Z prof. Jerzym Bralczykiem o naszym języku, który się śpieszy bardziej niż kiedykolwiek, rozmawia Wiesław Łuka

Prof. Jerzy Bralczyk – językoznawca; specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki; członek Prezydium Rady Języka Polskiego PAN, autor wielu książek, m.in. Język na sprzedaż (2004), O języku propagandy i polityki (2007).
Polacy odwracają się od swego języka – to pańska diagnoza. Czy mógłby Pan ją uzasadnić?
Nie pamiętam, czy sformułowałem tak ostre stanowisko. Istotnie niektórzy badacze od bardzo dawna biją na alarm, ponieważ coraz więcej osób uważa, że język polski może nie wystarczać do opisu rzeczywistości i poniekąd mają rację. Widzimy coraz więcej zapożyczeń, głównie z języka angielskiego. Niektórzy wygłaszają całe teksty w tym języku. Trzeba uznać, że w pewnych sferach życia – nauki, techniki, marketingu, spraw rynkowych teksy angielskie może i lepiej, precyzyjniej opisują te zjawiska. Rzecz w tym, że jeśli nawet możemy zapożyczać pewne obce słowa, to jednak polski język powinien się starać opisywać wszystkie sfery życia, łącznie z tymi trudnymi. Język, który się nie stara, a obok ma inne języki, atrakcyjniejsze dla użytkowników, naprawdę może zginąć.
W demokracji media swobodnie kształtują nie tylko swój język, ale także w dużym stopniu język polityki i debaty publicznej…
Istotnie, politycy często starają się dostosować do języka publicznego i wymogów mediów, zwłaszcza telewizji i prasy. Formułują sądy krótsze, bo wiedzą, że takich oczekują media, bo szybciej je zauważą, zacytują, a odbiorcy szybciej je przyswoją. Politycy starają się być bardziej wyraziści, atrakcyjni językowo. Dawniejsi politycy, a również media, pilnowali się utartego, oficjalnego toru. A dzisiejsi szukają własnych ścieżek zjednywania sobie elektoratu, docierania do wyborców również poprzez używanie słów i zwrotów drastycznych, a nawet agresywnych i obelżywych. Dotyczy to zwłaszcza polityków - nowicjuszy, którzy jeszcze są mało rozpoznawalni i nie uczestniczą w głównym nurcie życia politycznego, a chcą się w nim znaleźć. Media takiego polityka zacytują, opiszą, a on się stanie dwudniowym ich „bohaterem”.
Czy możemy powiedzieć, że media wyzwalają, a zatem rodzą agresję?
To jest sprawa złożona. Media mogą także tamować naturalną agresję. W końcu była ona znana dużo, dużo wcześniej, gdy nie było mediów. Przecież wojny, wyzwalane przez agresję istnieją od zawsze, a dziś, w dobie mediów, możemy powiedzieć, że obejmują one mniejszą część globu. Zatem media nie tylko podsycają nienawiść społeczną, obyczajową, rasową społeczeństw i narodów, ale starają się często je uspokajać. Działanie mediów jest dwustronne – odkrywają to, co w społeczeństwach i jednostkach zakryte, a po drugie są elementem stymulującym wszelkie przejawy agresji. Zwłaszcza w społeczeństwach rozwiniętych demokracji pełnią bardzo skutecznie funkcje uspokajające.
A u nas?
Możemy również mówić o działaniu dwustronnym. Jeżeli przykładowo tabloidy próbują niekiedy epatować wyrazistymi tekstami, by zdobyć szeroką publiczność i tym wyzwalają w jej części gwałtowniejsze reakcje i zachowania, to inne, poważniejsze media mogą wpłynąć i wpływają na uspokojenie nastrojów.
Również niektóre, poważne a silnie upolitycznione media, epatują wyrazistymi tekstami.
Na szczęcie mamy pluralizm w sferze mediów. Ważne jest, że to od charakteru poszczególnych czytelników, telewidzów, czy radiosłuchaczy zależą reakcje na sygnały płynące od środków masowego przekazu.
W wywiadzie, zamieszczonym w książce „Trudne łatwe czasy”, twierdzi Pan: „Każda rozmowa o języku agresji zaostrza sytuację”. Czyli co – jeśli przestaniemy o tym mówić, to agresja będzie słabnąć?
Nie każda rozmowa, ale niektóre mogą zaostrzać sytuację. Tak jak mówienie o wulgaryzmach może zainteresować nimi niektórych i wzmóc chęć ich używania, jak mówienie o sprawach ekonomicznych może kierować zainteresowania w stronę ekonomii i uczy nas tego języka, co jest oczywiście pożyteczne, tak też czasami zdarza się, że mówienie o agresji tę agresję wzmóc może, choć raczej w mniejszym stopniu. Dlatego ważne jest, byśmy o niej mówili językiem właśnie spokojnym, nieagresywnym.
Wówczas możemy oczekiwać uspokojenia sytuacji, a nasz język codzienny stanie się łagodniejszy?
To jest prawdopodobne, choć tego przewidzieć w stu procentach nie można. Nie wiemy, jaki będzie nasz język za lat pięćdziesiąt, czy sto. Rozwój technologii komunikacyjnych jest tak burzliwy, nieprzewidywalny, że nie wiemy, czego mogą się spodziewać następne pokolenia w zakresie języka. Któż kiedyś mógł się spodziewać, że pojawią się SMS? – a one już mają ogromny wpływ na używanie języka.
Przywołał Pan kiedyś myśl wypowiedzianą przez Goethego: „Kto jest grzeczny w słowach, ten jest fałszywy”. Czy nie mamy tu do czynienia z tzw. błędnym kołem? Zwłaszcza gdy Pan w tej samej rozmowie stwierdza: „Kłamstwo daje nam poczucie wolności”.
Goethe chciał powiedzieć ustami swego bohatera, że nasza kultura, nasz etykieta i poczucie grzeczności w relacjach z ludźmi często zabija w nas albo gdzieś skrywa naszą spontaniczność. Naturalność zachowania, a więc i języka objawiałaby się w słowach wyrazistych w stosunku do ludzi, których nie cenimy. Jednak często tłumimy w sobie wszystko złe, co o nich myślimy. Właśnie często nasza obłuda, hipokryzja każe mówić o innych tylko dobrze, zwracać się sympatycznie do tych, których nie szanujemy. Ale w istocie hipokryzja jest grzechem. Obłuda jest kłamstwem, fałszem. Niektórzy mówią, że hipokryzja jest hołdem, który występek składa cnocie. Jeżeli zaś występek mimo wszystko szanuje cnotę, to już nie jest takim czystym występkiem. Okazuje się, że nawet dla ludzi, którzy sami w sobie nie są cnotliwi, cnota jako taka ma wartość. Teraz wypowiem sąd wyrazisty: powinniśmy dążyć do tego, by być uprzejmym i życzliwym nawet do tych ludzi, których nie szanujemy, choć ktoś może nazwać to hipokryzją, udawaną życzliwością.
A jak to jest z tym kłamstwem, które daje nam poczucie wolności?
To oczywiście żart. Mówiąc prawdę, jesteśmy w niewoli faktów; mówimy to, co rzeczywiście przeżyliśmy. A czasami pozwalamy sobie na fantazjowanie, koloryzowanie…
…Nawet konfabulację…
…Tak, konfabulację – co jest pierwiastkiem naszej „twórczości” i daje poczucie wolności. Mógłby ktoś powiedzieć, że literatura – Dostojewski, Tołstoj – która nie jest dokładnym, dokumentalnym odzwierciedleniem rzeczywistości, jest w jakiś sensie nieprawdziwa, bo opowiada o faktach, których nie było. Ale jest prawdziwa, bo ujawnia nasze ludzkie cechy. Kłamstwo, które literalnie będzie odchodzeniem od rzeczywistości, wyzwala w nas możliwości kreacyjne, co wcale nie jest powodem, byśmy chwalili kłamstwo jako takie. Jeśli ono daje nam poczucie wolności, to jest to poczucie złudne. Najpiękniej jest pomyśleć, że nasza wolność pozwala nam mówić prawdę.
