Z Michałem Polem o tym, kto zostanie mistrzem Europy w piłce nożnej, o działaczach PZPN rodem z PRL-u i dyslekcji rozmawia Błażej Torański.

 

Michał Pol, studiował filologię klasyczną, dziennikarz sportowy „Gazety Wyborczej”, ekspert w stacji nSport. Od 15 lat pisze o futbolu. Był trzykrotnie na mistrzostwach świata w piłce nożnej, czterokrotnie na mistrzostwach Europy i jednym finale Ligi Mistrzów.

 

 

 

Nadal uważasz, że Polska może zostać mistrzem Europy w piłce nożnej?

Jestem życiowym optymistą. Los wielokrotnie okazywał mi jasną stronę. Jak Leo Beenhakker wysyłał Polaków na jasną stronę Księżyca, to mnie nie musiał, bo ja już tam byłem. Irytuje mnie polskie malkontenctwo. Są wprawdzie i do niego powody, ale drażni mnie, że przy okazji EURO 2012 większość chce widzieć szklankę do połowy pustą, a nie pełną. Uczestniczyłem w objeździe UEFA po stadionach Polski i Ukrainy wraz z dziennikarzami najlepszych europejskich mediów: od „Timesa” i „Guardiana” przez „El Pais” po „Corriere della Sera”, czy „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Wszyscy chwalili Polskę. Jak bardzo się zmieniła i zbliżyła do Europy, jak nadzwyczajne ma stadiony, o jakich inne kraje marzą. Zagraniczni dziennikarze o wiele lepiej mówią o naszych piłkarzach i reprezentacji, aniżeli my sami. My tylko dostrzegamy dziury w składzie, a oni twierdzą, że Łukasz Piszczek będzie na swojej pozycji najlepszym piłkarzem Europy. Mówią z podziwem o Wojtku Szczęsnym i Robercie Lewandowskim. Dlatego napisałem optymistyczny artykuł i uważam, że Polska, grając przed własną publicznością, może zostać mistrzem Europy.

Twoje dziennikarstwo sportowe jest radosne, jakby po polskich boiskach biegali Kaka, Messi i Ronaldo, a nie Możdżeń, Małecki czy Wilk …

Oczywiście wolę oglądać Messiego i Kakę. Wiem, jaki dystans nas dzieli. Ale umiłowałem polską reprezentację i Ekstraklasę, jak kocha się swoje dziecko, które przynosi jedynki i dwójki, czasami trafi się czwórka czy piątka. Dlatego sukcesy wybijam, może czasami nazbyt optymistycznie. Przykład: teraz pojawił się młody, bardzo zdolny technicznie piłkarz Rafał Wolski. Odnalazłem w nim, może nieco na wyrost, DNA Barcelony. Tego szukają skauci na całym świecie, oglądając grające w piłkę dzieciaki. Chcą ich ściągnąć do swojej słynnej szkółki La Masia.

Wiem oczywiście, że mecze piłkarskiej Ekstraklasy i angielskiej Premier Leaugue, to jakby dwie różne dyscypliny. Jak wyścigi samochodowe na ulicach Warszawy, gdzie zbierają się chłopaki z Bródna i Formuła 1. Chodzę na mecze polskiej ligi, bo wiem, że ci piłkarze kiedyś będą grali w reprezentacji Polski. Cieszy mnie, jak niektórzy cudzoziemcy, jak Artiom Rudniew z Lecha czy Danijel Ljuboja z Legii, odrobinę podnoszą poziom Ekstraklasy.

Polskim  Związkiem Piłki Nożnej rządzi dyktatura ciemniaków, ludzi z kiepskiego materiału; powiedziałeś w jednym z wywiadów, że profesjonalizm zniósłby ich ze sceny. Dlaczego nie zmiotą ich polscy dziennikarze sportowi?

Czasami się to udaje. Kilka publikacji w „Gazecie Wyborczej” przyczyniło się do nagłośnienia afery korupcyjnej, w której prokuratura wrocławska przesłuchała ponad pół tysiąca osób i postawiła zarzuty. PZPN tworzy jednak impregnowaną strukturę i dlatego dziennikarze niewiele mogą zdziałać swoimi publikacjami. Ale od tej ściany odbijają się także politycy. Ba, nawet kolejni premierzy, którzy potem spektakularnie się z tego wycofywali, choć mieli do dyspozycji takie narzędzia, jak CBŚ czy CBA. Rozmaite służby brały PZPN pod lupy i wypruwały z jego materii najcieńsze nitki. Cóż - wobec ich możliwości - my, dziennikarze, możemy zrobić? Nam ktoś coś może opowiedzieć, ale służby mają narzędzia. Mimo to nadal w PZPN rządzą działacze z poprzedniego systemu. Przesunięci w czasach PRL na sport, bo gdzie indziej się nie sprawdzili.

A może z tego głównie powodu szwankuje system szkolenia młodzieży i gubimy w 38-milionowym narodzie talenty piłkarskie?

Jeśli chodzi o aktywność fizyczną jesteśmy narodem upośledzonym. O wiele mniejsze narody, jak Norwegowie czy Holendrzy, niemal w 80 proc. uprawiają sport. I nie polega to na dojeżdżaniu rowerem do pracy, bo to jest naturalne. W Polsce nikt nigdy nie stworzył systemu szkolenia młodzieży. Jeśli jeszcze do profesjonalnej piłki trafiają utalentowani piłkarze, to zasługa klubów albo biznesmenów, którzy zapraszają FC Barcelonę, aby otworzyła Escola Varsovia, szkolącą młodych. Są też szkoleniowcy z Ajaxu Amsterdam, którzy ćwiczą ponad tysiąc dzieci. Wielkie firmy, jak Coca-cola czy Tymbark, chcąc się promować przez futbol młodzieżowy, organizują turnieje piłki nożnej, jak Coca-cola Cup. Tam wypłynęli po raz pierwszy Robert Lewandowski i Ariel Borysiuk. Wszystko to dzieje się nie dzięki PZPN, ale mimo. Dlatego mamy tylko jednego światowej  klasy napastnika, a nie jedenastu na każdej pozycji.

Jak wygląda Twój warsztat dziennikarza sportowego. Czytasz angielską prasę, Internet, biografie piłkarzy, śledzisz statystyki, wypowiedzi menedżerów?

Dokładnie tak to wygląda. Ale nie przygotowują się do kolejnych transmisji, wieczorów Ligi Mistrzów, po prostu cały dzień zanurzam się w tej tematyce. To mnie pasjonuje. Oglądam wiele transmisji meczów, zwłaszcza w weekendy, ligi hiszpańskiej czy Bundesligi. Co tydzień chodzę na mecze Legi lub Polonii Warszawa. Czytam angielską i niemiecką prasę, bo te języki znam, głównie „Timesa”, „Guardiana”, „Sueddeutsche Zeitung”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Die Welt”. Serwisy internetowe, portale, jak goal.com, sport-bild. Dzięki Google translator mogę sobie przetłumaczyć i artykuły z prasy hiszpańskiej czy włoskiej.

Sport wyzwala silne emocje. Udzielają się one także komentatorom. Studiowałeś filologię klasyczną. Czy studia o Antyku dały Ci dystans do rzeczywistości? Jak sobie radzisz z emocjami?

Gdyby rywalizację zalotników o Penelopę w „Odysei” odczytać jako zawody, można stwierdzić, że Homer był autorem pierwszej relacji sportowej. Filologia klasyczna rozszerzyła mi horyzonty, ale nie nauczyła dystansu do silnych emocji, którym oczywiście ulegam. Chociaż jako dziennikarz sportowy powinienem być z nich wyprany. Nie jestem bowiem na meczu jednym z tysięcy kibiców, tylko pracuję i po ostatnim gwizdku wysyłam do gazety relację. Moje sprawozdania zawsze są nacechowane emocjami, ale euforia nie przesłania wyjaśnienia czytelnikom co, jak i dlaczego się zdarzyło. Nie tracę dystansu do końca.

Emocje powodują jednak wpadki. Dziennikarze sportowi z nich słyną. Powtarza się je potem, jak bon moty. Zaliczyłeś taką?

Na szczęście nie komentuję meczów na żywo, kiedy o wpadki najłatwiej. W ferworze emocji można przekręcić nazwisko zawodnika, coś zapomnieć. Dariusz Szpakowski w swojej pierwszej relacji przedstawił się jako Dariusz Ciszewski. Nie dlatego, że nie wie, jak się nazywa, tylko emocje go zżarły. Mnie udaje się tego uniknąć, bo jak coś napiszę, to jeszcze ktoś to czyta, redaktorzy i korekta. Niestety, jestem dyslektykiem. Pierwsze korespondencje pisałem długopisem na kartce, biegłem do biura prasowego i wysyłałem je do redakcji faksem. Tak było na przykład na EURO 1996 w Anglii na Wembley. W tekstach napisanych pod presją czasu roiło się od strasznych błędów. Do tego stopnia, że w „Gazecie Wyborczej”, kiedy zatrudniano korektorki, moje zapiski wykorzystywano na testach. Czasami koszmarne błędy ukazywały się w druku. Pamiętam, pisałem o Franco Barellim i w tytule pojawiło się słowo papież przez „rz”. Teraz na szczęście są edytory tekstów.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl