Z Bogdanem Wróblewskim o inwigilowaniu dziennikarzy przez służby i o urokach dziennikarstwa sądowego rozmawia Błażej Torański.

Bogdan Wróblewski, rocznik 1961, absolwent historii Uniwersytetu Warszawskiego, od 1992 roku dziennikarz, reporter sądowy „Gazety Wyborczej”, laureat III nagrody w konkursie „Tylko ryba nie bierze” ( w 2006) (wspólnie z Maciejem Samcikiem); autor „Vademecum reportera sądowego (kryminalnego też)” w „Biblii Dziennikarstwa” pod redakcją Andrzeja Skworza. Nominowany do Nagrody im. Dariusza Fikusa za ubiegły rok.

Wygrał Pan ze służbami! Sąd uznał, że CBA inwigilowało Pana w latach 2005-2007 pobierając bezprawnie billingi z telefonów, co naruszyło Pana dobra osobiste. Jest to precedens?

To jest sprawa przełomowa, gdyż dotyczy wygranej obywatela z państwem. Nigdy wcześniej taki temat nie był przedmiotem analizy sądu. W wyroku Pani sędzia podkreśliła, że mamy konstytucyjne prawo do prywatności, do autonomii informacyjnej, ochrony dziennikarskich źródeł.

Spodziewał się Pan kiedykolwiek, że jako dziennikarz, ale i obywatel, wygra z państwem?

Sprawa dotyczyła pobrania przez CBA informacji o użytkowanych przeze mnie trzech telefonach: służbowego i dwóch prywatnych. Służby sprawdzały z kim rozmawiałem, kiedy, gdzie, czy przekładałem kartę pre-paid z aparatu do aparatu. Miałem poczucie jakbym wpadł w sieć, a jednocześnie, że postawiono mnie w stan podejrzenia. Jako dziennikarz opisywałem tych, którymi interesuje się CBA, ale dlaczego CBA się mną interesuje?! Przecież nikogo nie skorumpowałem, ani nikt mnie nie przekupił. Mówiąc krótko: postanowiłem udowodnić, że nie jestem wielbłądem. Dlatego wytoczyłem proces CBA.

Uważa Pan, że wystarczy samo zainteresowanie CBA, aby uznać człowieka w oczach opinii publicznej za podejrzanego?

Po trosze tak się dzieje. Jeśli jeszcze dołoży pan do tego, że jestem dziennikarzem opiniotwórczej gazety, to groziła mi utrata wiarygodności.

Odczuł Pan to?

Coraz częściej słyszałem od moich rozmówców: „Może lepiej nie rozmawiajmy o tym przez telefon”. Albo żądali, bym podczas bezpośrednich rozmów wyjął baterie telefonu, co miałoby zapobiec namierzeniu. Ostatni raz spotkało mnie to w lutym, co pokazuje, jak długo ta historia żyje.

Jaka jest w Polsce skala inwigilowania i podsłuchiwania dziennikarzy przez służby?

Niezależnie od przemian politycznych służby specjalne „lubią wiedzieć”. Lawinowo rośnie liczba pozyskiwanych przez nie danych telekomunikacyjnych. Z najnowszego raportu, który Polska co roku przedstawia komisji Unii Europejskiej wynika, że policja, sądy, prokuratury i służby specjalne skierowały do operatorów sieci blisko 2 miliony pytań o te dane. To może oznaczać, że w tę sieć wpadają też dziennikarze.

Jak wielu?

Przypuszczam, że skala nie jest duża. Pisałem dwa lata temu tekst o tym, jak często i w jakich sprawach prokuratury sięgają po bilingi dziennikarzy. Takich spraw było kilkanaście. Ale nie mam bardziej precyzyjnej wiedzy. Z drugiej strony, jak czytam, że szukając przecieków ze śledztwa smoleńskiego prokuratorzy bez świadomości prawnej zażądali od operatorów treści sms-ów moich kolegów, to być może jest tego więcej, niż mi się wydaje.

W jakich przypadkach służby łamią gwarancję tajemnicy dziennikarskiej i wolności mediów? Kiedy podsłuchują czy inwigilują?

Na pewno, kiedy szukają źródeł przecieków, dochodzą, kto informował dziennikarzy. Wystarczy odwołać się do tego, co mówił były zastępca szefa CBA Maciej Wąsik w mojej sprawie. Podczas jawnego przesłuchania przed sejmową komisją do spraw nacisków na prokuraturę i służby przyznał, że kontrolowano mnie, inwigilowano niejako na skróty, bo łatwiej było sprawdzić moje numery telefonów, aniżeli funkcjonariuszy CBA. Szukano moich nieformalnych ewentualnych kontaktów z nimi. To było nielegalne.

Sądzi Pan, że dzieje się to od czasu do czasu, prewencyjnie czy stale?

Pamiętam, jak na początku ubiegłej debaty na celowniku służb znaleźli się rasowi dziennikarze śledczy Ania Marszałek i Bertold Kittel z „Rzeczpospolitej”. Ich teksty, oparte także na informacjach ludzi ze służb, prowokowały te służby do zainteresowania się nimi. CBA rodziło się w latach 2006-2007, było młodą służbą i mogło chcieć prewencyjnie sprawdzić, z kim kontaktują się dziennikarze, którzy o Biurze piszą. Ale dowodów na to nie mam.

A jak jest teraz?

Nie wiem, takie sprawy zwykle wychodzą po latach. Niewiele zajmowałem się służbami. Byłem wprawdzie biernym uczestnikiem kilku śledztw przeciekowych, ale nie uważam, abym dał służbom podstawy do zainteresowania się moją osobą. Od kilkunastu lat jestem sprawozdawcą sądowym „Gazety”.

Jak wygląda Pana warsztat dziennikarza sądowego?

Wydaje mi się, że mam umysł analityczny, łatwo łączę informacje pochodzące z wielu źródeł i wyciągam wnioski. Na tym polega siła moich tekstów. Warsztat sprawozdawcy sądowego opisałem w „Biblii dziennikarstwa” pod redakcją Andrzeja Skworza. Zrobiłem to w formie alfabetu, więc odpowiedź na pytanie o warsztat składa się z 24 punktów.

A najważniejsze?

Po pierwsze trzeba się tym interesować. Po drugie – mieć przekonanie, że sądy, wymiar sprawiedliwości, są lustrem rzeczywistości społecznej. Urokiem tego dziennikarstwa jest zmienność stylów. Mogę sobie pozwolić na felieton, poważny artykuł publicystyczny, reportaż, zwykłą relację, komentarz czy wywiad. 

fot. Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl