Z Joanną Solską, publicystką ekonomiczną „Polityki” o pieniądzach za nic, dopłatach do chwastów i plastikowych oliwkach rozmawia Kajus Augustyniak.



Joanna Solska, dziennikarka i publicystka ekonomiczna, tegoroczna laureatka nagrody im. Dariusza Fikusa za artykuł „Kokosy orzechowe”. Ur. w 1949 r., absolwentka teatrologii i polonistyki. Początkowo pracowała w „Sztandarze Młodych”, a w latach 80. Związała się z  „Polityką”, wiceprezes zarządu Spółdzielni Pracy „Polityka”. Laureatka wielu nagród dziennikarskich, m.in. „Pryzmatu” (nagroda Fundacji Edukacji Ekonomicznej), Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego i Grand Press.
 

 

Otrzymała Pani nagrodę za wykrycie czegoś, co nawet trudno nazwać. Czy to jest przekręt?

Właśnie nie, to jest zgodne z prawem.

Jak więc to nazwać?

To jest curiosum. To są złe przepisy, które pozwalają na to, żeby ludzie czy firmy brały ogromne pieniądze w charakterze unijnych dopłat do rolnictwa ekologicznego kompletnie za nic. Nie dostarczają na rynek produktu ekologicznego, ani nawet nie dbają o swoje „uprawy”. Odwiedziłam kilka takich plantacji i rozmawiałam z firmami certyfikującymi, które pokazywały mi dokumentację. Jestem zdumiona, że można robić coś takiego. Nie byłam pierwsza, która opisywała ten proceder, bo wycinkowo opisywały go także inne media, ale nic się nie zmieniło. Najbardziej zdumiewa mnie to, że przepisy tworzy Ministerstwo Rolnictwa, które powinno dbać o interes polskich rolników. Wiadomo, że na wsi jest dużo biedy, i że te pieniądze ze wspólnej polityki rolnej są szalenie potrzebne. A te „przekręty” robią raczej nie rolnicy, tylko ludzie umiejący czytać przepisy: prawnicy, przedsiębiorcy. Pieniądze same im wchodzą w ręce.

Właśnie, pisze Pani, że wśród właścicieli tych „ekologicznych latyfundiów” są kancelarie prawne?

Tak. Ale proszę zwrócić uwagę, że pan nie może kupić w Polsce ziemi rolnej, ja też nie. A one mogły. Powołano przecież Agencję Nieruchomości Rolnych, która ma prawo pierwokupu i która musi wyrazić akceptację dla chętnego. Nawet jeśli jeden rolnik chce sprzedać innemu rolnikowi i dogadają się co do ceny, to Agencja musi wyrazić zgodę. Wydawałoby się, że stworzyliśmy wielką biurokrację, która ma dopilnować, by ziemia znajdowała się w rękach tych, którzy są prawdziwymi rolnikami. I okazuje się, że ta biurokracja nie spełnia swojej roli. Moim zdaniem za dużo jest w tym wszystkim przypadków… A może to nie są przypadki?

Pisze Pani: „właściciel plantacji obawiałby się firmy certyfikującej, gdyby naprawdę miał orzechy. Mogłaby odmówić wydania certyfikatu zaświadczającego, że są ekologiczne, ale orzechów nie ma i nigdy nie będzie. Po co mu orzechy, skoro i tak dostaje pieniądze. O plony nikt go przecież nie pyta”.

Zapytałam, po co więc te firmy certyfikujące w ogóle tam przyjeżdżają, skoro nie ma żadnego produktu. Otóż firma musi wydać certyfikat stwierdzający, że plantator nie używa nawozów sztucznych. Oczywiście, że nie używa. On niczego nie używa, bo niczego tam nie robi. A oni nie mogą egzekwować tego, by on dbał, podlewał, i żeby rosły sadzonki. Nie. Firma certyfikująca ma tylko sprawdzać, czy jest chemia, czy jej nie ma. Ponadto te firmy certyfikujące żyją z gospodarstw. Jeśli taka firma jest zbyt „upierdliwa”, to właściciel pójdzie do innej, która nie widzi problemów. Część winy jest więc po ich stronie, ale to państwu powinno zależeć na tym, by takie działania mocno utrudnić. Na polskiej wsi jest za dużo ludzi, by mogli się utrzymać z rolnictwa konwencjonalnego. Mamy niezły klimat, niezłe warunki do uprawy warzyw i te brukselskie dopłaty do rolnictwa ekologicznego powinny spowodować, by wielu rolników zdecydowało się na uprawy ekologiczne. To są dużo wyższe ceny, wymagają dużo więcej pracy, ale i popyt rośnie. To powinno spowodować, że na wieś popłyną uczciwie zarobione pieniądze. Ale stało się inaczej.

Z Pani tekstu można rozumieć, że w ten proceder zamieszani są co najmniej pracownicy ministerstwa rolnictwa, Pani wspomina nawet o wiceministrze.

Wiceminister miał taką lewą plantację, był skandal, już go nie ma. Ale ja zadaję sobie inne pytanie: dlaczego nasze przepisy są takie? W Unii są inne przepisy, więc tego typu „przekrętów” nie ma. Dlaczego nasze Ministerstwo Rolnictwa w sprawie dopłat unijnych stworzyło przepisy, które nie nakazują upraw zgodnie ze standardami, nie nakazują produkcji? Gdyby te wymogi były, nie byłoby firm, które poszłyby na taki łatwy zarobek. Najlepsze pieniądze dostawało się za fikcyjne uprawy orzechów włoskich. Te orzechy przestawały rosnąć, bo nikt nie dbał o sadzonki, a nawet sadzonek mogło nie być. I wie o tym Ministerstwo, wie też Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, bo ona te dopłaty wypłaca. Jej urzędnicy spotykają się ze mną – w tej chwili już po cichu, bo się boją – i mówią, że oni muszą te dopłaty wypłacić, bo „tamci” nie łamią przepisów. Agencja ma pilnować przepisów. Jeśli przepisy są takie a nie inne, to ma obowiązek wypłacić pieniądze, bo w przeciwnym razie sprawa trafi do sądu.

Sprawa została ujawniona. I mimo to nie ma w Ministerstwie inicjatyw zmiany tych przepisów?

Jakoś, widzi pan, nie ma.

Nie jest Pani dziennikarką śledczą, nie padają nazwy firm, nie padają nazwiska.

Skoro formalnie nie łamią prawa, to ja nie mogę ich wymieniać, bo spotkam się z procesem. Dla dziennikarza śledczego też zresztą jest istotne czy ktoś złamał prawo, czy nie. Tamci prawa nie łamią, to prawo jest fatalne, i tego prawa nikt nie chce poprawić. Zresztą to się zmienia, wystarczyło wprowadzić wymóg, że orzech ma mieć osiemdziesiąt centymetrów i trzeba o te sadzonki dbać. Orzechy są więc już niemodne. Teraz są inne sposoby. Mój artykuł powstał w ubiegłym roku. Niedawno, jeszcze przed tą nagrodą, postanowiłam ponownie przyjrzeć się tej sprawie, sprawdzić czy coś się zmieniło. Zaskoczę pana, to będzie w „Polityce”, puenta będzie nieoczekiwana i zdumiewająca. Przez pięć lat można też było zarobić na nawłoci, roślinie, której nawet się nie wysiewa, bo to jest chwast, samosiejka. Tu nawet nie można użyć słowa „uprawa”. Jako rośliny sadownicze figurowały głóg i tarnina. Jak pan przestudiuje katalog roślin, do których są dopłaty i skonsultuje to z kimś, kto się zna na roślinach i uprawach, to włos się panu zjeży na głowie.

To może tym przepisom zawdzięczam moją ulubioną herbatkę z suszonych owoców tarniny, którą kupuje w sklepiku na osiedlu?

Ależ skąd, tych orzechów czy głogu (do niego także są dopłaty) nie ma, więc nikt ich nie zbiera. To przeważnie jest uschnięte, nikt o to nie dba. Pan swoją herbatkę z tarniny zawdzięcza prawdopodobnie komuś, kto zbiera dziko rosnące owoce.

Czy sądzi Pani, że te przepisy powstawały pod konkretne osoby lub grupy osób?

Ale wie Pan, co mnie najbardziej zdumiewa? Te przepisy powstawały, gdy Polska wstępowała do Unii i od tego czasu żaden rząd nie podjął tematu, nie zmienił tych przepisów. To jest zdumiewające, bo można by powiedzieć, że jeden rząd to rząd… nie chcę używać mocnych słów. Ale wszystkie? Przedziwna koalicja nam się uformowała. Można odnieść wrażenie, że to prawo powstało tylko po to, żeby jak najłatwiej można było dostać pieniądze z Unii – za nic. Gdyby te pieniądze trafiały do rolników, coś by się modernizowało, powstawałyby miejsca pracy, mogłoby się ludziom na wsi żyć lepiej. Rząd powinien patrzeć na to, co się z tymi pieniędzmi dzieje, bo się skończą. Bruksela nie pozwoli nam ich bez końca marnować. A wtedy będzie dramat na polskiej wsi. Stracą nie tylko ci „plantatorzy”, ale przede wszystkim uczciwi rolnicy, którzy naprawdę coś produkują.

Czy to polska specyfika, czy podobne zjawiska są w innych krajach Unii?

W różnych krajach ostatnio wybuchały afery związane z dopłatami. Na przykład Grecy i Hiszpanie sadzili plastikowe oliwki, żeby dostać dopłaty, ale o takich aferach jak polska, nie słyszałam. Wspólna polityka rolna kusi „przekręciarzy”, ale w Polsce stworzono ludziom przedsiębiorczym wyjątkową okazję, żeby zarabiać nie dając nic w zamian.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl