Z Piotrem Piotrowiczem o sile prasy lokalnej, gangrenie rynku reklamowego i zaglądaniu władzy do kieszeni rozmawia Błażej Torański.

 

 

 

Piotr Piotrowicz, rocznik 1956, absolwent Politechniki Poznańskiej. Od 1990 wydawca prasy lokalnej w południowej Wielkopolsce. Aktualnie ma pięć gazet powiatowych i miesięcznik "Wieści Rolnicze", zatrudnia 70 osób na etatach i ok. 30 współpracowników. Jego najstarszy tytuł - "Gazeta Jarocińska" – zdobył wiele nagród, w tym nagrodę SDP im. Bolesława Wierzbiańskiego.

 

 

 

Jak Pan tłumaczy fenomen:  w czasach, kiedy ogólnopolskie gazety papierowe umierają, regionalne -  kwitną.

Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Ludzie przede wszystkim interesują się tym, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu, w ich powiecie. Na naszych łamach dostają to, co bliższe jest ich potrzebom, aniżeli treści docierające z Warszawy lub z regionu. Oni chcą wiedzieć, czy będą mieć chodnik, drogę, oświetlenie. Żeby bezpiecznie dotrzeć do domu. Ważna jest każda informacja lokalna, która ma znaczenie dla jakości ich życia. Niemal nie interesuje ich polityka lokalna, co dowodzi marna frekwencja w wyborach. W gazetach lokalnych poruszamy sprawy, które są najbliżej ludzi. Piszemy o ich dzieciach, zwycięstwach, porażkach. O codziennym zmaganiu się z problemami życia. Taka ciekawość wydaje mi się naturalna.

A może przywiązanie do papieru wynika także stąd, że czytelnik na prowincji jest bardziej konserwatywny, przywiązany do tradycji?

Nie wiem, czy tak jest. Nie ma prostej recepty. Trzeba jednak pamiętać, że dwadzieścia lat temu jedyną formą komunikowania się z czytelnikiem była prasa. Regionalny „Głos Wielkopolski” na początku lat 90. ukazywał się w wydaniu weekendowym w 300 tys. egzemplarzy! Dzisiaj w 75 tysiącach. Pojawił się Internet, który nie jest przyjacielem prasy drukowanej, a przecież bez niej by nie istniał. Ilość zapożyczeń, wykorzystań, cytatów, przedruków, posługiwanie się dorobkiem intelektualnym prasy drukowanej jest w sieci niebotyczne. Nikt nam za to nie płaci.

Bo Polacy przyzwyczaili się, że w sieci informacje mają za darmo. Dlatego słabo sprzedają się e-gazety.

No właśnie, ale informacja za darmo nie powstaje.

Inwestuje Pan w Internet, telewizję, multimedia?

Oczywiście. W naszym wydawnictwie otworzyliśmy już cztery powiatowe portale internetowe. Rekord padł na serwisie jarocińskim, w lutym mieliśmy dwieście tysięcy wejść. To świadczy o jego atrakcyjności. Ale reklamowo to jest nic. Do portali ciągle dokładamy, traktujemy je jako inwestycję w przyszłość. Być może kiedyś mi się to opłaci.
Ale Pana papierowe gazety mają się świetnie. Wydaje Pan pięć tygodników i miesięcznik rolniczy.
Rzeczywiście, miesięcznik jest darmowy, tygodniki płatne. To są drogie gazety. „Gazeta Jarocińska” kosztuje 3 zł 10 gr. Wysoka cena, jak za tygodnik lokalny. Zauważamy to zwłaszcza pod koniec miesiąca, wtedy sprzedaż spada. Wiele jednak zależy od jakości gazety. Podam przykład. Wydaję także „Życie Rawicza”. Przed rokiem sprzedawało się w nakładzie 4 tys. 200-300 egz., teraz stale 5 tys. 400 egz. Niesamowity przyrost, 25 proc. w ciągu roku. Jak to się stało? „Życie” jest o wiele lepszą warsztatowo i edytorsko gazetą. Najlepszą dziennikarkę z Jarocina mianowałem redaktor naczelną.

Wielkie koncerny medialne, jak Polskapresse, zwalniają korespondentów w powiatach. Nie jest to szansa dla wydawców lokalnych?

Oczywiście z tych błędów korzystamy. Mam nadzieję, że nie zmądrzeją i nadal będą redukować etaty. Z pewnością to wykorzystamy. Gazety regionalne nie są jednak dla nas największą konkurencją. W Jarocinie „Głos Wielkopolski” sprzedaje codziennie maksymalnie 150 egzemplarzy. To śladowe ilości.

Gdzie wobec tego widzi Pan największe zagrożenie: w gazetach dotowanych przez samorząd?

Gazety samorządowe, wydawane przez władzę, są zmorą dla lokalnej prasy w całej Polsce. To jest gangrena, która zakaża rynek reklamowy, bo stosują ceny dumpingowe! Nie martwią się o wynik finansowy, są bezpłatne, a równocześnie przedstawiają punkt widzenia władzy, jedynie słuszny. Ale powiem więcej, co zabrzmi obrazoburczo: tak naprawdę nie ma w Polsce gazet niezależnych.

Prasa lokalna również?

Też taka nie jest. Jako wydawcy jesteśmy zależni od wielu czynników, które funkcjonują w społecznościach lokalnych. Postawię hipotezę: lokalne stowarzyszenie kupców sprzedaje 40 proc. gazety. Gazeta wykrywa wśród kupców „przekręt” i go opisuje. Stowarzyszenie  odmawia kolportażu. Gdzie wydawca ma sprzedać niemal połowę nakładu? Miałem taki przypadek.

Pana gazety nie są ponad podziałami?

Nie są. Staramy się obiektywnie patrzeć władzy na ręce, wedle wszelkich standardów dziennikarskich. Ale zawsze znajdą się ludzie, którym nie podoba się to, co publikujemy. I mają prawo do odmiennego punktu widzenia.

Są tematy, których Pan nie porusza?

Nie ma takich ograniczeń. Piszemy o wszystkim, co złego dzieje się na naszym terenie. Przez 22 lata wydawania gazet lokalnych straciłem wielu przyjaciół, kolegów, znajomych. Obrazili się za krytykę.

Jako wydawca ma Pan wielu wrogów?

Pewnie tak. Ludzie nie zgadzają się z krytyką. Nie znajduję jednak powodu, aby chwalić władzę za to, że dobrze wypełnia swój mandat. Wystarczy, że biorą za to pieniądze.

Najnowsza „Gazeta Jarocińska” wyliczyła, ze samorządy lokalne wydały na „trzynastki” 5 mln zł. Każdej władzy zagląda Pan do kieszeni?

Każdej. O „trzynastkach” napisaliśmy, bo w wielu firmach, szczególnie prywatnych, nie płaci się ich. Pytam: czym uzasadnić płacenie „trzynastek” w sferze budżetowej?

To relikt PRL-u. Gospodarki centralnie sterowanej.

Ano właśnie. Dlatego chcemy pokazać, że jest to dalekie od poczucia sprawiedliwości społecznej. O nią powinny walczyć media. Nie mogą być grupy uprzywilejowane z powodu archaicznych przepisów. Skrajnym przykładem jest przyznanie „trzynastki” – ponad 11 tys. zł -  byłemu burmistrzowi Jarocina, przestępcy skazanemu prawomocnym wyrokiem sądowym. Czy to jest sprawiedliwe? Etyczne? Czy musimy żyć w państwie, w którym tylko liczy się kasa?

Praca w gazecie lokalnej wymusza na dziennikarzach większą rzetelność i uczy pokory?

Każdy dziennikarz powinien być rzetelny, a co do pokory: wystarczy kilka godzin od ukazania się gazety, a już rozdzwaniają się telefony. Czytelnicy telefonują do mnie, jako redaktora naczelnego, ale także do wszystkich innych dziennikarzy, nawet tych, którzy piszą o religii i Kościele. Reakcje są nadzwyczaj emocjonalne. Praca w gazecie lokalnej jest trudna dlatego, że wszystkich się wokół zna. Ze wszystkimi burmistrzami Jarocina byłem po imieniu.

I zawsze podawali Panu rękę?

(śmiech) Bywało, że nie podawali. Ale jest i tak, że burmistrz pierwszej kadencji samorządu z 1990 roku wytoczył mi proces, nie rozmawiał ze mną przez pięć lat, ale jak przeszedł do opozycji, stał się moim bardzo dobrym kolegą. Nagle uznał, jak ważna jest prasa niezależna. Zwłaszcza dla opozycji.

Ile miał Pan procesów przez 22 lata?

Nie potrafię wyliczyć. Kilkanaście. Najgłośniejszą sprawę miałem z burmistrzem, który wytoczył mi proces o … obrazę dóbr osobistych gminy Jarocin.

Jakie osobiste dobra ma gmina?

No właśnie, do dzisiaj wszyscy się nad tym zastanawiają. Była sędzia Sądu Najwyższego  orzekła jednak, że obraza burmistrza, organu gminy, jest równoznaczna z obrazą całej gminy, jako podmiotu. Zwróciłem się o pomoc prawną do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Jak zobaczyli ten werdykt, to oniemieli. Skierowaliśmy sprawę do Trybunału w Strasburgu.
Najwięcej spraw mamy jednak w sądzie administracyjnym o dostęp do informacji publicznej. Ustawa jest fatalna, daje urzędnikom zbyt wielki margines interpretacji. Jeśli się uprą, mogą zablokować każdą informację.

Jakie najczęściej ukrywają?

O wynagrodzeniach zawieranych na umowy zlecenia lub umowy o dzieło. I o przetargach.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl