Z Piotrem Zarembą o potrzebie kordonu sanitarnego wokół Niesiołowskiego, rozbiciu środowiska dziennikarskiego i intuicjach Tuska rozmawia Kajus Augustyniak.
Piotr Zaremba (ur. 1963 w Warszawie) Absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Przez kilka lat pracował jako nauczyciel historii w XXIII liceum Ogólnokształcącym im. Marii Skłodowskiej-Curie, a w pierwszym roku prezydentury Lecha Wałęsy w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Na przełomie lat 1991 i 1992 rozpoczął pracę jako dziennikarz. Publikował w wielu gazetach i czasopismach, m.in. w Życiu Warszawy, Życiu, Rzeczpospolitej, Nowym Państwie, Gazecie Polskiej, Newsweeku, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Polsce The Times. Od października 2010 jest publicystą Rzeczpospolitej, od lutego 2011 tygodnika „Uważam Rze". Autor kilku książek.
Wzywa Pan opozycję do bojkotu posła Stefana Niesiołowskiego.
Trudno powiedzieć, że wzywam. Napisałem, że na miejscu opozycji, a konkretnie PiS i Solidarnej Polski, nie rozmawiałbym z Niesiołowskim bezpośrednio po incydencie z panią Stankiewicz. Jeśli zakładamy, że Stefan Niesiołowski jest problemem, to trzeba pokazać ludziom, że nie siada się z nim do jednego stołu pięć minut po tym zdarzeniu i nie traktuje się go jako normalnego polityka mającego prawo oceniać zachowania innych polityków. Padł kontrargument ze strony posła Hofmana, że nie należy tego robić, bo Niesiołowski szkodzi Platformie. To jest dyskusyjne. Przez całe lata jego wystąpienia towarzyszyły sukcesom Platformy. Żeby zaczął szkodzić PO, trzeba najpierw zbudować wokół niego coś w rodzaju kordonu sanitarnego. Na pewno Niesiołowski nie jest jedynym politykiem, który się źle odnosi do dziennikarzy, to problem różnych postaci z różnych stron sceny, natomiast jest przypadkiem wyjątkowo skrajnym, nieporównywalnym z nikim innym.
Czemu przeciwko bojkotowi Niesiołowskiego występują i Libicki z PO, i Hofman z PiS? Może politycy boją się, że to byłby jakiś precedens?
Być może w przypadku Adama Hofmana działa obawa, że raz uruchomiony mechanizm będzie zastosowany i wobec innych osób. Myślę zresztą, że sytuacja Hofmana i Libickiego jest inna. Libicki jest reprezentantem oficjalnego kursu Platformy, która przyjęła taką wykładnię, że nic się nie stało, a jeżeli się coś stało, to raczej winna jest dziennikarka. Ewentualnie przystaje się na konkluzję, że Niesiołowski jest zbyt impulsywny. W przypadku opozycji jest oczywiście problem – bojkotowanie Niesiołowskiego w mediach, to pozbawianie siebie udziału w tych programach, w których on będzie obecny. A ta opozycja ma poczucie, że i tak jest zepchnięta na margines. Choć przypomnę, że były przypadki bojkotu nawet nie konkretnych osób, a całych stacji. Mam na myśli bojkot TVN przez PiS, zorganizowany z bardziej błahego powodu. Wtedy właściwie opozycja nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego bojkotuje TVN, a na przykład nie bojkotuje Polsatu. Nie było zresztą jakiejś jednej przyczyny tego protestu, teraz zaś mamy do czynienia z bardzo wyraźnym zdarzeniem granicznym.
A dlaczego to politycy mają ten bojkot organizować, a nie dziennikarze?
Wolałbym, żeby to koledzy po fachu bronili pani Stankiewicz, SDP zresztą zabrało w tej sprawie głos. Dziennikarze powinni unikać kontaktu z Niesiołowskim, tyle że ci, którzy są bliżsi opozycji, tych kontaktów w zasadzie już nie mają, Niesiołowski wielokrotnie przecież ogłaszał listy proskrypcyjne „pisowskich lizusów”. Dziennikarze mainstreamowi, jak widać na przykładzie reakcji na potraktowanie pani Stankiewicz, w zasadzie nie widzą z kolei żadnego problemu związanego z Niesiołowskim, a nawet wręcz lubią go zapraszać, bo jest dobrym partnerem do wspólnego natrząsania się z PiS i atakowania opozycji. Liczne przykłady dziennikarskich komentarzy, że to Ewa Stankiewicz jest problemem, zniechęcają do jakichkolwiek prób organizowania bojkotu łączącego różnych dziennikarzy, Zgadzam się tu z komentarzem Michała Karnowskiego: Mnie już nikt nie nabierze na pomysł żeby robić coś czy ogłaszać razem z całym środowiskiem. Skoro to opozycja jest niemal jedyną siłą, która może wypowiedzieć się w obronie dziennikarzy, to chciałbym, żeby postanowiła: na jakiś czas nie siadamy do wspólnego stolika z człowiekiem, który się tak brzydko zachowuje, a ma poczucie bezkarności.
Ale to jest problem bardziej mediów niż polityków…
Próbuje się sprowadzić problem, niesłusznie, do historii relacji między mediami a politykami. A to jest raczej problem nierówności rozmaitych stron politycznych konfliktów: czasem poszkodowani są dziennikarze, czasem politycy czy inne postaci publiczne. Wielu dziennikarzy podejmuje debatę o tym, czy Ewa Stankiewicz sprowokowała Niesiołowskiego czy nie, czy on miał prawo nie chcieć z nią rozmawiać, czy nie, i tu pojawiają się absurdalne analogie, jak u Wojciecha Maziarskiego do historii Adama Bielana i Teresy Torańskiej. Tymczasem pytanie nie dotyczy tego, czy Niesiołowski chciał rozmawiać z Ewą Stankiewicz, a jego zachowania, szamotania się z kamerą, wulgarnych sformułowań. Adam Bielan nie nazywał Teresy Torańskiej „platformerskim ścierwem”, przeciwnie miał duży kłopot w tym, by się do niej dodzwonić. Tu nie ma symetrii.
Można dyskutować na temat charakteru Niesiołowskiego, ale jestem przekonany, że gdyby partia-matka chciała nad nim zapanować, zrobiłaby to w ciągu minuty. To nie jest człowiek, który dopuszczałby się ekscesów wbrew swojemu liderowi. To nie jest też opowieść o nagabywaniu polityków przez media, codziennie jakiś reporter zatrzymuje polityka, a jakiś operator filmuje go bez jego zgody. Co więcej dziennikarze bronią nawet swojego prawa do podpatrywania demonstrantów czy uczestników masowych imprez, na przykład religijnych, a to nie są przecież osoby całkiem publiczne. A jak dochodziło z tego powodu do awantur, posłowie PO na czele z Iwoną Sledzinśką-Katarasińską, deklarowali: „pomożemy każdemu skrzywdzonemu żurnaliście". To teraz mają okazję.
Premier Tusk z zagranicy nawołuje, by Niesiołowski przeprosił, ten zaś odpowiada, że jak premier wróci, zapozna się ze szczegółami i podtrzyma zdanie, to dopiero wtedy przeprosi.
To tylko próba zachowania własnej twarzy przez Niesiołowskiego, nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Oczywiście można sobie wyobrazić, że w czasie oczekiwania na to, aż premier „zapozna się ze szczegółami", sprawa się rozmyje, ale sądzę, że Tusk się zorientował, że to po prostu szkodzi. On chyba ma poczucie, że to jest o jeden most za daleko, zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji Platformy, gorszej niż dwa, trzy lata temu, bo popularność spada, zaczęły się kłopoty, niepopularne reformy itd. Tusk nie raz wykazywał się większą intuicją niż reszta jego partii, przypomnę choćby przypadek dymisji Ćwiąkalskiego.
Nie zmienia to faktu, że dzieje się to po latach przyzwalania, nawet zachęcania Niesiołowskiego do brutalnych zachowań. Także wobec dziennikarzy, bo to on był bodaj jedynym politykiem, który regularnie ogłaszał ich czarne listy, mówił, kto nie powinien być redaktorem naczelnym, np. „Rzeczpospolitej”, co jest zgodne ze standardami, ale Białorusi. I warto pamiętać, że Tusk na to przyzwalał.
