Z Bartłomiejem Dobroczyńskim o przyczynach agresji w stosunku do dziennikarzy rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.

Bartłomiej Dobroczyński psycholog, doktor habilitowany, Uniwersytet Jagielloński. Autor kilku książek m.in. „III Rzesza Popkultury i inne stany”, „New Age”, czy „Listy profana. Między psychologią a religią”.

 

Mnożą się przypadki słownej i niestety też fizycznej agresji wobec dziennikarzy. Jakie są tego przyczyny?

Jest kilka czynników, które tu „działają łącznie i w porozumieniu”. Po pierwsze ludzie lubią należeć do grupy, do plemienia i media, politycy oraz inne podmioty te potrzebę zagospodarowują. Robią to z łatwością, bo nasza mentalność temu sprzyja. Nic w tym dziwnego, bo większa część historii ludzkości to właśnie życie w pierwotnych hordach. Organizujemy się w grupy kibiców klubów piłkarskich, punków lub hippisów, a także w zwolenników tej lub innej partii. Nawet na Facebooku mamy przeważnie grupy przyjaciół rzędu, plus minus, 150 osób czyli wielkości hordy.

To jeszcze nie wyjaśnia agresji.

Te zamiłowania do życia w hordzie i inne pozostałości ewolucyjne są podkręcane przez dwie siły współczesnego świata: kapitalizm korporacyjny i media. Media przedstawiają świat, który jest światem nieustannej walki o pierwszeństwo, rywalizacji o większy samochód, ubranie i tak dalej. Kapitalizm korporacyjny też żyje z tego, że człowiek jest zainteresowany miejscem w hierarchii i reprodukcją, a w przełożeniu na kulturę jest zainteresowany konkurowaniem…

ale konkurowanie to jeszcze nie agresja…

ale w języku mediów to się właśnie przejawia w słownej agresji. To się zaczyna już od opisu na przykład meczu piłkarskiego. Nikt nie pisze „Barcelona przegrała”, lecz raczej „Barcelona została upokorzona”, albo „rzucona na kolana!”. To bardzo brutalny obraz i tego języka mediów i polityki nikt nie powstrzymuje.

Pan mówi o świecie sportu, którego naturą jest rywalizacja. Ale oprócz agresji wobec dziennikarzy na stadionach mamy coraz liczniejsze przypadki agresji na manifestacjach, a do udziału w nich wzywają media. Manifestacje organizują lub tylko wspierają kluby „Gazety Polskiej”, media ojca Rydzyka czy też „Gazeta Wyborcza”. Na niektórych dochodzi do agresji wobec dziennikarzy, a przecież słuchacze Radia Maryja i czytelnicy gazety jednej i drugiej to raczej nie prymitywne hordy kiboli.

To nie ma znaczenia, bo w pewnym sensie jesteśmy tacy sami. Marek Hłasko pisał o Niemcach „naród poetów i myślicieli”. Ten „naród poetów…” zbudował III Rzeszę i zorganizował Holocaust, chociaż Heydrich z Canarisem grali Schuberta. Kultura to cienka powłoczka, a jak się ją zarysuje to jest Sarajewo i Srebrenica. Problem polega na tym, że media i korporacyjny kapitalizm kreują i żyją z tych ciemniejszych naszych cech, a jak wiadomo kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. W tym kreowaniu świata najważniejsze są emocje…

Znowu sugeruje Pan, że emocje kibola i czytelnika gazet „Polskiej” i „Wyborczej” są takie same?

W głębi tak. Można je tak samo eskalować. Media, reklama, kapitalizm korporacyjny, no i oczywiście politycy wiedzą, że najważniejsze są emocje. Rozemocjonowany człowiek traci krytycyzm niezależnie od tego, co czyta. Takim rozemocjonowanym człowiekiem można manipulować. Otwiera Pan „Onet” i co tam jest? Wiadomości, rozrywka i … emocje. Są wybory. Dziennikarze relacjonując mówią: „emocje są rozgrzane do czerwoności”. Bez przerwy emocje. W telewizji są najpierw wiadomości, oczywiście pełne emocji, potem emocjonujące wiadomości sportowe, a pomiędzy nimi reklamy. Te reklamy straszą: co z moim kontem, co z moją suchą cerą, czy ludzie będą mnie szanować jak będę miał stary samochód, itd. Emocje dobre i złe - częściej złe - bez chwili przerwy.

I co? To stresujące i kiedyś trzeba odreagować?

Tak. 100 - 200 lat temu mieszkając poza dużym miastem, a nawet w jego centrum nie odbierał by Pan tych wszystkich medialnych emocji. Na prowincji gazeta by do Pana docierała z rzadka i z opóźnieniem, a teraz mamy bombę medialną. Plakaty, billboardy, prasa, radio, Internet, telewizja.

Naprawdę gdyby nie media ludzie nie byliby agresywni?

Media się do tego przyczyniają, ale oczywiście jest jeszcze inny ważny powód tej agresji. Frustracja tych ludzi. Dodatkowo, jeśli chodzi o ostatni przypadek na Krakowskim Przedmieściu, Jarosław Kaczyński jeszcze im tłumaczy, że mają prawo do tej frustracji. Żeby jednak było jasne, to inne formacje polityczne też eskalują zamiast hamować. Nie apelują o wspólne dobro i zaufanie, o troskę. Raczej odwołują się do języka pełnego inwektyw, że ktoś jest matoł, liberał, lewak, moher, zdrajca itd.

No to wszystkiemu są winne media i politycy?

To też nie jest takie jednoznaczne. Człowiek jest też naśladowcą innych. Idzie do pracy i stara się dopasować do otaczającego świata. Świat jest agresywny, to i on jest agresywny. Media są winne, ale bardziej jest winny mechanizm korporacyjnego kapitalizmu. Media nie mogą z tego pędzącego pociągu wyskoczyć. My też. Jeżeli Pan nie będzie pisał tak, jak chce ten świat, to albo wyrzucą Pana z pracy, albo pańska gazeta zbankrutuje. Media chcąc się utrzymać w świecie jaki jest i działają w stylu Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie ma rosnąć. No i rośnie. Krew, dramaty, kłótnie polityków, po prostu informacyjna wojna. Nie ma czynników hamujących. Honor, religia, obyczaj, dobry smak - one tracą na wartości. Zwolennicy PiS czują się sfrustrowani. Podejrzewają, że media jak TVN czy TVP ich okłamują. Uważają, że to sługusy komunizmu i masoni. Ci po przeciwnej stronie uważają ich za wariatów, moherów, oszołomów.

Czyli jest źle, a będzie gorzej?

Tak, bo mało kto spokojnie mówi, że mamy złe drogi, szkoły, zaniedbane lasy, mnóstwo ważnych problemów do rozwiązania. Jeżeli nawet o nich mówimy, to też przerabiamy je na kolejne zadymy, którymi podniecają się politycy, media i na końcu ludzie. Niestety nawet ci, którzy to widzą, nie wiedzą jak to zmienić. Ja też nie. Może otrzeźwiejemy jak dojdzie do tragedii. Równocześnie trzeba pamiętać, że ci sfrustrowani ludzie mają powody do frustracji. Jak się słyszy, że szef w banku przynoszącym straty zarabia pół miliona miesięcznie, to trudno nie rozumieć ludzkiej frustracji. Ludzie widzą, że jak ktoś ma władzę, to wolno mu więcej i nie będzie ukarany za to, za co ja czy Pan ukarani będziemy. Gdybym ja wygadywał o innych takie rzeczy jak mówią niektórzy politycy – i to wszystkich orientacji - dawno siedziałbym w więzieniu. Gdybym spowodował takie straty jakiegoś banku, to też bym siedział, a oni nie siedzą. Reklamy wbijają nam do głowy, że powinniśmy być jak Angelina Jolie czy George Clooney i mieć tyle co oni, ale nie jesteśmy i nie mamy. To rodzi frustrację, której poziom w Polsce jest duży, a psychologia uczy, że podstawową reakcją na frustrację jest agresja.

Gdzie, kiedy i w jakim kierunku ta agresja się ujawni jest w pewnym sensie dziełem przypadku. To zależy więc też od tego, kto ją zagospodaruje, a politycy i media cynicznie to wykorzystują, bo do agresji może posunąć się każdy, słownej lub fizycznej, jeśli będzie dostatecznie sfrustrowany i odpowiednio zmanipulowany.

Jak Pana słucham to widzę ciemność.

Można tak powiedzieć, bo nasz problem polega na tym, że ani politycy,  ani Kościół, ani media, ani żaden ważny podmiot debaty publicznej w naszym kraju nie wzywa do opamiętania się.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl