Z Filipem Springerem o braku poczucia dziennikarskiej misji i pisaniu reportaży z egoistycznych pobudek rozmawia Wiesław Łuka.



Filip Springer (rocznik 1982), poznaniak,  jest reporterem i fotografem, absolwentem archeologii i etnologii. Współpracuje z prasą wielkopolską i tygodnikiem Polityka. Znalazł się w gronie tegorocznych finalistów konkursu o Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za książkę Miedzianka. Historia znikania. Opublikował też cykl reportaży Źle urodzeni.


Twoja książka, Miedzianka. Historia znikania znalazła się w ścisłym finale pośród czterech innych, zagranicznych opowieści reporterskich. Jesteś młodzieńcem w męskim towarzystwie fimalistów, uznanych w świecie dziennikarzy, autorów wielu książek.

Decyzja tak szacownego jury (Małgorzata Szejnert przewodnicząca) o przejściu do finału spośród ponad 70 nadesłanych prac, jest czymś bardzo miłym. Dowiedziałem się z mediów, że Miedzianka…dostała nominacje do Nagrody NIKE oraz Nagrody Miasta Gdyni.
Dwie książki, które wydałem i te, nad którymi pracuję, traktuję jako rodzaj produktu ubocznego pewnego procesu – wyjaśniania sobie samemu różnych problemów rzeczywistości… w ogóle świata, po kawałku. Nagrody, które dostawałem w konkursach fotograficznych Wielkopolska Pressfoto także traktowałem bez wielkich uniesień emocjonalnych.

Dużo fotoreportaży wydrukowałeś w Polityce. Czego nauczyło cię kilkuletnie oglądanie świta przez obiektyw? Czy to doświadczenie przydaje ci się teraz przy warsztacie reportażysty?

Fotoreporter podobnie jak dziennikarz-reportażysta poszukuje i wyławia z  rzeczywistości sprawy ważne i wyjątkowe. To wyławianie jest wspólne dla obydwu rodzajów twórczości…

A co jest różne ?

Jako fotoreporter długo nie zadawałem sobie pytania – dlaczego  fotografuję? W Polityce wydrukowałem ok. 20 fotoreportaży o od roku 2007. Do stanu samoświadomości twórczej też trzeba było dojrzeć; ona przychodzi z wiekiem. Dopiero jakieś cztery lata temu zacząłem o tym myśleć. Fabuły fotograficzne musiałem opisywać, co wychodziło całkiem nieźle. To mi zaczęło nasuwać myśli o reportażu literackim. Ale już wiem, że jednego i drugiego równocześnie nie da się robić, ponieważ „mistrz” obiektywu musi mieć przede wszystkim oko, a „mistrz” pióra (teraz klawiatury komputera) musi mieć także słuch - fizyczny i psychologiczny, gdy wyławia z tłumu bohaterów swoich reportaży i gdy z nimi rozmawia. Podczas długich rozmów nie mogę myśleć o fotografowaniu, bo muszę słuchać - co mówią i jak mówią. Gdy jeździłem na Dolny Śląsk, by dokumentować Midziankę, nawet już nie zabierałem ze sobą aparatu fotograficznego, by się nie rozpraszać, nie myśleć, w którym miejscu i jak ustawić bohatera do fotografii. Natomiast, gdy pracowałem nad książką Źle urodzeni, nad cyklem reportaży o peerelowskiej architekturze blokowisk z wielkiej płyty (dwa lata robiłem zdjęcia i ponad rok pisałem tekst)  uświadomiłem sobie, że reportaż literacki daje mi dużo większe możliwości twórczej wypowiedzi – szukam tematu, wielokrotnie wyjeżdżam na dokumentację, poznaję ludzi i rozmawiam z nimi, miesiącami siedzę w bibliotekach  i w archiwach, szukam idei przewodniej książki, myślę nad kompozycją i formą wszystkich elementów materiału dokumentacyjnego…

Doszedłeś do przekonania, że reportaż literacki jest wyższą formą wypowiedzi dziennikarskiej…?

Nie, to nie tak…z perspektywy mego młodego wieku i niewielkiego jeszcze  dorobku nie staram się wyrażać arbitralnych ocen. Mogę natomiast powtórzyć,  że reportaż daje możliwość wyjaśniania kawałka świata, co jest moim celem.

Niektórzy uznani autorzy mówią o magii reportażu…

Można o niej mówić w wydaniu naszego reportażu, tzw. polskiej szkoły reportażu. Jest wiele na to przykładów, wielu autorów. Wymienię tylko teksty Ryszarda Kapuścińskiego (osobiście wyjątkowo cenię zwłaszcza jego reportaż krajowy) w których zaskakuje literacka forma w obrazowaniu, kompozycji, języku, zaś wydarzenie, fakt często schodzą jakby na drugi plan. A tego nie ma na przykład w reportażu anglosaskim - tam liczy się przede wszystkim dokumentalny, zobiektywizowany, nieemocjonalny zapis faktów… i koniec.

Mówisz w jednym z wywiadów, że dziennikarstwo uprawiasz z pobudek egoistycznych i obce jest ci poczucie dziennikarskiej misji…

W pierwszych recenzjach Miedzianki czytam takie górnolotne sformułowania – że „udało mi się przywrócić pamięć miasta, które znikło…” A mój cel był bardziej przyziemny – kiedyś przypadkowo obejrzałem zdjęcie przedwojennego miasta Kupferberg niedaleko Jeleniej Góry i dowiedziałem się, że ono znikło. Pojechałem tam, stanąłem na łące z pasącym się koniem, na której  kilkadziesiąt lat temu w ogródkach kwitły piękne róże przy pięknych domach…Ktoś mi o tym zaczął opowiadać - raczej na chłodno, bez nostalgii i poczucia straty. Wtedy poczułem zwykłą ciekawość: dlaczego tego wszystkiego nie ma. Poczułem  egoistyczną potrzebę wyjaśnienia tego. Ja na tej łące też nie miałem poczucia straty i to mi się wydało nielogiczne. Musiałem to wyjaśnić. Jest i drugi poziom mego egoizmu - rozmawiam z Barbarą Wójcik, bardzo starą mieszkanką Miedzianki (Kupferbergu) nie po to, by się rozczulać nad jej losem, oddać jej cześć i honor – że przeżyła wojnę, stalinizm, wielką traumę… tylko po to, by  się dowiedzieć, jakie były przyczyny znikania miasteczka, podobno jednego z najpiękniejszych w tym rejonie.

Zaraz, zaraz – mówisz o egoizmie, a gdzie reporterska empatia w stosunku do bohatera reportażu, którego wykorzystujesz jako informatora?

Jaką ja, rocznik ‘82, mogę mieć empatię do kobiety, która zbliżała się do dziewięćdziesiątki i przeżyła między innymi jakiś horror w stalinizmie? 

Może Barbara Wójcik dla otwarcia się przed tobą nie potrzebowała twojego cieplejszego uczucia, okazania jej sympatii, ale inni bohaterowie reportaży potrzebują…wiem to z własnych doświadczeń reporterskich, każdy psycholog to wie i  przyzna mi rację…

Jakaś empatia musi być. Ale przede wszystkim muszę wykorzystać bohatera jako informatora, który – już trzeci raz powtarzam - pomaga mi zrozumieć kawałek świata. Wiesz, jest mi coraz bliższy pogląd, że zawód reportera jest cokolwiek niemoralny. Gdy kilka lat temu usłyszałem na spotkaniu ze znanym autorem książek reporterskich, że nasz zawód jest nieetyczny, to się oburzyłem. A teraz to moje oburzenie znacznie osłabło.

Powtarzasz frazę o „wyjaśnianiu sobie kawałka świata” – nie uwierzę, że „tylko sobie”. Czy twórca jakiejkolwiek sfery sztuki, albo naukowiec w jakiejkolwiek dziedzinie wiedzy może się realizować nie myśląc o widzu, słuchaczu, czytelniku, o odbiorcy?

Oczywiście, że chcę opowiadać innym, ale w tym nie ma żadnych szlachetnych pobudek i formułek, poza gawędziarstwem. Inny znany autor książki o zbiorowej zbrodni (nie będziemy operować nazwiskami) wyznaje w wywiadzie, że jeśli ktoś nie potrafi powiedzieć 20 zdań o opisanym przez niego kraju, to ma tak, jakby trzymał narzędzie zbrodni  w dłoniach. Ten autor ma poczucie misji i ja mu zazdroszczę  tego przekonania – że to, co on robi, jest ważne nie tylko dla niego, ale przede wszystkim dla całego społeczeństwa; ja takiego poczucia nie mam. To, co robię, jest ważne dla mnie, a czy także dla kogoś, to ja tego nie wiem. Nie próbuję nawet sobie wyobrażać grupy odbiorców moich tekstów, czy zdjęć. 

Czuję w tym jednak kokieterię…

Naprawdę nie ma w tym nic z tych rzeczy. Jeśli ktoś mnie, jak ty teraz, przyciska do ściany i każe wyznać – dla kogo piszę? - to odpowiadam: piszę dla takich samych ludzi jak ja, którzy mają takie same potrzeby wyjaśnienia kawałka świata i takie same wątpliwości. Godzę się ze świadomością, że to bardzo ograniczona grupa odbiorców. Ten fakt może jest bardzo nieszczęśliwy dla mego wydawnictwa ze względu na sprzedaż nakładu, ale ja się  z tym godzę. Nie jestem introwertykiem i oczywiście miło mi słyszeć, że ktoś się wzruszył przy lekturze mojej książki, ale wywołanie wzruszania czytelnika nie jest moim celem nadrzędnym.

No tak, przyznałeś jednak, że pisząc książkę o architekturze PRL chciałeś pokazać w jak zeszpeconej przestrzeni żyjemy i jak ten „syf na ulicach” na nas wpływa? Czy nie ma w tym celu wpływania na rzeczywistość i chęci jej zmieniania?

Nie mam złudzeń, że cokolwiek zmienię. Teraz zajmuję się dogłębnie sprawą degradacji naszego krajobrazu górskiego – jak architektoniczne potworki, na przykład wielkie hotele, wyrastają na tle naturalnych, niepowtarzalnych pejzaży. Wkurza mnie to, szlak mnie trafia na przykład w Szklarskiej Porębie, że prywatni inwestorzy bez żenady oszpecają krajobraz i śmieją się z polskiego prawa. Wiem jednak, że mogę napisać tysiąc reportaży i niczego nie zmienię. Inny przykład - nie ma chyba większej i bardziej koszmarnej w skutkach samowolki architektonicznej niż ta obserwowana w Zakopanem, gdzie górale, właściciele działek, mogą robić co chcą. Wiem dokładnie, jak polskie prawo budowlane jest bezsilne wobec siły bogatego inwestora. Piszę o tym, by ulżyć sobie, powtarzam: sobie i wyrzucić z siebie złe mocje, owo „wkurzenie”. Gdy o tym napiszę, to robi mi się lżej. Czy teraz rozumiesz mój egoizm?

Gdy stanąłeś na łące w Miedziance, na miejscu nieistniejącego już miasteczka, nie miałeś złych emocji, nikt i nic cię nie wkurzyło. Natomiast zdziwił cię tylko brak poczucia straty pięknego miasta u tych, którzy jeszcze tam żyją w kilku pozostałych domach.  

Tak było. To właśnie chciałem napisać, by sobie wyjaśnić tę zagadkę.

Piszesz o wielu przyczyn zniknięcia miasteczka - a które z nich uważasz za najważniejsze?

Gdyby na terenie Miedzianki pod ziemią po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1945 roku była tylko miedź, to miasteczko by nie znikło. Ale tam był… uran i natychmiast zaczęła się rabunkowa gospodarka, wydobywanie tego strategicznego „kruszcu”, drążenie chodników bez zabezpieczenia; to doprowadziło do degradacji terenu. A ogólnie można powiedzieć, że przyczynę zniknięcia miasta stanowiły zmiany cywilizacyjne po wojnie. Nie było jednak moim celem uczynienie z Miedzianki miasta-symbolu polskich ziem odzyskanych i pisanie o nich historii, choć nie pominąłem spraw takich jak wysiedlanie Niemców, jak poczucie tymczasowości polskich przybyszów z kresów wschodnich, które ciągnęło się do lat sześćdziesiątych ub. wieku. Pisałem także o stalinowsko-ubeckiej traumie. Nie chciałem jednak uniwersalizować tej opowieści. Powtarzam - najsmutniejszym dla losów Miedzianki przypadkiem była obecność pod nią uranu.

Dokumentując  jednostkowy, dramatyczny  przypadek miasteczka, nie mogłeś nie korzystać z jednego z głównych i najciekawszych źródeł informacji – ludzi, którzy byli świadkami dramatu znikania. Mało jest jednak w książce śladów tych rozmów. Mało w niej bohaterów, którzy „ożywają” na stronach reportażu. Przeważa narracja odautorska. Wyznajesz, że nie lubisz rozmawiać z bohaterami; „cierpię przy tym niemożebnie” – to twoje słowa.

Nie wypieram się ich. Może to się bierze z mojego młodego wieku, że mam różne opory przy zadawaniu różnych pytań. Może przyczyna tkwi w tym, że jestem samotnikiem, nawet odludkiem. Z własnego wyboru mam zaledwie niewielką grupkę przyjaciół. Nie czuję się komfortowo korzystając z „żywego” źródła informacji, choć oczywiście nie unikam rozmów, bo przecież jestem reporterem. Gdybym jednak widział, że bycie odludkiem odbija się na moim pisaniu, to bym zmienił swój charakter i nastawienie do ludzi albo, co łatwiejsze, zmieniłbym zawód.

Mnie brakuje w „Miedziance...” wątków ludzkich.

To jest świadoma poetyka tej książki, świadomy wybór narracji. Bohaterowie są mi potrzebni do wyjaśniania interesujących mnie spraw i to wystarczy. Nie muszę i nie chcę wchodzić w zbyt bliskie z nimi relacje.

Nie boisz się, że  to ci w dalszej drodze reporterskiej utrudni rozwój?

Nie boję się, bo na razie nie utrudnia. Jeśli pojawią się trudności, to się będę martwił. Mam wiele możliwości, ponieważ reportaż, jako gatunek dziennikarski, zna wiele odmian. Wydaje mi się, że świadomie nawet coraz bardziej odchodzę od osobistych historii. Mnie silniej interesują procesy i zjawiska społeczne. O tym chcę pisać. Niektórzy teoretycy reportażu mają poważne kłopoty ze zdefiniowaniem tego gatunku i w tym się kryje jego magia.
     



Wywiad nieautoryzowany, gdyż Filip Springer nie życzył sobie autoryzacji (WŁ).

 







    



   

 





    

  


    











 



  



 



 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl