Z Piotrem Lisiewiczem, felietonistą, publicystą i happenerem o innej twarzy „moherów”, postawieniu Lenina pod sąd i przedwojennym dziennikarstwie rozmawia Kajus Augustyniak
Piotr Lisiewicz, ur. 1972, dziennikarz, happener, współzałożyciel i działacz Akcji Alternatywnej „Naszość” oraz Komitetu Wolny Kaukaz. Szef działu krajowego „Gazety Polskiej” oraz działu publicystyki „Gazety Polskiej Codziennie”, współpracuje także z „Nowym Państwem” i serwisem informacyjnym Niezależna.pl.
Niewielu dziennikarzy w Polsce ma swoje fankluby. Ty masz…
No jest taki w internecie. Byłem ostatnio na zlocie klubów Gazety Polskiej, na którym występowałem w charakterze niedźwiedzia z Krupówek. Jest grono ludzi, może niezbyt szerokie, dla których to, co piszę, jest ważne, odnajdują w tym siebie. Oni są tacy „swoi”, są zupełnym zaprzeczeniem sztywniactwa, jakie chciałaby w nich widzieć „warszawka”, nie obrażając prawdziwych warszawiaków. Paradoks polega na tym, że duża część tzw. „moherów” potrafi entuzjastycznie rzucać się na szyję ewidentnemu świrowi, piszącemu takie głupoty jak ja.
Ale nie sam założyłeś na Facebooku fanklub Piotra Lisiewicza?
[śmiech] Nie, w ogóle nie mam konta na Facebooku. O tym klubie dowiedziałem się od znajomych.
Ile razy w wolnej Polsce stawałeś przed sądem?
Myślę, że więcej niż kilkanaście razy, może ze dwadzieścia parę. Przeważnie były to sprawy o wykroczenia, oprócz jednej karnej, czyli słynnego wystąpienia na terenie konsulatu rosyjskiego w Poznaniu w 2000 roku, kiedy zdjęliśmy z masztu flagę rosyjską, a wciągnęliśmy czeczeńską. Wtedy dostałem wyrok - osiem miesięcy w zawieszeniu na trzy lata. Przypomnę, że był to protest przeciwko masakrze w Czeczenii dokonanej na oczach świata. Spraw za happeningi nie sposób zliczyć. Najsłynniejsza była sprawa Lenina, czyli zarzut, że „wprowadziłem funkcjonariusza policji w błąd co do tożsamości własnej, informując, że nazywam się Włodzimierz Illicz Lenin”. Głośna była też sprawa, gdy przebrani za jelenie przyszliśmy na wiec SLD – jako wyborcy SLD, którzy zostali zrobieni w jelenia. Sporo tego było.
Kim więc właściwie jesteś: dziennikarzem czy happenerem?
Po trosze jednym i drugim. Taki gatunek, do jakiego należę, często występował przed wojną. Dzisiaj obowiązuje maniera, która ważnym panom redaktorom każe pozować na pseudoobiektywizm. Mamy dziennikarzy przeprowadzających wywiady w telewizji, którzy robią wszystko, żeby udawać, że nie mają własnych poglądów, a ich prawdziwym celem jest manipulacja, wspieranie władzy, establishmentu. Przed wojną było tak, że każdy wiedział, jakie poglądy ma Antoni Słonimski, jakie Adolf Nowaczyński, a jakie Zygmunt Nowakowski, wymieniając paru najważniejszych felietonistów tego czasu. Walono prawdę wprost. Do tej szkoły się poczuwam, ta jest mi bliska. Jestem połączeniem happenera-menela i kogoś, kto znalazł swoje miejsce w kilku gatunkach dziennikarskich. W satyrycznej rubryce „Zyziu na koniu Hyziu” w „Gazecie Polskiej” przydaje mi się poczucie humoru wyniesione z happeningów, bo kontestuję tam establishment dziennikarski III RP. Z kolei pisanie do „Nowego Państwa” sylwetek literatów, satyryków, różnych barwnych postaci dwudziestolecia międzywojennego i emigracji polskiej to pokazywanie, że Polska była kiedyś zupełnie inna, niż to, co mamy teraz.
Niekiedy piszesz teksty bardzo poważne, jak w tymże Nowym Państwie „Salon, przedpokój, ulica”…
Na codzień satyrę pisze się trudniej, niż teksty poważne. Więcej dłubania. Ale ta perspektywa pozwala często widzieć rzeczy wyraźniej, z innej perspektywy, niż w przypadku autorów piszących na co dzień komentarze na serio. To budzi pokusę, by raz na jakiś czas tymi spostrzeżeniami podzielić się z czytelnikami w formie analizy czy eseju.
Wspomniałem ten konkretny artykuł, bo zastanawiałem się jak pogodzić faceta stającego z planszą „Cześć chłopaki, jestem wariat, spalę wam dziś komisariat” z autorem tekstu odbieranego przez wiele osób jako poważna analiza stanu współczesnej polskiej polityki. To rzadka rzecz dzisiaj…
Ale w przedwojennym polskim dziennikarstwie wcale tak nie było. Dziś słuchając Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, czy innych gwiazd dziennikarstwa widzimy w nich z jednej strony pozowanie na luz, z drugiej kiepsko maskowane nadęcie. Dla mnie wybitnym dziennikarzem nie jest nadęty celebryta z okienka, a lokalny dziennikarz z niedużego miasta opisujący tamtejsze równie wszechwładne, co prymitywne sitwy.
A powaga? W świecie Olejnik i Lisa jeśli jesteś ważnym dziennikarzem, to musisz mieć na sobie drogi garnitur i nie możesz z siebie robić błazna. W przedkomunistycznym polskim dziennikarstwie było inaczej. Marian Hemar potrafił pisać satyry, rzeczy absolutnie lekkie i żartobliwe, ale w ważnych momentach naszej historii także teksty bardzo poważne i ważne. I stwierdzał programowo, że w takiej twórczości powinno być miejsce „na satyrę, na patos, na Tango Milonga, na cynizm i na liryzm, na clowna idiotyzm, na erotyzm, egotyzm i na patriotyzm”. Dziś faktycznie to łączenie postaw jest rzadkie, jestem trochę ewenementem.
A tekst „Salon, przedpokój, ulica”?
Tekst „Salon, przedpokój, ulica” to najuczciwsze, na jakie było mnie stać wyciągnięcie wniosków ze Smoleńska. Myślę, że bycie happenerem nie zwalnia w dramatycznym momencie polskiej historii od opowiedzenia się po stronie prawdy i opisania jej na miarę własnych, skromnych możliwości. Autor „Czerwonych maków na Monte Cassino” Feliks Konarski przed wojną pisał wesołe teksty do kabaretów, rewii. Podobnie jak praktycznie całe środowisko przedwojennych ludzi kabaretu, sprawdził się, gdy obowiązkiem polskiego twórcy było pisać mniej beztrosko.
Znajdujesz innych dziennikarzy, którzy by hołdowali podobnemu podejściu do zawodu?
Przedwojenna Polska pełna była wolnych duchów, oryginałów - różnych Franców Fiszerów, Wieniawów, Witkacych, Łobodowskich. Dziś to gatunek w zaniku. Rechoczących celebrytów, bufonów, dziwek establishmentu mamy za to pod dostatkiem.
Oryginałów ze świecą szukać. Niedawno zmarł jeden z nielicznych - nasz redakcyjny kolega Jacek Kwieciński, z którym nieraz się spierałem, na moje wariactwa patrzył jako konserwatysta krytycznie. Ale był dla mnie i dla wielu niedościgłą ikoną niepodległego dziennikarstwa, oryginałem, odpalającym jednego papierosa od drugiego, unikającym oficjalnych rautów i piszącym zawsze co myśli, bez żadnych kompromisów. Jeszcze...
Maciej Rybiński?
Oczywiście – mistrz! Zabawne było, jak różne miernoty bały się zareagować na jego równające je z ziemią felietony. Było dla mnie zupełnie jasne, że przekora Macieja Rybińskiego była przeniesionym w dzisiejsze czasy duchem ludzi niepodległej Polski, Wiecha czy Nowaczyńskiego, o których opowiadał. Potrzebujemy dziś ich wychowanków, wolnych ludzi, oryginałów, jak powietrza. Bez takich nie ma wolnego kraju.
