Z Ewą Barlik o propozycjach do prawa prasowego, sprostowaniach, autoryzacji i artykule 212 rozmawia Błażej Torański.

Ewa Barlik jest dyrektorem biura Stowarzyszenia Gazet Lokalnych od 2005 roku. Wcześniej była dziennikarką i redaktorem w „Rzeczpospolitej” (1991-2002), dyrektorem marketingu „Rzeczpospolitej” i „Muratora”. Pisze książki i artykuły dotyczące biznesu, zarządzania, komunikowania. Jest doradcą PR.

Opowiadasz się, jak senackie komisje (na posiedzeniach 9 maja b.r. –red. ), za zachowaniem  w prawie prasowym jedynie sprostowań, bez odpowiedzi?

Jestem za tym, bo wielokrotnie przesadzano z odpowiedziami, które były większe od tekstu. To źle wygląda w gazetach, ale przede wszystkim chodzi o to, aby unikać - pod pretekstem opublikowania odpowiedzi - autopromocji.

Jest w ogóle problem ze sprostowaniami i odpowiedziami w gazetach lokalnych?

Jak we wszystkich gazetach. Sprostowania nadsyłane  do małych tytułów są najczęściej napisane przez adwokatów lub radców prawnych, a wydawcy  gazet lokalnych z reguły nie zatrudniają prawników i nie potrafią się do nich odnieść. To są nierówne podmioty.

Sprostowanie winno odnosić się do faktu, nie opinii?

Wyłącznie do faktu. Opinie każdy ma prawo wyrażać, nawet jeśli są dziwne. Zresztą opinie są bardzo wyraźnie wyrażane przez linię gazet.

Wyegzekwowanie sprostowań w ogólnopolskich dziennikach graniczy z cudem. Tak samo jest w gazetach lokalnych?

Nie. Miałam ostatnio taki przypadek: wydawca w tekście publicystycznym popełnił błąd dotyczący urzędu, ale drobny, formalny, nadający się jednak do sprostowania. Nikt jednak z tym wydawcą nie dyskutował, tylko od razu podał go do sądu. Sprawa jest kuriozalna, ale często tak się dzieje. Podstawowym zadaniem gazety lokalnej jest pilnowanie przejrzystości władzy samorządowej, a wiadomo, że władza zachowuje się różnie. Bywa, że z gazetą nieprzychylną, która ostro ją recenzuje, władza polemizuje przy pomocy ogłoszeń prasowych, które zamieszcza na łamach tej samej gazety. Nie ma powodu, aby tego nie publikować. Nie jest to zresztą otwarta wojenka, tylko sprytna, inteligentna polemika.

Jerzy Wizerkaniuk, redaktor naczelny „Gazety Kościańskiej” wygrał w Strasburgu z polskim wymiarem sprawiedliwości, uchylając lekko drzwi do zniesienia autoryzacji. Najnowszy projekt nowelizacji prawa prasowego dostosowuje się do orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z lipca 2011, które opowiada się przeciwko karaniu dziennikarza i wydawcy za nieautoryzowaną publikację. Czy to oznacza koniec autoryzacji?

Moim zdaniem nie. Zdarza się jednak, że rozmówca podczas autoryzacji przewraca materiał do góry nogami. Bywa, że nad tekstem zbierają się konsylia prawników, pijarowców, doradców. Zaczynają go pisać od nowa, zmieniają nawet pytania. A to jest absurdalne, jeśli autor dostaje wywiad, którego nie poznaje. Autoryzacja powinna służyć wyszlifowaniu nieskładnych wypowiedzi, poprawieniu błędów.

Jako wieloletnia dziennikarka jesteś przeciwko autoryzacji czy za?

Jestem za, ale rozpatruję to bardziej w kategoriach dobrych obyczajów dziennikarskich, aniżeli prawa. Wyobrażam sobie jednak sytuacje, w których nie sposób autoryzować, bo ktoś jest obecny przez chwilę, a potem nieuchwytny. Autoryzacja, której dokonuje się w urzędach przez doradców, jest fikcją.

Poza tym zabija gazety w czasach ścigania się o to, kto pierwszy ujawni newsa.

Owszem, zwłaszcza, że trudno autoryzować wypowiedzi publiczne. To mija się z celem. Czym innym jest duża wypowiedź czy wywiad. W takich przypadkach nie można z niej zrezygnować.

Ale autoryzacja służy też dziennikarzowi, daje mu szansę na uniknięcie pomyłek.

Chyba to jest lepszy warsztat dziennikarski, jeśli posługujemy się autoryzacją.

Projekt noweli Prawa prasowego autorstwa PSL wymienia osoby i podmioty, które mogą być wydawcą. Uprawnienia te przypisuje „w szczególności” organom władzy publicznej, przedsiębiorstwom państwowym, partiom politycznym, związkom zawodowym, organizacjom spółdzielczym, samorządowym, społecznym, Kościołowi i innym związkom wyznaniowym. Absurd?

To jakaś bzdura, bo dzisiaj wydawcą prasy może być każdy. Wobec propozycji poselskich, które się teraz pojawiają w Sejmie mam kilka zasadniczych uwag. Nikt nie kwestionuje konieczności zmiany prawa prasowego, które pisał Urban w stanie wojennym. Ale jak słyszę w Sejmie o dekomunizacji Prawa prasowego, to jest ona spóźniona co najmniej 20 lat. Nowe prawo należy się dziennikarzom jak psu zupa, trzeba je jednak dostosować do zmian, jakie zaszły na rynku.

Jakie są tutaj największe oczekiwania gazet lokalnych? Dotyczą tylko tego, kto winien być wydawcą?

Gazety lokalne mają swoje linie programowe, ale nie mogą – i nie chcą - chodzić na pasku biznesu, władzy lub innych grup interesu. Dlatego nie ma sensu narzucać prawnie, kto ma być wydawcą. Dlaczego „w szczególności” wydawcą ma być organ władzy publicznej, a nie „w szczególności” ja czy ty? Absurd. Projekt poselski przejmuje także ze starego prawa podział prasy na dziennik i czasopismo. Tymczasem nie o to chodzi, aby wprowadzać kryterium techniczne, a takim jest częstotliwość. Dla Stowarzyszenia Gazet Lokalnych najważniejszy jest cel aktywności wydawniczej. Nigdzie w projekcie nie ma rozróżnienia na prasę niezależną, informacyjną i komentującą rzeczywistość. A to zasadniczo odróżnia prasę lokalną od biuletynów, które zawierają informację w jednym kierunku, propagandową, promocyjną, wyplutą przez nadawcę: od firmy farmaceutycznej po urząd gminy. Biuletyny w przeciwieństwie do prasy lokalnej nie służą czytelnikom tylko nadawcom. Trzeba więc je wyraźnie oddzielić od niezależnych gazet. Ważna jest depenalizacja.

Równolegle z Prawem prasowym  nowelizować należy kodeks karny, znieść słynny art. 212?

Najwyższy czas, aby przestać straszyć więzieniem dziennikarzy i redaktorów naczelnych. Wystarczą kary grzywny.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl