Z Janiną Jankowską o tym jak „sama” wyrzuciła się z pracy w radiu czyli o weryfikacji dziennikarzy w stanie wojenny rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.



 

Janina Jankowska  - absolwentka polonistyki. Od 1961 w Polskim Radiu (1973-1981 w Redakcji Reportaży Literackich). Od 1976 współpracowniczka prasy niezależnej. W 1981 reporterka radia Solidarność Region Mazowsze. W stanie wojennym internowana i zwolniona z pracy w Polskim Radiu. W 1984 aresztowana za "budzenie niepokojów społecznych" tj. realizację i rozpowszechnianie reportaży radiowych na kasetach magnetofonowych oficyny NOWA. Uczestniczka obrad Okrągłego Stołu. Szefowa zespołu dziennikarskiego przygotowującego kampanię wyborczą w Polskim Radiu kandydatom Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w 1989. 1989 – 1991 wicedyrektor Programu 1 Polskiego Radia. W latach 1991 – 1998 reporterka PR. Była przewodnicząca Rady Programowej Polskiego Radia i Rady Programowej TVP.
 

 

Właśnie ukazała się książka Sebastiana Ligarskiego i Grzegorza Majchrzaka „Polskie Radio i Telewizja w stanie wojennym”. W niej poruszony jest oczywiście nieco zapomniany temat tzw. weryfikacji dziennikarzy. Pani też została wtedy zwolniona z pracy w Polskim Radiu. Stanęła Pani przed komisją?

Tak. Stanęłam przed komisją. Uznałam, że chcę zobaczyć jak to wygląda. Komisja składała się z 4 lub 5 osób. Wśród nich był mój kolega z Redakcji Reportaży Literackich, w której wtedy pracowałam. Był pierwszym sekretarzem PZPR na Myśliwieckiej. W komisji znaleźli się też dyrektor programowy Makuch i były pracownik TVP, syn generała Berlinga. Ten ostatni miał w klapie znaczek stowarzyszenia Grunwald. Był chyba jeszcze ktoś, kogo nie pamiętam.

Ja tę rozmowę nagrałam, bo wzięłam maleńki magnetofon, który trzymałam w otwartej torebce. Członkowie komisji próbowali przekonać mnie, że Solidarność chciała doprowadzić do krwawych zamieszek. Mój redakcyjny kolega mówił nawet o „płynącej trawnikami przed rozgłośnią polskiej krwi”. Starano się mnie przekonać, żebym została w pracy w Polskim Radiu, że w „nowej sytuacji bardzo są potrzebni tacy pracownicy jak ja”, itd. Odparłam, że w takim radiu, radiu stanu wojennego ja pracować nie chcę.

No to właściwie sama się Pani wyrzuciła z pracy.

(śmiech)…  No, w pewnym sensie tak. Im zależało, żeby przynajmniej niektórzy ludzie zostali.

Z czego to wynikało? Czy chcieli zachować resztki przyzwoitości, czy raczej złamać rozmówców i uzyskać pewien rodzaj deklaracji lojalności?

Nie był to przejaw przyzwoitości. Chcieli mieć propagandową zdobycz. Chcieli, aby osoby zaangażowane w działalność Solidarności, przystając na ich propozycję, mogły być wykorzystane do legalizacji wprowadzenia stanu wojennego. Można to też było wykorzystać w rozmowach z następnymi osobami stającymi przed komisją. Szczególnie atrakcyjne pod tym względem były osoby popularne czy znane w środowisku.

Była Pani jedną z liderek radiowej Solidarności.

Bez przesady, ale byłam członkiem Komisji Zakładowej Solidarności w Polskim Radiu i TV,  byłam dziennikarzem „Radia Solidarność Regionu Mazowsze” – radia na kasetach. Wydawaliśmy co tydzień relacje z wydarzeń minionego tygodnia i reportaże, a nawet audycje literackie i rozrywkowe. Rozprowadzaliśmy je na kasetach magnetofonowych. To się oficjalnie nazywało „do użytku wewnątrzzwiązkowego”, co pozwalało omijać cenzurę. Ujawnialiśmy też jej ingerencje w naszych audycjach, bo  prowadziliśmy rejestr ingerencji cenzury w Radiokomitecie. Na pewno taka działalność nie była miła dla władzy.

Wystarczyło aż nadto, żeby była Pani atrakcyjna jako kandydatka do przejścia na „ciemną stronę mocy”.

Tak, ale proszę pamiętać, że ludzie stający przed komisjami weryfikacyjnymi byli w bardzo różnej sytuacji. Polskie Radio to było jedyne radio w kraju. Innego nie było. Utrata pracy w nim, to była poważna sprawa, a ludzie mieli przecież rodziny, dzieci, i oczywiście nie wszyscy byli tak zaangażowani w działalność związkową, jak chociażby ja.

Pan pytał, czy ktoś z tych komisji zachowywał się przyzwoicie. Koledzy mi opowiadali o jednym z szefów redakcji, członku partii. Podobno traktował swoją obecność w tej komisji jako okazję, by wybraniać ludzi. Wiele osób dzięki niemu zachowało etat. On do dziś pracuje w mediach publicznych, ale nie podam nazwiska, bo mogłoby to mu bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Jak układały się potem wzajemny kontakty w środowisku pomiędzy zweryfikowanymi „pozytywnie” i „negatywnie”?

Działałam w podziemnych strukturach radiowej Solidarności. Był tam też Czesiek Dygant, też zwolniony, bardzo lubiany technik radiowy. On wśród kolegów, którzy dalej pracowali w radiu, zbierał składki związkowe na Solidarność. Ci ludzie płacili składki na podziemny związek, który m.in. wspierał zwolnionych, będących w złej sytuacji finansowej, ich rodziny, samotne matki itd. Była też koleżanka z telewizji, która od pierwszego dnia chodziła od domu do domu znajomych z naszego środowiska i zbierała informacje o potrzebnej pomocy. Świetnie się spisała. Potem wyszła za mąż i wyjechała do Francji, gdzie zmarła. W testamencie zapisała swoje kosztowności Solidarności. Byli wspaniali ludzie.

Oczywiście była też i ta druga strona. Miewałam sytuacje, że koledzy, którzy nadal pracowali na Myśliwieckiej, gdy spotykali mnie w miejscach publicznych np. w kawiarni, udawali, że mnie nie widzą. Opowiadano mi też, że jedna z naszych koleżanek, która pozostała w radiu, powiedziała na zebraniu redakcji, że osobom wyrzuconym z pracy bardzo dobrze się powodzi, bo każda otrzymuje co miesiąc 100 dolarów od imperialistów z Ameryki lub z innych ośrodków dywersji.

Nieźle wam się żyło, bo 100 dolarów to była wtedy równowartość półrocznej pensji.

(Śmiech)

No i jest rok 89. Pani wraca do radia i co? Spotyka Pani tych którzy Panią zwalniali i tych, którzy w stanie wojennym publicznie deklarowali, że gen. Jaruzelski miał rację?

„Wróciłam” do radia wcześniej,  już po Okrągłym Stole, w kwietniu 89. jako szefowa zespołu radiowego Komitetu Obywatelskiego, który miał przygotować audycje wyborcze kandydatom „strony solidarnościowej”  w Polskim Radiu przed wyborami 4 czerwca. Nasz zespół, to byli dziennikarze wyrzuceni z pracy w stanie wojennym. Dostaliśmy małe pomieszczenie w piwnicy na Myśliwieckiej. Ówczesny dyrektor 1 Programu usiłował nam nawet wytłumaczyć, że po co mamy się po takiej przerwie w pracy wysilać, oni zrobią Solidarności lepszą kampanię radiową niż my. (Śmiech.) Rzeczywiście wtedy istniał w radiu taki pion PI czyli Polityczno - Informacyjny. To było coś w rodzaju dzisiejszego newsroomu. W tym pionie była doborowa grupa sprawdzonych ideologicznie dziennikarzy, a właściwie propagandzistów. To właśnie w przygotowywanych przez nich audycjach trafiały się dostarczone przez SB materiały, także podsłuchy z podziemia. Ci ludzie pracowali aż do stworzenia rządu Mazowieckiego i przyjścia do Radiokomitetu, jako szefa, Andrzeja Drawicza.

Do tej pory nie odbył się żaden proces sądowy członków komisji weryfikacyjnych. Nawet tych wsławionych szczególną złośliwością. W Warszawie, Katowicach, Gdańsku procesy zostały umorzone na etapie postępowania prokuratorskiego. Może teraz dojdzie do wznowienia takiego procesu w Łodzi. Jak Pani to ocenia?

Ja przede wszystkim ukarałabym tych, którzy owe komisje weryfikacyjne powołali do życia. Natomiast co do tych, którzy w tych komisjach zasiadali… Nie wiem czy był to ich służbowy obowiązek, czy mieli na to ochotę, czy byli jakoś zmuszani, choć nie słyszałam by kogoś usunięto z pracy, bo nie chciał w komisji zasiadać. Nie jestem prawnikiem i nie wiem czy istnieją paragrafy, na podstawie których można by członków tych komisji karać. Na pewno ich postępowanie może i powinno podlegać ocenie moralnej, bo przecież wielu ludziom złamali karierę, może nawet życie. Nie jestem żądna krwi, ale chciałabym, żeby takie postępowanie zostało jakoś naznaczone. Wiem, że Pan zaraz mi wytknie, że nie chcę podać nazwiska człowieka, który zasiadał w komisji i do dziś pracuje w mediach. Nie chcę, bo obawiam się, że w obecnej atmosferze mogłoby to przynieść więcej szkody niż pożytku. Najlepiej by było, żeby ci ludzie sami odczuli potrzebę opisania dlaczego to zrobili.

To mogłoby być ciekawe, ale chyba do tego nie dojdzie.

Chyba nie. Szkoda, że nie udało nam się w kraju czy chociaż w środowisku doprowadzić do czegoś w rodzaju Komisji Prawdy i Pojednania. Wielka szkoda.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl