt taki sam, jak proszek do prania, jeśli coraz bardziej będziemy starać się dogodzić i schlebiać odbiorcy, bawiąc go, a w coraz mniejszym stopniu uświadamiać mu jak wygląda rzeczywistość, to jest to dla dziennikarstwa, a przede wszystkim dla dziennikarstwa śledczego, początek końca. Koniec dziennikarstwa rozumianego jako czwarta władza, dziwna labilna siła która naoliwia skrzypiące tryby aparatu państwowego. Proszę sobie uświadomić, że dziś, 10 lat po wykryciu przez nas największej afery w wolnej Polsce sprawy „łowców skór” w łódzkim pogotowia, prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie jej wykryć w taki sposób, jak to wtedy zrobiliśmy. Przez mozolną blisko roczną pracę! To cud, że jest jeszcze kilka miejsc, gdzie można uprawiać ten zawód, ale czuję się trochę jak kilkadziesiąt lat temu musiał czuć się zdun - jak jeden z epigonów. Z tą różnicą, że po odejściu zdunów ciepło dawały piecyki elektryczne i gazowe, a jeśli chodzi o moja branżę, to nie widzę na horyzoncie niczego, co by spełniało podobną rolę.
Chciałbym jeszcze wrócić do 2005 roku i tekstu o aferze, której nie było - w Komendzie Głównej Policji, którego byłeś współautorem. Czy do dziś musisz się z tamtej sprawy tłumaczyć? Czy zadra pozostała, czy mówisz sobie „było, minęło"?
Tłumaczyć się nie muszę, pierwszy raz od pięciu lat ktoś mnie pyta o tę sprawę. Myślę, że także dlatego, że wówczas sami przyznaliśmy się do błędu, przeprosiliśmy zań i nie unikaliśmy odpowiedzi na żadne pytanie. Błędów nie popełnia ten, kto śpi, ważne by z nich - tak jak i z sukcesów - wyciągać wnioski. Natomiast pamiętam, że szlag mnie ciężki trafiał, gdy słyszałem zarzut jakobyśmy ujawnili naszego informatora. Nigdy tego nie zrobiliśmy - ujawniliśmy jedynie szefa olsztyńskiego CBŚ, który - przypomnę - świadomie kłamał na temat policyjnej akcji, którą miał sam organizować i przeprowadzić. Jego rolę - rolę prowokatora w tej sprawie - potwierdziło zresztą późniejsze śledztwo. To o tyle ważne, że w polskim dziennikarstwie mieliśmy w ostatnich kilkunastu latach rzeczywiste przypadki złamania tajemnicy dziennikarskiej.
Tyle, że - co ciekawe - przeszły one bez echa - przez media i środowisko medioznawców.
