Z Wiesławem Podkańskim, prezesem Izby Wydawców Prasy, o mediach regionalnych, niezależności mediów i o senackim projekcie zmian w prawie prasowym rozmawia Kajus Augustyniak.

Wiesław Podkański, prezes Izby Wydawców Prasy. Absolwent germanistyki i filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, doktor nauk humanistycznych. Twórca i wieloletni (1994 – 2006) prezes Axel Springer Polska, spółki-córki największego koncernu prasowego Europy Axel Springer AG. Obecnie prezes honorowy firmy. Od 2003 roku prezes Izby Wydawców Prasy. Ponadto jest przewodniczącym Konferencji Mediów Polskich i członkiem Rady Głównej PKKP Lewiatan.

Kilka dni temu odbyła się w Krakowie konferencja pod dramatycznym tytułem: „Komu potrzebne są media regionalne?”. Jakie Pan widzi główne zagrożenia dla mediów regionalnych?

Media regionalne powinny dążyć do regionalności bądź lokalności. Pomysły, które na pewnym etapie pojawiły się ze strony wydawców, polegające na szukaniu synergii i budowaniu struktur ponadregionalnych nie do końca się sprawdziły. Nie jestem mądralą, który jest w stanie powiedzieć wydawcom, co mieliby zrobić, ale zastanowiłbym się, czy nie warto wrócić do regionalności, do swego rodzaju dziennikarstwa obywatelskiego. Kiedy przyjeżdżam w moje rodzinne strony, by odwiedzić moją mamę, sięgam do jednej z gazet i to, co mnie tam interesuje w sensie regionalnym, lokalnym, to jest sport. Bo ten sport pozostał wyrazem tej regionalności, natomiast inne informacje są dla mnie mało interesujące. Pytanie, czy są interesujące dla regionalnego czytelnika? W tym regionalizmie nie ma niczego złego. To są nasze małe ojczyzny i tam nas interesuje, co się naprawdę dzieje. I odejście od tego lub nieumiejętne odejście od tego jest moim zdaniem poważną bolączką prasy regionalnej.

Rzeczywiście w mediach regionalnych jest dużo informacji ogólnopolskich a jeśli regionalnych, to dotyczących urzędów, bądź z komercyjnych powodów istotnych dla samych mediów…

W czasie krakowskiej debaty dr Rafał Matyja zwrócił uwagę na to, że marszałkowie województw są dysponentami ogromnych środków finansowych i to oni są kreatorami tego, co się dzieje w tych regionach. Dla mieszkańców tych lokalnych ojczyzn to jest ogromnie ważne. To czy strefa euro przeżyje czy nie, to czy euro będzie w tej czy innej cenie, czy kryzys w Grecji będzie nas dotyczył, czy nie, jest ważne, ale mieszkańców Krakowa, Wrocławia, Szczecina, Gdańska dotyczy to, jak są wydawane środki na działalność lokalną, na remonty dróg, na mosty. Myślę, że to jest ważna konstatacja i to jest miejsce do działania dla mediów regionalnych, bo to tak naprawdę interesuje ludzi, i to może decydować, czy ludzie, którzy mówią, nadają sprawom ton, będą słuchani, kupowani, dostrzegani przez mieszkańców.

A czy to skomasowanie pieniędzy w rękach marszałków, przecież związanych zawsze z jakąś siłą polityczną, również nie niesie podobnych zagrożeń? Kto płaci, ten wymaga…

Myślę, że nie. Wolne media na poziomie regionalnym, lokalnym rządzą się swoimi prawami. Warto zwrócić uwagę na niezwykle dynamiczny rozwój mediów lokalnych. Tego nikt nie kontroluje i nie ma nawet wiarygodnych danych mówiących, ile funkcjonuje tych gazet lokalnych: gminnych, powiatowych, parafialnych. Wiemy, że to są tysiące, ale nie wiemy, ile dokładnie tych mediów jest. Oczywiście ci, którzy rządzą, są także dysponentami kwot finansowych i dysponentami reklam, które mogą się ukazywać w mediach lokalnych i regionalnych. Dlatego Izba Wydawców jest dość sceptyczna wobec prasy samorządowej. Wiem, że narażę się wielu samorządowcom, ale prasa samorządowa, która często prezentuje poglądy wójta, burmistrza, starosty, przestaje pełnić rolę mechanizmu kontroli obywatelskiej nad działaniami samorządowymi. Wspieramy natomiast niezależną prasę lokalną.

Obserwując to, co dzieje się w mediach, także rozmowy na stronie www.sdp.pl, odnoszę wrażenie, że poczucie niezależności, swobody dziennikarskiej, pewnej autentyczności,  największe jest właśnie w mediach lokalnych, a najmniejsze w ogólnopolskich. Czy Pan dostrzega podobne zjawisko?

Odnoszę takie wrażenie, ale nie do końca się z nim zgadzam. W prasie lokalnej niejednokrotnie ta sama osoba jest redaktorem naczelnym, akwizytorem reklam, kolporterem. Powstaje pytanie, czy rzeczywiście wszelkie zasady, które honorujemy jako dziennikarze i wydawcy, są zachowane. Media regionalne i ogólnopolskie jednak są zmuszone do przestrzegania pewnych zasad, nie mogą uprawiać wolnej amerykanki.

Przy innych okazjach ostrzegał Pan o zagrożeniach płynących dla mediów ze strony Internetu, przez darmowe przekazywanie treści…

Zawłaszczanie treści poprzez ich umieszczanie w Internecie bez zgody ich właściciela stanowi zagrożenie dla funkcjonowania wolnych mediów, dlatego, że wolne media działają na wolnym rynku, a on kieruje się określonymi zasadami. Jeżeli kontent jest zawłaszczany, a jego twórcy nie otrzymują żadnej gratyfikacji, to stwarza to bariery finansowe, ekonomiczne dla funkcjonowania wolnych mediów. Po prostu nie ma tych pieniędzy. Dyskusja, która się rozpoczęła na ten temat w Polsce, jest niebywale ważna, bo ona określa, czy uznajemy, że istnieje prawo własności intelektualnej, a choć to prawo jest uznawane na całym świecie, to w Polsce pojawiają się głosy, które to prawo podważają. Musimy zmierzać do dostosowania prawa autorskiego do nowych czasów, bo to, że jest ono anachroniczne, przyznają nawet jego twórcy.

Niedawny protest mediów zorganizowany przez Izbę Wydawców Prasy przeciwko planowanym zmianom w prawie prasowym projektowanym przez Senat pod hasłem „Senat zabija prasę” okazał się skuteczny. Które propozycje Senatu uważał Pan za najgroźniejsze?

Rzeczywiście we wtorek wieczorem Senat się z tego wycofał. Za ogromnie niebezpieczne uważam te punkty, które mogły doprowadzić do kneblowania ust dziennikarzom i redaktorom. Formuła, w której każdy, a w tym polityk, bo to o to naprawdę chodzi, ma nieograniczone prawo odpowiedzi – a nie sprostowania - w objętości dwukrotnie większej niż oryginalny tekst, prowadzi do tego, że wszystkie firmy PR działające na obrzeżach polityki i wszelkich innych działań medialnych, mają pełne pole popisu. Aż do zamykania ust mediom. Proszę sobie wyobrazić sytuację, gdy na kilka tekstów, które się ukażą, wpłynie kilkanaście, kilkadziesiąt stron odpowiedzi, i gdy każdy redaktor naczelny zacznie się zastanawiać, czy warto puszczać kontrowersyjny tekst, który może wywołać taka lawinę odpowiedzi zastępujących sprostowanie. I czy w związku z tym warto się wychylać? Czy czytelnik sięgnie po gazetę, w której jest dwadzieścia stron odpowiedzi, które nikogo nie interesują?

I te odpowiedzi musiałyby się ukazywać?

Według wycofanego projektu senackiego miały być zamieszczane obligatoryjnie, pod rygorem określonych kar. I my właśnie domagaliśmy się, by zamiast tego została doprecyzowana forma sprostowania. Jeśli dziennikarz, redakcja myli się co do faktów, to ma kategoryczny obowiązek ich sprostowania. Możemy dyskutować, czy to musi być na pięćdziesiątej dziewiątej stronie, czy jednak powinno być na stronie drugiej, trzeciej, czwartej, i w jakim rozmiarze, ale ma to być sprostowanie a nie odpowiedź, zwłaszcza w wymiarze dwukrotnie większym niż tekst pierwotny, bo to zabija prasę. Wszystko kręci się wokół jasnej definicji sprostowania. Sprostowanie to sprostowanie, i tyle.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl