Z Michałem Majewskim o przyczynach katastrofy smoleńskiej i trudnościach dziennikarstwa śledczego rozmawia Wiktor Świetlik.

Michał Majewski, dziennikarz i reporter. Zaczynał w 1994 roku w „Rzeczpospolitej”, w której pracował w sumie 14 lat. Był też reporterem działu śledczego „Dziennika” i „Dziennika Gazety Prawnej”. Bardzo często pracuje w tandemie z Pawłem Reszką. Obaj są m. in. autorami książki „Z daleka od Wawelu”, laureatami m.in. Grand Press, nagrody im. A. Woyciachowskiego oraz MediaTorów.
Za cykl artykułów śledczych „Dziewięć i pół sekundy” o katastrofie smoleńskiej dostaliście wraz z Pawłem Reszką nagrodę GRAND PRESS 2010. Czy twoim zdaniem tak naprawdę można już w tym momencie określić przybliżone przyczyny katastrofy?
Możemy różnie oceniać działalność pułkownika Edmunda Klicha. Ale on kiedyś, zresztą w wywiadzie który robiliśmy z nim dla „Rzeczpospolitej”, powiedział rzecz, która do mnie trafia. Mówił, że zwykle przy katastrofie jest kilkanaście przyczyn. I one są jak kostki domina ustawione obok siebie. Jedna wpada na drugą, po kolei pada cała konstrukcja. Złe przygotowanie wylotu, brak lotnisk zapasowych, błędy załogi, fatalna pogoda, nieprofesjonalne zachowanie kontrolerów, itd., itd. Wyjmujesz jedną kostkę, i nie masz katastrofy. Tutaj nikt nie wyjął żadnej kostki. Trzeba powiedzieć, że przez lata polskie lotnictwo mocno pracowało na tę katastrofę. Liczba zaniedbań wołała o pomstę do nieba. Bezpośrednie przyczyny? Zejście poniżej wysokości decyzji we mgle gęstej jak mleko, nieudany manewr odejścia sprzed pasa i fatalne zachowanie kontrolerów, którzy nie korygowali lotu Tupolewa.
A czy można jednoznacznie wykluczyć zamach lub - z drugiej strony - współodpowiedzialność „kluczowych pasażerów”?
Nie widzę twardych dowodów, które pozwalałyby stawiać takie tezy. Nie widzę zamachu, nie widzę też dowodów na naciski, które mieliby wywierać pasażerowie na członków załogi. W raporcie Millera jest napisane, że wpływ na zachowanie lotników mogła mieć obecność w kokpicie generała Andrzeja Błasika. Komisja w sposób kategoryczny przyjęła, że był on w kabinie. Dziś okazuje się, że nie ma na to dowodów. Zresztą nie rozumiem dlaczego komisja nie zebrała się, by poprawić ten fragment raportu. Na papierze, w oficjalnym dokumencie dla potomnych zostanie informacja, że obecność Błasika miała wpływ na wydarzenia. To nie jest w porządku.
Niechętnie zgadzałeś się na rozmowę o swoich publikacjach na temat katastrofy smoleńskiej, tłumacząc mi, że przy dzisiejszej polaryzacji ciężko się przebić z uczciwym, nienacechowanym polityką czy ideologią, przekazem na ten temat. Generalnie, twoim zdaniem polscy dziennikarze zdali egzamin w tym przypadku?
Nie chcę oceniać kolegów po fachu. Niech to robią czytelnicy. Dlaczego miałem opory przed rozmową? Bo w sprawie Smoleńska mamy dwa okopy. Albo jesteś „zdrajcą” Polski od Tuska, albo „wariatem” od Kaczyńskiego i Macierewicza. Obie strony siedzą w okopach i walą do siebie z dział. Ja nie jestem po żadnej ze stron i odmawiam udziału w takiej wojence.
W USA po zabójstwie Kennedy’ego też ludzie się podzielili według podziałów ideologicznych. Prawica uważała, że to komuniści, Sowieci czy Fidel Castro, ten trop pojawia się w publikacjach neokonserwatywnych do dziś. Lewica z kolei obarczała winą „skrajnych prawicowców” powiązanych z służbami specjalnymi USA, ta wersja z kolei jest żywa za sprawą filmu Oliviera Stone’a. Jako reporter : zawsze próbujesz i jesteś w stanie wyrwać się ze swoich poglądów czy uprzedzeń?
Poglądy mam schowane głęboko w kieszeni. Pisaliśmy ostre teksty o bałaganie w pułku, błędach pilotów, ale też o fatalnych zachowaniach rosyjskich kontrolerów. Chwaliliśmy Jerzego Millera za odpowiedź MAK-owi na początku 2011 roku. Krytykowaliśmy go za to, że nie chciał poprawić raportu. Wtedy, gdy okazało się, że argumenty wskazujące na obecność Błasika w kabinie były miałkie. Osobiste poglądy nie mają nic do tego. Taka jest szkoła starej „Rzepy” i tego się trzymamy. Tak nas uczył Krzysztof Gottesman, który był szefem działu politycznego „Rzeczpospolitej”, w którym obaj z Reszką wychowaliśmy się w latach 90.
Razem z Pawłem Reszką jesteście trochę jak Pandy Wielkie - należycie do ostatnich przedstawicieli gatunku. Większość naszych kolegów, którzy jeszcze kilka lat temu zajmowali się reportażem, szczególnie śledczym, zajmuje się dziś pr-em czy lobbingiem, sądzisz, że dziennikarstwo śledcze się odrodzi?
Nie wiem, co będzie z dziennikarstwem. Często o tym rozmawiamy z kolegami. Teraz dominuje u mnie myśl, że za kilka, może kilkanaście lat nie będzie redakcji w klasycznym rozumieniu tego słowa. Może to będzie tak, że powstaną portale, które będą grupowały autorów? Coś w rodzaju spółdzielni dziennikarskich bez tych wszystkich dodatków, jak stacjonarne telefony, biura, biurka, drukarnie itd. Media, szczególnie te drukowane, są na rozdrożu. Dobrze to widać, gdy rzuci się okiem na sprzedawane nakłady gazet codziennych i tygodników kilka lat temu i teraz. Spadki są drastyczne. Co z tego wyjdzie? Pewnie nie ma mądrego, który dziś zna odpowiedź. Co do dziennikarstwa śledczego; jego nie ma. My z Pawłem Reszką też się nim nie zajmujemy. Nie ma w Polsce redakcji , która dałaby dziennikarzom np. miesiąc na chodzenie za jakąś historią. Po to, by dziennikarze dogłębnie, od A do Z, zbadali jakąś sprawę. Nie ma na to pieniędzy, nie ma takich możliwości. Muszą powstawać teksty, trzeba zapełniać gazetowe kolumny. Chcąc, nie chcąc, wszyscy ślizgają się po powierzchni, nie zaglądają głębiej, nie skrobią, by dokopać się jak najdalej. To jest ogromny problem. Prasa w Polsce w dużej mierze straciła funkcję kontrolną wobec władzy. Platforma ma sporo szczęścia, że jej rządy przypadły na taki kryzys mediów.
Oprócz kwestii ekonomicznych, można odnieść wrażenie, że dziennikarstwa śledczego nie lubią ani prawo, ani sądy, ani służby państwa, wystarczy spojrzeć na nieustanne afery związane z inwigilacją telefonów komórkowych dziennikarzy. Czy to jest obraz powodowany przez moje skrzywienie zawodowe, bo nieustannie wałkuje te wszystkie przypadki, czy rzeczywiście jest to utrudnienie mogące zniechęcić do tej branży?
Czy ja wiem? Nie jest to nic przyjemnego. Służby namierzały telefony moje i Reszki, gdy pisaliśmy o incydencie gruzińskim z udziałem Lecha Kaczyńskiego. Czy to może zniechęcić? Chyba nie. Problem jest gdzie indziej - kłopoty finansowe prasy, o których już mówiłem. Pewnie też, większa niż kiedyś, niechęć redakcji, wydawców, do ryzykowania. Bo mogą być kłopoty prawne, procesy i tak dalej.
Czym polscy dziennikarze śledczy nie zajęli się w ostatnich latach a powinni się zająć?
Ogromny potencjał jest w sprawach związanych z gospodarką. Mam wrażenie, że nikt na poważnie się im nie przygląda. Wszyscy się zastanawiają, czy Miller ładnie uśmiechnął się do Tuska, a Komorowski do Palikota. Tymczasem w tle dzieją się ważne historie. Nikt tego na poważnie nie eksploruje. Kolej, drogi, gaz, ropa, telekomunikacja – to kopalnie wielkich tematów.
Wspominałeś, że z Pawłem Reszką nie zajmujecie się dziennikarstwem śledczym. Mam wrażenie jednak, i nie tylko ja, że uprawialiście ten gatunek. We „Wprost”, do którego niedawno przeszliście nie będziecie zajmować się takimi tekstami?
Nie ma dziennikarstwa śledczego w polskiej prasie. Robimy z Reszką reportaże, książki, wywiady, piszemy czasem publicystkę. Od czasu do czasu pogłębione teksty, które niektórzy nazywają śledczymi. I to we „Wproście” będziemy robić. I gonić tych, którzy nazywają nas „dziennikarzami śledczymi”.
