Z dr Rafałem Matyją, politologiem z Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, rozmawia Błażej Torański.

Rafał Matyja (rocznik 1967), dr politologii, absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu warszawskiego. Publicysta, twórca i wieloletni prodziekan Wydziału Studiów Politycznych i kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu.

Czy media regionalne budują w Polsce  społeczeństwo obywatelskie?

Nie. Czyniły to sporadycznie, w początkach samorządu terytorialnego, podczas dyskusji o nowym podziale terytorialnym kraju, w czasie wielkich powodzi. Nie możemy jednak oczekiwać, że media regionalne i lokalne będą szły pod prąd procesów cywilizacyjnych. Ona idą za czytelnikami. Wydawcy i dziennikarze są z tego punktu widzenia konformistyczni. Wprawdzie krótko po sprawie Rywina media lokalne także były zainteresowane poszukiwaniem afer i nieprawidłowości w funkcjonowaniu władzy publicznej. Ale potem znowu poszły ze społeczeństwem grillować, czyli opisywać sensacje obyczajowe i życie celebrytów.

Chce Pan powiedzieć, że wydawcy lokalni są zorientowani na biznes, a nie na sprawy publiczne, na budowę społeczeństwa obywatelskiego?

Są wyjątki od tej reguły: gazety i portale internetowe redagowane przez dziennikarzy mających poczucie misji. Wbrew trendom rynkowym robią coś, co lubią, realizują pasje i nawet się z tego utrzymują. Zdecydowana większość wydawców jest jednak  nastawiona na dobry interes. Niektórzy podchodzą do tego, jakby produkowali materiały budowlane – towar, który nie jest nośnikiem żadnych wartości. Ponadto cechą charakterystyczną mediów lokalnych  i regionalnych jest silna zależność od rynku reklam. To jest coraz częściej główne źródło ich utrzymania.

Zgoda, co do mediów regionalnych. Wielkie koncerny z kapitałem niemieckim od lat drenują polski rynek i dawno zabiły „gazety czytelnicze”. Ale media lokalne, jak dajmy na to „Tygodnik Podhalański” czy „Pałuki”, silniej patrzą władzy na ręce, kontrolują ją.

W Tarnowie czy w Nowym Sączu, gdzie mieszkam, nie ma odpowiednika „Tygodnika Podhalańskiego”, pisma redagowanego z obywatelskim zapałem, jakby z dziennikarskiej przekory. Od wielu lat w mediach lokalnych narasta tabloidyzacja. Czytałem niedawno wydawany na początku lat 90. „Głos Sądecki”, który rzetelnie informował o wszystkich wydarzeniach lokalnych i samorządowych. Ale także wówczas przyszedł właściciel prywatny i w kilka tygodni zrobił z pisma tabloid. Druga kwestia to zależność od samorządów. Prezydenci, burmistrzowie, starostowie, wójtowie dają na nie pieniądze – wprost lub w postaci reklam i ogłoszeń, a wydawcy nie mogą lekceważyć tego istotnego źródła dochodów.

Nie ma Pan poczucia, że media regionalne są bardziej zależne od władzy i biznesu?

To jest oczywiste. Ale ten związek może być bardziej lub mniej toksyczny. Zależy od wielu czynników, które nie biorą się wyłącznie z dziennikarskiego punktu widzenia świata. Wspomniał pan „Tygodnik Podhalański”. Takie pisma istnieją wbrew logice systemu powiązań mediów, polityki i gospodarki. Pójście pod prąd może się w konsekwencji opłacać. Dziennikarze, choć zarabiają mniej niż w wielkich gazetach, mają poczucie sensu swojej pracy. I utrzymują się z niej.

Jeśli wydawca ma misję i nie jest wyłącznie nastawiony na biznes?

Wiele zależy od społeczności lokalnej: na ile sama potrzebuje tego typu mediów obywatelskich. Nie da się takiej gazety redagować wbrew popytowi. Musi być czytelnik. Po drugie, wiele zależy od lokalnego układu politycznego: na ile jest skonfliktowany, a na ile zblatowany. A zatem to nie jest tak, że złe media mogą popsuć społeczność lokalną. Zwykle odzwierciedlają jej stan, a czasem – dzięki   konkretnym osobom - mogą stawiać patologiom opór.

A może przez 23 lata wolnej Polski nie wykształciło się jeszcze na tyle dojrzałe społeczeństwo obywatelskie, które wymusiłoby na lokalnej władzy i układach powstanie niezależnych mediów, patrzących im na ręce?

Świetnie. Ale społeczeństwo obywatelskie, aby powstało, musi mieć elitę lokalną, skłonną do tego, żeby kontrolować władzę i jej powiązania z biznesem. Musi to być elita niezależna od polityków, urzędników i biznesmenów. Dziennikarstwo nie może się bowiem odwoływać wyłącznie do szarego człowieka, musi mieć oparcie – czytelnicze, autorskie, czasem moralne - w elicie niezależnej od trójkąta administracja, biznes, polityka […]

Wolna prasa poniosła porażkę z władzą regionalną i lokalną?

Przed wojną mieliśmy w małych i większych miastach elitę, która w razie potrzeby była w stanie złapać za gardło starostę. Teraz najczęściej jedyną elitę tworzą sami politycy. No i to nie jest elita, która patrzy władzy na ręce.  I nie jest to elita zainteresowana istnieniem niezależnych, opiniotwórczych mediów.  Tylko, że problem nie dotyczy tylko wymiaru lokalnego. Wystarczy poczytać, co piszą gazety ogólnopolskie o życiu Sejmu. Nie ma sprawozdań z komisji, analizy nowych ustaw, są za to doniesienia o skandalicznych zachowaniach posłów. Jeszcze mniej dowiemy się z mediów regionalnych.

Jak dzisiaj brak silnych mediów regionalnych szkodzi społeczności lokalnej?

Warto zbadać na ile zasięgi takich mediów pokrywają się z sejmowymi okręgami wyborczymi. Bo to sprzyja albo uniemożliwia rozliczanie polityków. Tego się nie da zrobić na szczeblu miasta czy powiatu. Inna kwestia to zdolność mediów do relacjonowania polityki na poziomie regionalnym. Dziś marszałkowie, choć mają ogromną władzę i gigantyczne środki europejskie, są rzadkimi gośćmi w mediach – zwłaszcza w tych najszerzej odbieranych - ogólnopolskich. Na poziomie regionalnym efektywnej komunikacji już nie ma, poza konsultacjami organizowanymi przez sam samorząd. Można zatem powiedzieć, że ukształtowaniu się samorządu wojewódzkiego nie towarzyszyły odpowiednie procesy na poziomie mediów […] 

 

Jest to skrót rozmowy z dr Rafałem Matyją, która ukaże się w całości w kolejnym wydaniu „Forum Dziennikarzy”.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl