Z Marcinem Wolskim, pisarzem, radiowcem, satyrykiem o 50-leciu Trójki, audycji „Sześćdziesiąt minut na godzinę” i sposobach na dobre radio rozmawia Kajus Augustyniak.
Marcin Wolski, pisarz, dziennikarz, satyryk, wykonawca własnych tekstów, ur. się w 1947 r. w Łodzi. Absolwent Historii Uniwersytetu Warszawskiego, debiutował w 1966 r. w „Szpilkach”. Redaktor Programu III PR w latach 1969-1981, zwolniony z pracy w stanie wojennym. Od r. 1989 w Programie I PR SA, w latach 2006-2007 – jego dyrektor, 2007 – 2009 konsultant ds. Rozrywki w TVP. Autor ponad pięćdziesięciu wydanych książek, laureat licznych nagród za osiągnięcia artystyczne, odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu „Polonia Restituta” (2006) oraz Złotym Medalem „Gloria Artis” (2009).
Panie nadredaktorze, świętujemy właśnie 50 – lecie Programu Trzeciego Polskiego Radia…
Dziękuję za ten tytuł, w Polsce jest tradycja, że tytuły są dożywotnie, nawet gdy już nie piastuje się związanych z nimi funkcji.
Jako miłośnik „60 minut na godzinę” chciałem Pana nim uhonorować, ale na Pańskim blogu na Onecie ten tytuł nadal funkcjonuje.
Tak, to prawda, może trochę teraz kokietowałem.
Pracował Pan w Trójce dość długo i szefował Pan w tamtym czasie Redakcji Audycji Rozrywkowych…
Rzeczywiście dość długo. Do radia przyszedłem w roku 1969, a „Sześćdziesiątka” powstała w 1974. Musiałem się sporo nauczyć, żeby móc to zrobić. Gdy zacząłem „Sześćdziesiątkę” byłem p.o. kierownika, potem kierownikiem, później przestałem nim być, ale ten program robiłem nadal, aż do stanu wojennego.
I naprawdę zwolniono Pana z radia jako „niezdolnego do służby zmilitaryzowanej”?
Tak. Tak brzmiało oficjalne uzasadnienie dla mojego rozstania się z firmą.
Trzeba przyznać, że mieściło się to w poetyce „Sześćdziesiątki”, prawda?
Może, ale my byśmy to chyba ładniej napisali.
Później w wolnej Polsce wrócił Pan do radia już jako dyrektor, ale nie do Trójki, a do Jedynki, dlaczego?
To trochę bolesna sprawa. Uznałem wtedy, że to już nie jest „ta” Trójka. Że ona została całkowicie zdewastowana, późniejsze życie to chyba potwierdziło. Nie moją rolą jest oceniać czy była dobra czy zła, ale większość ludzi, z którymi ten program współtworzyłem, odeszła. Przyszli zupełnie nowi - w fatalnym momencie i w fatalnym towarzystwie, mówię o tym, co zdarzyło się wczesną wiosną 1982 roku. Nie byłby to dla mnie powrót na własne śmieci, czułbym się tam jak ciało obce. Musiałbym zmienić się w jakiegoś reformatora, „rozliczacza” albo pracować w sytuacji nie za bardzo dla mnie komfortowej. Z drugiej strony kierowała też mną pewna naiwność. Liczyłem na to, że moja dawna „Trójkowa” publiczność przejdzie za mną do Jedynki. Pod tym względem to była porażka. Oczywiście nie twierdzę, że audycja, którą robiliśmy w Jedynce była zła, ale na pewno nie dorównała popularnością „Sześdziesiątce”. To zresztą były już inne lata, nie wiem, co trzeba by było zrobić, żeby zmierzyć się z legendą. A co do dyrektorowania przygoda trwała niecały rok.
A audycje z „Sześćdziesiątki” do dziś chodzą w Trójce w „Powtórce z rozrywki”.
Chodzą także w audycji „Nasz ulubiony ciąg dalszy”, którą ja robię, też w Trójce. Bazuję w niej na tym, co robiłem z kolegami lat temu trzydzieści parę.
Na czym Pana zdaniem polega fenomen Trójki, to że do dziś wspomina się ją jako coś niebywałego?
Oczywiście na polityce. W którymś momencie szefowie tego kraju czy Partii uznali, że należy pozwolić sobie na wentyl. Na powstanie programu, którego młodzież będzie słuchała z pełnym przekonaniem, nie odbierając tego jako mowy – trawy czy prymitywnej indoktrynacji. I będzie słuchała Polskiego Radia zamiast Wolnej Europy. Taki był główny zamysł i nawet nadajniki UKF, które transmitowały Trójkę, to były dawne zagłuszarki z lat pięćdziesiątych, oczywiście po przestrojeniu. Ten pierwotny zamysł twórcy błyskawicznie wykorzystali w celu poniekąd odwrotnym. Chodziło o poszerzanie sfery wolnego słowa. Skoro już pozwolono mówić, to mówiliśmy ile się tylko dało. A ponieważ zgromadził się tam znakomity zespół, to się udawało. Na pewno jest w tym ogromna zasługa ówczesnego szefa III Programu Jana Mietkowskiego. Był on wprawdzie komunistą i później został nawet ministrem kultury, ale jednocześnie był to człowiek, który jako jeden z niewielu w Radiokomitecie rozumiał, że po pierwsze, należy brać ludzi zdolnych. To był bardzo krótki okres w historii tej firmy, kiedy zatrudniano ludzi na podstawie tego, co umieli, a reszta była sprawą drugorzędną. Zdolni didżeje zostawali prezenterami muzycznymi. Chłopaki z kabaretu tacy jak Kreczmar, Janczarski czy ja, dostawali audycje, a nawet etaty. Pozostałe programy były skoordynowane i zideologizowane, a Trójka była ciałem autonomicznym. Kiedy ruszała w Radiokomitecie jakaś kampania i przekładała się na działalność twórców, to Trójki to nie dotyczyło, bo ona była osobno, nawet mieściła się w innym gmachu. I zdarzył się cud. Ilość przeszła w jakość.
I dotyczyło to wszystkich dziedzin, prawda?
Tak. Ludzie rządzący Trójką, a myślę tu głównie o Mietkowskim, działali według własnego smaku. To nie było podlizywanie się słuchaczowi. Ja też robiłem radio przede wszystkim dla siebie. Opowiadałem historie, pisałem słuchowiska, robiłem audycje, których sam chciałem słuchać. Na tej zasadzie Trójka kwitła pod każdym względem. Nagrywano mnóstwo dobrej literatury, powieści w wydaniu dźwiękowym, dokumentalne słuchowiska historyczne, znakomite krótkie słuchowiska w rodzaju „Teatrzyku Zielone Oko”. Mnóstwo rozrywki, ale takiej ambitniejszej, opartej o solidny warsztat literacki. Jedyna cenzura, która u nas obowiązywała wewnętrznie, to była cenzura dobrego smaku. Do tego rzeczywiście znakomita muzyka, która była traktowana autorsko, nie jakaś playlista, tylko prowadzący przynosili własne, przemycone z Zachodu płyty, często były to pierwsze emisje na rynku polskim, i jeszcze fachowo, ze swadą komentowali to ludziom, którzy to kochali.
Dziś w warunkach wolności politycznej pewne działania nawet nie są potrzebne, ale czy właśnie dziś możliwe byłoby tworzenie podobnego radia?
Absolutnie możliwe, ale pod jednym warunkiem, że byłoby medium, oczywiście publiczne, które miałoby zapewnione finansowanie na przykład z abonamentu czy z odpisu od jakiegoś rachunku. Wystarczy po prostu nie ścigać się z komercją. Nie ubliżając gosposiom domowym, istotą programów typu „zostańcie z nami” nie jest przyciąganie publiczności, tylko staranie, żeby jej nie odstręczyć, żeby przypadkiem nie zmieniała kanału. Tymczasem dawniej, gdy w gazetach drukowano programy radiowe, nie słuchało się wszystkiego jak leci, tylko wyszukiwało się konkretnych audycji. Gdyby ktoś na to postawił, nie miałby może aż 70 - procentowej słuchalności jak miało, mówiąc nieskromnie, telewizyjne „Polskie ZOO”, ale oddaną grupę słuchaczy i to, jak podejrzewam, opiniotwórczą. „Sześćdziesiątki” słuchało przeciętnie około miliona ludzi, a po latach wydaje się, że wszyscy! Ale to jest tylko moje przeczucie, niepoparte żadnymi naukowymi badaniami targetu.
Czego Pan życzyłby Trójce, dostojnemu jubilatowi, na następne lata?
Najważniejsze są dwie rzeczy, które gwarantują sukces: zapał i kompetencja. Należy po prostu zgromadzić dobry zespół, stworzyć sympatyczną atmosferę i nie przeszkadzać.
