Z Moniką Sieradzką o szukaniu bohaterów, których widz powinien polubić rozmawia Wiesław Łuka.

 

Monika Sieradzka, szefowa redakcji Reporter Polski. W latach 1992-2011 reporterka i wydawczyni „Wiadomości”; korespondentka TVP w Skandynawii; autorka filmów dokumentalnych dla BBC, ZDF i TVP, m.in. „100 dni Kwaśniewskiego”, „Necrobusiness”, „Smoleński lot”, „Norwegia: dramat i nadzieja”. Tłumaczka z języków niemieckiego i szwedzkiego

Powstała nowa redakcja w telewizyjnej „Dwójce” – „Reporter Polski”. Czytam w waszym programie: „Pokazujemy ludzi, którzy szukają sposobów na przezwyciężenie swoich problemów życiowych”. Czy to nowa filozofia dokumentu w telewizji publicznej?

Dokumentu nie - reportażu tak. Nie mieszajmy tych dwóch gatunków, bo dokumentaliści są bardzo wyczuleni na tym punkcie…

Wobec tego rozróżnij: co to jest dokument, a co jest reportażem?

Film dokumentalny, to zazwyczaj dłuższa forma, wymagająca dłuższego czasu realizacji. Jej twórcy głębiej analizują rzeczywistość; położyłabym nacisk na słowo analiza. Natomiast reportaż powstaje szybciej, doraźnie reaguje na rzeczywistość, podejmuje aktualne, gorące tematy; traktuje je opisowo.

Piszecie: przezwyciężanie problemów życiowych – zatem reportaże z pozytywnym przesłaniem?

W pewnym sensie tak. Jesteśmy zalewani ludzkim nieszczęściem – dramatem, tragedią, beznadzieją, klęską, patologią. Panuje taka maniera, by doprowadzić bohaterów do ekshibicjonizmu emocjonalnego, obnażania swego bólu do łez. Telewizja przyzwyczaiła widzów do takich obrazów i oczekujemy, że oni będą również płakać razem z bohaterami. Uważam, że nastąpiła inflacja emocji. Takie emocje określiłabym jako tanie. Dlatego zdecydowaliśmy się poszukiwać ludzi, którzy się nie topią we łzach, ale znajdują sposoby utrzymania się na powierzchni życia, mimo wszystko. Chcemy, by widz miał szansę utożsamić się z ich zmaganiami i pomysłami na życie.

Wyemitowaliście już od początku marca kilkanaście reportaży. Podaj przykłady tych zmagań, tych pomysłów, które ratują przed utonięciem.

Pokazaliśmy chłopaka, który staje się pewnego rodzaju gwiazdą w sporcie, a zarazem w swoim środowisku, poprzez walki MMA – ten angielski skrót oznacza Mieszane Sztuki Walki. Chłopak udowadnia swemu środowisku , że coś potrafi zrobić lepiej niż inni. Wyżywa się w sporcie, nabiera wiary w siebie, daje przykład innym. Inny reportaż „Kozacy” to historia chłopców z blokowiska, jednego z licznych w Lublinie. Spotykają się w przesmyku między budynkami z wielkiej płyty. Spędzają tam w szarzyźnie wiele czasu na niczym, ale w pewnym momencie któryś z nich odkrywa przed pozostałymi urok… kozackich pieśni – dumek o wolności. Zaczynają je śpiewać i to im wychodzi. Odkrywają w sobie talenty wokalne, które ich nobilitują. Zauważają, że potrafią coś więcej niż tylko stać i gadać o niczym. W reportażu „70 +” pokazujemy posunięte w latach panie, które namiętnie uczą się angielskiego. Marzeniem ich życia jest możliwość porozmawiania ze spotkanym przypadkowo Brytyjczykiem lub Amerykaninem tu, w kraju, lub podczas wycieczki zagranicznej. Panie się cieszą, że ta nauka wyrwała je z coraz częstszych rozmyślań na temat bólu głowy czy „rwania” w kościach. Zamiast rozmawiać o wizytach u lekarzy, chwalą się przed sobą, ile nowych słówek nauczyły się od wczoraj do dziś. A jedna z nich cieszy się, że w życiu pozagrobowym będzie się mogła dogadać ze spotkanym w niebie Anglikiem.

Zapraszacie telewidzów do zgłaszania tematów, w ogóle do kontaktów…Ile pomysłów już wam przesłali?

Na pomysły jeszcze za wcześnie. Rozmawiamy po emisji zaledwie dziesięciu programów. Nie ruszyła jeszcze ścieżka internetowa, gdzie widzowie mogą „wrzucać” swoje propozycje tematyczne. Natomiast odnotowujemy już bardzo dużo pozytywnych reakcji e-mailowych, telefonicznych, komentarzy na facebooku. Mamy bardzo wysoką oglądalność, mimo że nadajemy w trudnym czasie antenowym: konkurujemy z popularnymi programami na innych stacjach.

Od kilkunastu lat uprawiasz reportaż i dokument telewizyjny. Czy praktykowałaś również w reportażu prasowym?

Kiedyś o nim myślałam, ale tak się złożyło, że dwadzieścia lat temu trafiłam do telewizji. Potem „otarłam” się o radio, ale telewizja mnie pochłonęła. Zaczynałam właściwie od zera i pierwsze programy robiłam dla niemieckiej telewizji jako researcherka i organizatorka zdjęć. Krok za krokiem – zaczęłam robić na własną rękę. Połknęłam bakcyla reportażu.

Co jest tym bakcylem?

Reporterka to szansa stałego docierania do nowych spraw i nowych ludzi. Jako „latający Holender” mogę rozmawiać z prezydentami, premierami, gwiazdami różnych dziedzin życia, z ludźmi, którzy decydują o losach milionów, ale także z ludźmi z tzw. nizin społecznych, którzy często nie są w stanie decydować o samych sobie. Mieć przepustkę prawie do wszystkiego i wszystkich – to wielki przywilej naszego fachu. Wiem, że ten zachwyt ma pewne podłoże egoistyczne, bo po prostu bardzo lubię swój zawód, ale równocześnie mam świadomość, że przekazuję widzom cząstkę jakiejś wiedzy o świecie, o sprawach i ludziach; że pomagam innym zrozumieć świat, choć nie mam poczucia wyjątkowej misyjności. Nie chciałabym przekonywać innych do swoich racji, wykładać wszystkiego kawę na ławę. Również w programie „Reporter Polski” nie chcę tego robić. Wolę skłaniać do refleksji i wyciągania własnych wniosków niż podawać gotowe interpretacje.

Wiesz, to bycie „latającym Holendrem”, te kontakty z wielkimi i mniejszymi tego świata są udziałem także dziennikarzy informacyjnych. Ty zaś „robisz” w reportażu, a w tym gatunku kryją się całkiem inne „blaski i cienie”. Czy cię on uwiódł?

Reportaż w sposób syntetyczny przekazuje sposób widzenia rzeczywistości, który nazwałabym „autorskim”. To nie oznacza tylko – pojechać, nagrać i pokazać newsa; poinformować, że coś po prostu ma miejsce. Reporter nie tylko pokazuje trudne sprawy i ciekawych ludzi, ale szuka i znajduje przyczyny tych spraw i głęboko ukryte motywy zachowań bohaterów. Na przykład we wspomnianej pasji uczenia się angielskiego przez starsze panie kryją się jakieś ich dawno skrywane i niezrealizowane marzenia. Inny przykład - w szukaniu motywów nadzwyczajnej opieki nad ptasią parą kawek (a jedna z nich jest chora) przez pewne małżeństwo nasza reporterka nieoczekiwanie wchodzi w relacje tych dwojga ludzi. Odkrywa, jak bardzo jeden z ptaków, podopiecznych pani domu, ingeruje w jej kontakt z mężem. I tak powstaje niesłychanie ciepła i humorystyczna historia o zakochanym Czesławie czyli kawce, która nie odstępuje pani na krok, a mąż się denerwuje. Kolejny przykład: jeżeli aktualnie robimy reportaż o strajkowej głodówce pielęgniarek z Konina, to interesuje nas nie tylko wysokość ich zarobków, ale dużo ciekawsze są źródła, poziom i siła ich motywacji oraz determinacji w proteście. I tak powstają portrety tych silnych wspaniałych i zdesperowanych kobiet, które nie zaistniałyby w dziennikarstwie informacyjnym.

I taki reportaż może podnieść wagę społeczną poruszanego problemu…

Tak. W moim odczuciu reportaż nie musi stawiać sobie celu, ani mieć ambicji zmieniania świata, lecz raczej opisywania go. My nie robimy widzowi wykładu – jaki ten świat ma być, jak ma się zmienić. Dorosły widz nie lubi być traktowany jak dziecko. Próbujemy powrócić do klasycznego reportażu, który, niestety, w dobie komercjalizacji telewizji gdzieś się zagubił. Widz się przyzwyczaił do tej komercyjnej sieczki, a my mu proponujemy wartościowsze danie. My tylko coś pokazujemy, a widz musi sam to przeanalizować, ocenić i ewentualne dojść do wniosku – jak powinno być. My od widza wymagamy aktywności w odbiorze.

Wiem, jak rozmawiać z bohaterem reportażu prasowego, jak go otwierać na etapie wstępnej dokumentacji, czego od niego oczekiwać. Natomiast to inaczej wygląda w przypadku kogoś, kto ma mówić do kamery. Właśnie - jak to wygląda?

Szukamy bohaterów, których widz musi polubić, których – gdyby miał okazję, chętnie zaprosiłby do swego domu. To nie muszą być ludzie wyłącznie piękni i mówiący nadzwyczaj mądre rzeczy. Za to muszą się otworzyć, uderzyć w strunę szczerości. Muszą mieć w oczach to „coś”, co wzbudzi sympatię i zaufanie, a co kamera natychmiast wychwyci. W oczach jest wszystko – kamera to wszystko obnaży, a widz to „kupi”, lub odrzuci. Reporter telewizyjny tak powinien rozmawiać z bohaterem, by ten jak najszybciej zapomniał o kamerze. Zauważam moment, w którym opada trema bohatera, a zostaje jego naturalność, swoboda i szczerość. Nie „ustawiam” go, nie koryguję, bo nie mogę doprowadzić do sytuacji, w której on może się usztywnić. Nawet nie powinien zauważyć momentu włączenia kamery, powinien zapomnieć o jej istnieniu.

Rozmawiasz w różnym ludźmi. Jakich pytań reporter nie powinien zadawać, jakich ty nie chcesz zadać ze względów etycznych?

Na pewno nie mogę wchodzić w sprawy życia intymnego i rodzinnego. Chyba, że ktoś sam zaczyna mi mówić o tej sferze swego życia. Główny bohater filmu o nekrobiznesie w którymś momencie pozwolił mi rozmawiać i nagrać spotkanie ze swoją matką. Ale później wycofał pozwolenie wykorzystania tych materiałów w filmie. Umożliwił mi również spotkanie ze swoim dzieckiem i jego matką, ale z góry zabronił nagrywać cokolwiek z tego. Chronił swoją prywatność. Niektórzy bohaterowie tego filmu pół roku oswajali się z kamerą. Gdy zdobyłam ich zaufanie, sami dzwonili z informacją, że mają jeszcze coś ciekawego do powiedzenia.

Przyznajesz, że pierwsze kroki w reportażu telewizyjnym i dokumencie stawiałaś dla telewizji niemieckiej przed kilkunastu laty. Czy dla nich tak samo się pracuje, jak dla polskiego widza?

Niektóre tematy sama im proponowałam, o niektóre oni prosili. Nie było żadnych nacisków merytorycznych czy politycznych. Ale tamten widz jest przyzwyczajony do odautorskiego komentarza. Nasza szkoła dokumentu opisuje rzeczywistość obrazem, sytuacją i słowem bohaterów, a Niemcom potrzeby jest komentarz. Buntowałam się nieraz, gdy pokazując krowę musiałam mówić „to jest krowa”. Może to bierze się również stąd, że my przez dziesiątki lat cenzury nauczyliśmy się czytania między wierszami, chwytania podtekstów i rozszyfrowywania metafor. Na pewno naszemu widzowi dajemy większą szansę do myślenia i on z tej szansy korzysta.

Zrobiłaś niedawno głośny dokument z Norwegii o zamachu terrorystycznym Brevika, nominowany do Grand PRESS. Ile materiału nakręciłaś, by powstał pięćdziesięciominutowy obraz?

Przywiozłam 400 minut materiałów, czyli wyszły proporcje 1: 8. Dokonałam dużej selekcji materiału. Takie same proporcje zachowałam, kiedy przed rokiem robiłam reportaż w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Gdy natomiast wcześniej robiłam dla BBC dokument o tzw. nekrobiznesie ( na kanwie słynnej, łódzkiej afery „łowców skór” ), to te proporcje były jeszcze większe, ponieważ nagrywaliśmy cały proces sądowy; tam były wielotygodniowe przerwy w rozprawie. Realizacja filmu trwała w sumie 5 lat.

Ten swój duży film o dwóch zamachach, w Oslo i zaraz potem na wyspie Uteoya z 77 ofiarami nazwałaś „Norwegia – dramat i nadzieja” - nadzieja na co?

Na jeszcze lepszą Norwegię. Pojechałam tam dwa tygodnie po zamachu, zaraz po zrobieniu filmu w pierwszą rocznicę naszej katastrofy smoleńskiej. Miałam więc świeżo w pamięci rozmowy z rodzinami ofiar katastrofy samolotu, ich spotęgowany ból i rozgoryczenie, że muszą przeżywać rodzinne tragedie nie w spokoju, lecz w atmosferze jazgotu, zwanego przez niektórych debatą publiczną. Wszyscy pamiętamy ten chaos wzajemnych oskarżeń, ciskanych kalumnii na rząd, na przeciwników politycznych. W Norwegii też zbliżały się wybory do władz lokalnych, ale politycy składali przyrzeczenia o niewykorzystywaniu zamachów w kampanii wyborczej; dotrzymali obietnic. Choć w dwa tygodnie po zamachach Brevika bardzo łatwo można było oskarżać na przykład policję o opieszałość w podejmowaniu akcji, o pewien bałagan. Tymczasem tragedia spowodowana przez psychopatę i fanatyka zjednoczyła naród, sprawiła, że ludzie stanęli murem za rządem, ponieważ ten nagle musiał zmierzyć się z niespotykaną wcześniej w tym spokojnym kraju tragedią; „byliśmy, jesteśmy i pozostaniemy razem” – powtarzano powszechnie, a „Norwegia nie przestanie być najszczęśliwszym miejscem na ziemi”. Nie przestanie być krajem otwartym dla innych, dla emigrantów, choć Brevik skutecznie strzelał właśnie do dzieci emigrantów powołując się na wartości chrześcijańskie. Ci ludzie mówili to w atmosferze spokoju. Wybrałam tylko tych rozmówców, którzy chcieli mówić bez jakichkolwiek nalegań i dociskania z mojej strony.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl