Z Katarzyną Kozłowską o magazynach people, o celebrytach i kryzysie treści w tygodnikach opinii rozmawia Błażej Torański.
Katarzyna Kozłowska, właścicielka wydawnictwa Kurhaus Publishing, autor Obserwatora Finansowego. W przeszłości pełniła obowiązki redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, była redaktorką „Polska The Times” i „Faktu”, zastępcą szefa „Super Expressu”, a ostatnio magazynu people „Show”.
Czym różni się redagowanie magazynu people „Show” od tabloidu „Super Express”, gdzie także była Pani zastępcą naczelnego?
Tabloidy są bardziej bezkompromisowe, bo ich funkcją jest nie tylko dostarczać rozrywki, ale też walczyć o sprawiedliwość społeczną. Pisma typu people to co innego – wyrastają z nurtu dziennikarstwa magazynowego, którego celem jest inspirowanie czytelnika, wskazywanie mu pewnych trendów.
W „Show” nie zamieściłaby Pani zdjęcia Krzysztofa Piesiewicza w damskiej kiecce, wciągającego biały proszek?
To byłby błąd w sztuce. Zresztą ja w ogóle nie przedstawiłabym sprawy Piesiewicza w sposób, w jaki zrobił to „Super Express”. Nie z powodu białego proszku, tylko z powodu osobistego kontekstu całej sprawy. Dobrze, że napiętnowano polityka, który posiadał narkotyki. Kiedy sprawa się wydarzyła, pracowałam we „Wprost”. Pierwsi mieliśmy informację o tym, że Piesiewiczowi ma zostać uchylony immunitet i podaliśmy ją w naszym wydaniu internetowym. To, co zaczęło dziać się później, to już inna historia. Niedobrze, że przy tej sprawie złamano człowieka i pogwałcono jego podstawowe prawa.
Jakie są wobec tego granice w opisywaniu w magazynach people życia intymnego celebrytów?
Co do zasady magazyn typu people nie powinien naruszać dóbr osobistych swoich bohaterów. Zadaniem dziennikarza takiego magazynu jest budowanie długofalowych relacji z gwiazdami. Najlepiej, gdy można pisać o ich życiu prywatnym w zakresie, jaki sami wyznaczą. Zakres wolności dziennikarza jest ograniczony prawem celebryty do ochrony prywatności. Zdarza się jednak czasem, że jakaś informacja z życia osoby powszechnie znanej jest na tyle interesująca z perspektywy czytelnika, czy też z punktu widzenia interesu społecznego, że podaje się ją bez uzyskania wyraźnej zgody.
W ostatnim numerze „Show” informuje o romansie Weroniki Marczuk z Rafałem Maserakiem. Gdyby was zaprosili do alkowy, skorzystalibyście z tego, zrobili materiał?
Reportaż z ich stosunku? Nie sądzę. To by była pornografia, a to nie ma nic wspólnego z magazynami typu people.
Kreujecie rzeczywistość?
Nie. Magazyny typu people podają prawdę o życiu swoich bohaterów za ich zgodą lub dorozumianą zgodą. A w wyjątkowych przypadkach nawet bez zgody.
Wtedy celebryci często idą do sądu, jak Cezary Pazura, który właśnie wygrał 50 tys. zł z portalem Pudelek.pl za teksty o jego związku z Edytą Zając.
„Show” to co innego niż portal plotkarski. To magazyn pisany przez dziennikarzy i redagowany przez dobrych redaktorów. Na temat Cezarego Pazury i Edyty Zając „Show” pisało często i w żadnym stopniu nie prowadziło to do konfliktów.
Co to znaczy, że porozumiewacie się z celebrytami? Czytają przed drukiem całe teksty, dobierają zdjęcia?
Dobra praktyka nakazuje, by chcąc opisać jakieś wydarzenie z życia prywatnego człowieka, zadzwonić do niego i porozmawiać o tym. „Show” to robi. Dziennikarze kontaktują się z aktorami, piosenkarzami itd. Nie lubimy kiedy plotkuje się o nas za naszymi plecami, jasne jest więc, że nie jest to sytuacja komfortowa, gdy plotkuje na nasz temat ktoś obcy w kilkusettysięcznym nakładzie. Z drugiej strony jednak dziwię się Cezaremu Pazurze, że sądzi się z Pudelkiem. Jeśli ktoś świadomie wybrał zawód, który polega na nieustannym wystawianiu się na widok publiczny, zaprasza rzesze czytelników do swojego prywatnego świata, fotografuje się i udziela wywiadów wspólnie z żoną, to nie powinien dziwić się, że później ludzie są ciekawi, dlaczego nagle się z nią rozwiódł. I kim jest osoba, którą wybrał na kolejne lata swojego życia. Są badania, które pokazują, że ludzie w swych codziennych decyzjach chętniej inspirują się życiem osób popularnych (aktorów, prezenterów itd.) niż polityków. W społecznym interesie jest więc weryfikowanie publicznych deklaracji tych osób, zagladając czasem również do ich prywatnego życia.
Pudelek.pl w sporze prawnym z Cezarym Pazurą też powoływał się na interes społeczny, ale sąd się go nie dopatrzył.
Taką strategię przed sądem wybrali właściciele Pudelka, ale każdy kto choć raz zetknął się z ustawami regulującymi pracę dziennikarza wie, że w przypadku naruszeniu prawa do prywatności, ani interes społeczny, ani zasada prawdy nie są kontratypem, czyli nie zwalniają z odpowiedzialności za naruszenie. Dlatego w przypadku podobnych spraw, prasa (zarówno internetowa jak i drukowana) jest na pozycji przegranej. Nie dziwię się tabloidom, że walczą trochę z porządkiem prawnym. Przecież prawo powinno być żywe i można je zmieniać.
Pani udało się już redagować i tabloidy - „Fakt” i „Super Express” - tygodnik opinii „Wprost”, a teraz magazyn people „Show”. Marek Król zasłynął ostatnio wypowiedzią, że przekazując Tomaszowi Lisowi „Wprost” miał poczucie, jakby oddawał córkę do domu publicznego. Jego zdaniem Lis zeszmacił „Wprost”. Podziela Pani ten punkt widzenia?
Tomasz Lis, redagując „Wprost”, inspirował się najlepszymi pomysłami z dziennikarstwa tabloidowego. Jego okładki z „Księdzem Mateuszem” czy Magdą Gessler przyciągały uwagę dużo bardziej niż nasze wcześniejsze artykuły okładkowe o przewlekłości przewodów sądowych w Polsce, zmieniającym się rynku pracy czy problemach przedsiębiorców. Odeszłam z „Wprost” zanim nowy wydawca pozyskał do współpracy Tomasza Lisa, bo nie zgadzałam się z kierunkiem, w którym Point Group chciał ten magazyn popchnąć: tygodnika romansującego mocno z popkulturą, pozbawionego sekcji popularno-naukowej, pozbawionego przewrotności, za to nastawionego na opisywanie polityki w rytmie zapowiedzi MTV. Miało być gwiazdorsko i z przytupem, a to nie jest estetyka, która mnie w tego rodzaju prasie interesuje. W „The Economist”, który uwielbiam, nie znajdzie pan nawet nazwisk autorów pod tekstami. Liczy się treść. Szkoda że w Polsce psuje się pewien segment rynku, wprowadzając do niego obce elementy. Ostatni pojedynek między „Wprost” a „Newseekiem” na celebryckie okładki pokazuje, że jako społeczeństwo zmierzamy w jakimś szalonym kierunku.
Najnowsze wyniki ZKDP pokazują, że po odejściu Lisa sprzedaż „Wprost” spadła o ponad 11 proc. Może Lis miał rację?
Statystyka potrafi służyć każdej ideologii – te same dane możemy czytać na różne sposoby. Można powiedzieć, że Point Group i Tomasz Lis uratowali „Wprost”, ale równie dobrze można stwierdzić, że niepotrzebnie przedłużyli jego agonię. To nie ma większego znaczenia. Ale nie sądzę też, aby społecznie poruszające były historie Zbigniewa Hołdysa lub Jarosława Kuźniara, którego atakują internauci. To była jedna z okładek odświeżonego „Newsweeka”. Po co marnować papier?
Dominuje w prasie „ekonomia uwagi”, polegająca na tym, że trzeba pisać to, co przyciąga najwięcej czytelników. Ma Pani poczucie, że tygodniki opinii także szukają bulwarowych treści?
Media społeczno-polityczne od kilku lat przechodzą potężny kryzys treści, będący pochodną kryzysu ekonomicznego, a także braku wymiany kadr. Uważam, że większość interesujących treści w ostatnich latach przeniosła się na rynek księgarski. Małe wydawnictwa książkowe przejmują rolę, którą gazety pełniły jeszcze kilka lat temu – to na łamach książek toczą się dziś dyskusje o kondycji naszego społeczeństwa, spory polityczne, gospodarcze i historyczne. Tam jest wolność dziennikarska, autorskość opinii i twórcza różnorodność. Stąd moja decyzja o budowaniu wydawnictwa.
