Z Ireną Piłatowską-Mądry o reportażu radiowym, uporze i podróżach w głąb człowieka rozmawia Marek Palczewski.



Irena Piłatowska-Mądry. Od 2004 roku redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Reportażem radiowym zajmuje się od 1984 roku. Za swoją twórczość uhonorowana została wieloma prestiżowymi nagrodami oraz wyróżnieniami w kraju i na świecie (w sumie otrzymała ponad 50 nagród). Laureatka m.in. Złotego Mikrofonu, Nagrody Głównej SDP – „Wolności Słowa”, Nagrody im. Ksawerego Pruszyńskiego, Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Nagrody Związku Literatów Polskich. Otrzymała Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, jedną z najbardziej prestiżowych nagród w świecie – Premios Ondas, wyróżnienie na Prix Italia oraz drugą nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Audialnej pod patronatem EBU (Europejskiej Unii Nadawców). Kilkakrotnie wyróżniona Nagrodą Specjalną Prezesa Polskiego Radia S.A. za wybitne osiągnięcia zawodowe i działania na rzecz promocji reportażu radiowego. W ubiegłym roku Prezydent RP Bronisław Komorowski uhonorował ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Ostatnio zdobyła III nagrodę (w duecie z Alicją Grembowicz) w Ogólnopolskim Konkursie Dziennikarskim im. Krystyny Bochenek za reportaż „Kordian i Helena”. Irena Piłatowska wymyśliła i od ponad 10 lat prowadzi „Spotkania z Reportażem” w warszawskim Klubie Księgarza. 
 

 

Reportaż radiowy jest teatrem życia. Zgodzi się Pani na taką metaforę?

Zdecydowanie tak. Reportaż to gatunek z pogranicza dziennikarstwa i sztuki. Jan Rodzeń, zapytany, dlaczego reportaż radiowy jest prezentowany w Klubie Księgarza powiedział, że to literatura faktu nie napisana, lecz od razu udźwiękowiona. To też jest teatr, tylko taki, w którym grają nie aktorzy, lecz zwyczajni, nie-zwyczajni ludzie w rolach pisanych im przez życie.

Dziś w Polsce jest pogoda dla reportażu radiowego?

Powiem panu coś co pewnie będzie dość zaskakujące: pogoda dla reportażu jest zawsze. Mamy, niejako wpisaną w nas potrzebę refleksji. Potrzebę zatrzymania się w pędzie codzienności. Przyjrzenia się sobie i innym… Dobry reportaż stwarza taką możliwość. Pomaga zobaczyć więcej i głębiej właśnie w relacji z drugim człowiekiem – osobistej, czasem wręcz intymnej.
Myślę, że miłośników radiowego reportażu nigdy nam nie zabraknie. Obserwuję to także po studentach. Swoje praktyki najczęściej chcą odbywać właśnie w Studiu Reportażu i Dokumentu. O czymś to świadczy. Nie chodzi tylko o naukę warsztatu. Reportaż zaspokaja jakieś ich potrzeby. Potrzebę refleksji, bliskości z innym człowiekiem…

W swoich reportażach często nawiązuje Pani do historii; bohaterowie szukają śladów swojej pamięci, podążacie wspólnie tymi śladami, odkrywając ich losy. Jak mocno angażuje się Pani w te wyprawy?

To, co mnie bardziej pasjonuje, to nie jest akurat historia jako taka, lecz podróżowanie w głąb człowieka. To jest moja pasja; spotkania z ludźmi i poszukiwanie razem ukrytych sensów.  Najbardziej sobie cenię te reportaże, w których bohaterowie, rozmawiając ze mną, przy pomocy pytań, które im zadaję, nagle odkrywają jakiś element prawdy o sobie, o swoim życiu. Widzą siebie w nowym kontekście, zaczynają rozumieć więcej i bardziej poznawać sami siebie…

Dzięki Pani pytaniom?

Tak, bo przecież reportaż to zwierciadło, w którym przyglądamy się sobie.

I Pani też się sobie przygląda.

Zawsze. Trudno nie spojrzeć na siebie, nie zadać sobie pytania  jak ja bym zareagowała, jak ja bym się zachowała w danej sytuacji, kim jestem? Szymborska mówi, tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono i tak właśnie sprawdzają się moi bohaterowie i ja także, podążając za nimi.

Reportaż goni za autentyzmem, a Pani przyłapała parę razy swoich bohaterów na kłamstwie. Jakie to uczucie?

Z największym zafałszowaniem rzeczywistości, któremu ulegli tzw. zwykli śmiertelnicy, ale także dziennikarze i politycy  miałam do czynienia przy okazji spotkania z pewnym rolnikiem spod sieradzkiej wsi, który w obronie życia swojego psa zdecydował się pójść do więzienia.

Pojechałam do niego za namową pewnej słuchaczki. Dokumentację tematu zaczęłam od wizyty w wiejskim sklepie. Ludzie byli mu niechętni. Moje pierwsze wrażenie też nie było dobre. Pole leżało ugorem, obejście zaniedbane, żadnego żywego stworzenia poza wspomnianym psem. Miał być w odosobnieniu, a tymczasem biegał po podwórku. A na dodatek miał świeże, szarpane  rany jak po pogryzieniu… Mówiono i pisano o tym rolniku, że jest człowiekiem biednym. Dlaczego właściciel kilkunastu hektarowego gospodarstwa  jest biednym człowiekiem? A może na własne życzenie…

Jednak, kiedy zaczęliśmy nagranie, zadziwił mnie dobrą polszczyzną, jasnym formułowaniem myśli.  Bez wątpienia przeszedł dobra szkołę, dzięki ciągłej obecności w mediach. Niemniej na pewno był inteligentny. Zadziwił mnie także jego spokój. Mimo, iż następnego dnia miał zgłosić do więzienia, by rozpocząć odbywanie zasądzonej kary pozbawienia wolności. Słuchając jego opowieści, myślałam jak najdelikatniej zapytać o  jego przeszłość.  Czy jest aż tak psychicznie mocny, czy może wie co jest za więziennym murem… I w pewnym momencie zapytałam: „Czy Pan był kiedykolwiek karany?”  - „A czemu pani pyta?” Powiedziałam, że podziwiam jego odporność, przecież jutro zatrzaśnie się za nim więzienna brama a on zdaje się tego nie przeżywać… Słuchając mnie wyraźnie się odprężył. Odpowiedział: „W papierach jestem czysty.” Nie miałam wątpliwości, że coś jest na rzeczy i muszę to sprawdzić.  Drążenie było długotrwałe i niełatwe. W rejestrze skazanych nie figurował, choć powinien.  W aktach sprawy o psa też nie znalazłam potwierdzenia swoich przeczuć. Szukałam jednak uparcie dalej. Ostatecznie okazało się, że ten bohater mediów (w obronie, którego występował nawet ówczesny prezydent)  w więzieniu spędził kilka lat za nieumyślne spowodowanie śmierci 19-latka, którego żgnął go nożem po pijanemu. Wielokrotnie był karany za pobicia żony i matki. Był alkoholikiem wszczynającym po pijanemu burdy, zastraszającym sąsiadów. Sprytnie wykorzystać chciał media i prawie mu się udało. Tak powstał reportaż „Prawda odwrócona” o nowym wówczas zjawisku, czyli rzeczywistości medialnej i jej wpływie na nasze realne życie.

Pani powiedziała o tym uporze, drążeniu. To jest jedna z bardzo ważnych cech reportażysty. Widać w wielu Pani reportażach, że Pani nie odpuszcza w pewnych sytuacjach;  wypraszana  czeka albo wraca, tak jak choćby w reportażu o Dubrowce. Tam jest taki moment, gdy Pani jest wyrzucana kilka razy z moskiewskiego  szpitalu, a jednak z uporem powraca i nagrywa rozmowę z człowiekiem, który był na Dubrowce w czasie ataku czeczeńskich terrorystów na teatr. Rozmowę, która właściwie stawia kropkę nad i, bo opisuje, co się tam dokładnie działo i jaka była cena…

Tak, to była kluczowa dla tego tematu rozmowa. Nagroda za mój upór. Zaprocentował też… mój brak wyobraźni. Nie bałam się, być może dlatego, że nie dość znane mi są radzieckie realia.  Może, gdybym mieszkała w Rosji, to strach, by mnie paraliżował…  Byłam tam z kolegą, który studiował w Moskwie, tam skończył też średnią szkołę. On reagował inaczej. Ostrzegał mnie, radził żebym odpuściła. No dobrze, powiedziałam, to ty poszukaj innej drogi, a ja tam wrócę.

I Pani wróciła.

Weszłam jeszcze raz i zostałam wyrzucona ponownie, odczekałam więc chwilę i znów weszłam. Tym razem szczęście mi dopisało. Od razu zauważyłam tego chłopaka. Rozmawiał przez telefon. Nie miałam wątpliwości, że jest jednym z byłych zakładników. Miał to „wypisane” na twarzy, w sposobie mówienia. To była bardzo ciekawa rozmowa. Na tym przykładzie jasno widać jak działa pranie mózgu. Ten młody człowiek przeżył podwójny szok. Raz jako zakładnik i dwa – w zderzeniu z prawdą.

Co Pani udało się z niego wydobyć?

Obraz Czeczenów jaki miał, zawalił się. Czeczenki, które przetrzymywały ich w teatrze były – jak mówił - dobre, opatrywały rany, dawały dzieciom czekoladki, mówiły, że nie chcą nikogo zabijać. Po raz pierwszy słyszał  o Czeczenii i ich dramacie od Czeczenów. I zobaczył ludzi krzywdzonych, którzy zapędzeni są w ślepy zaułek i czują, że jedynym sposobem obrony jest desperacki atak.
Zrobiła Pani setki reportaży, za które dostała więcej niż 50 nagród. Każda osoba, z którą Pani rozmawiała dzieli się swoimi dramatami, przeżyciami i radościami. Jak Pani znosi ten ciężar ludzkich uczuć?
Z moimi bohaterami płaczę i śmieję się, wspólnie z nimi przeżywam ich los. Lubię ludzi i oni odpłacają mi tym samym.  Czują, że nie traktuję ich instrumentalnie, że są dla mnie ważni, jestem ich ciekawa, chcę zrozumieć. Wsłuchuję się w nich. Często bywa tak, że ludzie powierzają mi swoje najskrytsze tajemnice i czując, że jest ktoś kto z tak wielką uwagą ich słucha, chcą się zaprzyjaźnić.

A warto się zaprzyjaźnić?

Bywa różnie. Z każdym nie da się zaprzyjaźnić. Poza tym, za krótki dzień, żeby utrzymywać te wszystkie znajomości. Wtedy staram się bezboleśnie wycofać. Czasami ludzie usiłują przerzucić ciężar odpowiedzialności za swoje życie na mnie. Chcą na przykład, żebym decydowała o ich wyborach życiowych.

I co Pani wtedy robi?

Umiem powiedzieć stop. Miałam kiedyś taką sytuację, przy okazji nagrań do mojego pierwszego w życiu reportażu, mój bohater uznał, że skoro nikt nie zna go tak dobrze jak ja, to chciał, żebym wybrała mu żonę (śmiech). Musiałam się wycofać, a jednocześnie nie urazić go. To piękna postać, choć w pewnych obszarach życia wyjątkowo bezradna…

Reportażysta jako psycholog, ksiądz…

Nawet czasem bardziej niż ksiądz. Często słyszę: „więcej powiedziałem pani niż księdzu na spowiedzi” (śmiech).

Co w Pani zostaje po tych wszystkich rozmowach?

Bardzo dużo. Wiele nauczyłam się od moich bohaterów. Jestem im bardzo wdzięczna za te dary. Spotkania z ludźmi, praca nad reportażem, to  jest naprawdę wielka szkoła życia.

 

 

autor zdjęcia: Marek Palczewski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl