Z Mateuszem Orzechowskim, wydawcą gazet lokalnych we wschodniej Polsce, rozmawia Błażej Torański.

Mateusz Orzechowski. Rocznik 1971. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (1995).Właściciel Wydawnictwa Wspólnota, wydaje osiem tygodników lokalnych na Lubelszczyźnie. W latach 1997-2010 był wiceprzewodniczącym Sejmiku Województwa Lubelskiego. W kwietniu 2011 r. odszedł z Platformy Obywatelskiej, uznając że nie można łączyć działalności politycznej z wydawniczą.

 

Masz wielu wrogów, jako wydawca?

Oczywiście, że wielu. Jak każdy wydawca gazet lokalnych. Ale generalnie politycy boją się prasy, wiedzą, że nie warto z nią zadzierać.

Zakładałeś gazety będąc radnym wojewódzkim Platformy Obywatelskiej. Czy partia władzy może liczyć na Twoją przychylność?

Większość gazet założyłem wcześniej. Przyjmując do pracy dziennikarzy mówię im, aby robili gazetę obiektywną i nie ma znaczenia czy jestem, czy nie jestem w polityce. Gdybym miał jakąkolwiek wpadkę, np. zatrzymano by mnie prowadzącego samochód po  alkoholu, to mają mnie tak samo opisać, jak kogokolwiek innego. Po takich deklaracjach moi dziennikarze bardziej lubowali się w opisywaniu potknięć polityków Platformy, aniżeli PiS-u. To spowodowało, że w Platformie moje gazety uznano za propisowskie.

Stosujesz wewnątrzredakcyjną cenzurę?

Nie przypominam sobie nic takiego.

Są tematy, których nie ruszasz?

Nie ma świętych krów. Piszemy o wszystkim i o wszystkich.

Patrzysz wnikliwie na ręce lokalnej władzy?

Taka jest misja gazety. Jako pierwsi np. ujawniliśmy aferę łapówkarską byłego starosty łukowskiego. Nie widzę tego inaczej. Ale nie jest to łatwe. Obrażają się z byle powodu. Wiceminister edukacji Tadeusz Sławecki nie był ostatnio zadowolony ze swojego zdjęcia.

Zdarzyło się, że po publikacjach zdjęto lokalnego notabla ze stanowiska?

Pewnie niejednego. Najbardziej znany przypadek dotyczył dyrektora Zarządu Gospodarki Lokalowej w Radzyniu Podlaskim. Opisaliśmy, jak w biały dzień, na głównej ulicy miasta, po pijaku sikał na oczach ludzi. Dostaliśmy sygnał. Redakcja jest w centrum, więc redaktor naczelny pobiegł szybko z aparatem. Po publikacji burmistrz zdjął dyrektora ze stanowiska, a ten podał nas do sądu cywilnego i karnego.

Przegraliście procesy?

W pierwszej instancji wygraliśmy oba, ale w drugiej, w sądzie cywilnym przegraliśmy. Sąd nie orzekł odszkodowania, czego domagał się były dyrektor, ale stwierdził, że musimy przeprosić. Zabrakło nam świadków …

Nie chcieli zeznawać?

To chyba główny problem prasy lokalnej. Po tej sprawie dotarłem do trzech osób, które widziały zajście. Prywatnie potwierdzali, ale publicznie – nie było mowy! Żona jednego pracowała w szkole, ktoś inny dostawał zlecenia od samorządu, inny bał się, że straci pracę. Boją się. Zbyt duży jest system powiązań i interesów. Bywa, ale rzadko, że godzą się mówić anonimowo i świadczyć w przypadku ewentualnego procesu.

Gazeta lokalna jest czwartą władzą, ma wpływ na rzeczywistość?

Na pewno ma. Wychodzi to w prostych sprawach. Wójt nie chce wybudować kawałka drogi, zbieramy materiały, jeszcze się publikacja nie ukaże, a już wójt zmienia decyzję, żeby to nie wyszło na jaw. To, z czego dziś jestem najbardziej dumny to fakt,  że „Wspólnota”  naprawdę pomaga ludziom. Kiedy spaliło się gospodarstwo w Tarkawicy, ogłosiliśmy apel o pomoc.  Nasza redakcja  została sparaliżowana. Cała podłoga została zastawiona ubraniami, kocami i żywnością.  Podobnie było, gdy włączyliśmy się w  akcję zbierania nakrętek dla Lubelskiego Hospicjum Małego Księcia. Po kilku dniach nieobecności w firmie przyjechałem na umówione spotkanie. Okazało się, że nie mam gdzie przyjąć gościa. Worki z nakrętkami nie mieściły się już w redakcyjnych pomieszczeniach, włącznie z łazienką, i wylądowały również w moim gabinecie. Dziś nie ma tego problemu. Worków z nakrętkami jest tak dużo, że stoją na dworze.

Jeszcze bardziej wymowna akcja była w Parczewie, do dziennikarki zgłosiła się dziewczyna z trudną sytuacją rodzinną. Dziennikarka ją nocowała! Po naszym apelu, Łukasz Prusak, redaktor naczelny Wspólnoty Regionalnej przywiózł jej pół samochodu darów – ubrań, artykułów spożywczych itp.

Dziennikarz lokalny ma większą odpowiedzialność za słowo? Wie przecież, że krytykowanego może w każdej chwili spotkać na ulicy.

Pewnie, że ma większą odpowiedzialność. To jest poza dyskusją. Jest mu o wiele trudniej, aniżeli dziennikarzowi ogólnopolskich wydań „Gazety Wyborczej” czy „Faktu”. Nawet drobna pomyłka powoduje, że go napiętnują. Ostatnio do naczelnego Wspólnoty Łukowskiej przyszedł człowiek, który miał na sumieniu kilka  przekrętów, za progiem wypalił: „Ty gnoju!”.

Wiele jest z tego powodu ognisk zapalnych? Napięć? Redaktor naczelny tygodnika „Pałuki” ma poczucie, jakby jego dziennikarze byli korespondentami wojennymi. Tak samo jest u Ciebie?

Czytałem Twój wywiad z Dominikiem Księskim. Piękne porównanie! Zadałem to samo pytanie moim dziennikarzom. Powiedzieli, że nie. Że oni czują się, jakby byli „na misji”. Wierzą, że dzięki ich interwencjom świat rzeczywiście zmienia się na lepsze.

Które gazety są dla Ciebie największą konkurencją? Regionalny „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski”?

One się zupełnie nie liczą. Największą konkurencję stanowią tygodniki, które niegdyś były organami komitetów wojewódzkich PZPR: „Słowo Podlasia” i „Tygodnik Siedlecki”. Ale nie jesteśmy z nimi w stanie wojny. Szanujemy się nawzajem i konkurujemy na zdrowych zasadach.

Wielkie koncerny medialne, jak Polskapresse, zwalniają korespondentów w terenie. Wykorzystujesz to?

Ja tych dziennikarzy zatrudniam. W ubiegłym roku w Białej Podlaskiej „Dziennik Wschodni” zamykał oddział. Natychmiast zająłem lokal, bo było to naturalne centrum prasowe w mieście. Ostatnio także przejąłem z „Dziennika” świetnego dziennikarza, ma znakomite kontakty, a pisze teksty, jak karabin maszynowy. I nawet nie chodziło mu tylko o pieniądze.  Miał poczucie, że u mnie lepiej się spełni, zrealizuje.

Nie czujesz zagrożenia ze strony gazet samorządowych dotowanych z pieniędzy podatników?

A tu miałem pietra! Na początku mojej drogi wydawniczej, w 2003 roku. Potentaci samorządowi  – burmistrz, starosta i wójtowie - powiązani politycznie i towarzysko, widząc, że powstaje silna, prywatna gazeta, postawili na swoją. Nagle okazało się, że ludzie nie biorą tej gazety. Choć w gminach leżała za darmo! Robili ją urzędnicy, teksty nie były dziennikarskie,  nudne w formie i treści - laurki dla władzy. Nie zaszkodziło mi to. Zrozumiałem, że nie mają szans. Po kilku latach ponowili próbę wydawania tego samego tytułu, tym razem jako tygodnika. Tym sromotniejszą ponieśli klęskę.

Największy sukces odnoszą gazety lokalne, które stały się tabloidami, piszą głównie o sprawach kryminalnych – jak „Gazeta Regionalna” w Żarach - albo dominuje u nich dziennikarstwo interwencyjne, jak w „Tygodniku Podhalańskim”. Jaki typ redagowania wybrałeś?

Wspólnotowy! Przede wszystkim jesteśmy gazetą „swojską”. I to nie nasze określenie, ale czytelników. Najważniejsze jest, by być jak najbliżej czytelnika. Dyskutowaliśmy w gronie wydawców w Zakopanem - i w zasadzie wszyscy mamy identyczne zdanie - że nikt nie powieli w terenie wzorca „Gazety Wyborczej”, bo sprzedaje się ona co najwyżej w trzystu egzemplarzach w powiecie. Ale nikt też nie zrobi w czystej postaci „Faktu” czy „Super Expressu”. „Wspólnota” musi być unikatowa. Jeśli opisujemy w numerze przekręt burmistrza, to robimy z tego silną okładkę. Podobnie, jeśli pojawi się krew. Ale równolegle mamy bardzo poważne rubryki: opinie, polityka, pieniądze, kościół, historia. Jesteśmy blisko spraw ludzi w powiatach, dalsze profilowanie nie ma sensu. Wydajemy gazetę dla wszystkich grup społecznych.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl