Z Barbarą Rogalską o weryfikacji w stanie wojennym, pracy w solarium i powrocie do telewizji rozmawia Marek Palczewski.

 

Barbara Rogalska, ukończyła Wydział Prawa i Studium Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1975 związana z Telewizją Polską. Studio 2, Naczelna Redakcja Publicystyki Kulturalnej, publicystka, potem kierownik redakcji publicystyki.
Nie zweryfikowana w stanie wojennym. Przywrócona do pracy w 1989. 1997-1998 kierownik redakcji „W centrum uwagi”, 1990-1994 korespondent w Sofii, a w latach 1998-2000 w Belgradzie. W 2001 roku zwolniona z pracy. W latach 2003-2007 w Telewizji PULS. Realizowała filmy dokumentalne dla TVP, m.in. „Smutek Serbii”, „Z Sofii do wolności”, „Bojkot”, "Weryfikacja"  (o weryfikacji dziennikarzy w TVP w stanie wojennym - dwa ostatnie filmy z Niną Makowiecką).
W SDP od 1970 roku. W latach 1995-1998 prezes koła SDP w TVP. Wiceprezes Oddziału Warszawskiego w latach 2004-2012.

 

Jak przebiegały rozmowy weryfikacyjne z Panią po wprowadzeniu stanu wojennego?

Miałam kilka takich rozmów. Pierwsza odbyła się miesiąc po wprowadzaniu stanu wojennego, to jest 13 stycznia 1982 roku. Ponieważ byłam wtedy kierowniczką redakcji w Naczelnej Redakcji Publicystyki Kulturalnej w TV, to byłam weryfikowana przez wyższą instancję. Szefem komisji weryfikacyjnej był Jerzy Bajdor, ówczesny dyrektor Publicystyki Kulturalnej. Poza tym było trzech nieznanych mi panów, którzy nie zostali przedstawieni. Prawdopodobnie byli to urzędnicy cenzury i urzędu bezpieczeństwa. Kiedy dostałam z IPN protokół ze swojej rozmowy weryfikacyjnej, to nazwiska weryfikatorów były zamazane przez IPN. Dopiero w książce, opublikowanej przez panów Sebastiana Ligarskiego i Grzegorza Majchrzaka ( "Polskie Radio i Telewizja w stanie wojennym" – red.) ich nazwiska sa wymienione, ale nie wiem, co to za ludzie.

Za co Panią wtedy negatywnie zweryfikowano?

Za działalność w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. To był główny powód.

Czego dotyczyły pytania?

Pytania dotyczyły działalności zawodowej. Byłam członkiem Solidarności, ale głównie działałam w SDP i w Komitecie Porozumiewawczym Stowarzyszeń Twórczych, istniejących w telewizji.

I sama ta przynależność wystarczyła, żeby Panią negatywnie zweryfikować?

Tak. My bez przerwy organizowaliśmy jakieś zebrania, podpisywaliśmy listy protestacyjne, organizowaliśmy forum dyskusyjne na Foksal. Na spotkania przychodziły tłumy, bo to było takie miejsce wolnego słowa, jedyne tego rodzaju, wtedy w Warszawie.

Po tej weryfikacji utraciła Pani możliwość pracy jako dziennikarka. I co wtedy Pani zaczęła robić?

Przez pewien czas pracowałam w  drogerii. Sprzedawałam kosmetyki, proszek do prania, który był na kartki. Kiedy go przywożono, rozgrywały się straszne sceny, bo trzeba było walczyć z tłumem. Potem pracowałam w solarium, pierwszym w Warszawie. Moja znajoma sprowadziła z zagranicy takie łóżko opalające i ja tam pełniłam dyżury. Nie była to atrakcyjna praca, bo trzeba było myć to łóżko po spoconych ciałach. Prędko z tego zrezygnowałam.

A później wyjechała Pani za granicę?

Nie od razu. Ja dosyć szybko zaczęłam znowu pracować w zawodzie. W 1983 roku dowiedziałam się w kawiarni „Czytelnika”, gdzie schodzili się bezrobotni, zwolnieni z pracy dziennikarze, że są wolne miejsca pracy w prasie PAX-owskiej. No i poszłam prosto z ulicy do takiego pisma rodzinnego „Zorza”. Nikt mnie nie protegował. Nie uprawiano w nim żadnej polityki, było tylko poradnictwo. Wcześniej myślałam, że może uda mi się znaleźć pracę jak nie telewizji, to w prasie, bo sobie nie wyobrażałam, że mogłabym co innego robić. Nawet zgłosiłam się do „Kobiety i Życia”, bo tam też były jakieś wolne etaty. Ale ówczesna naczelna  po jakimś czasie do mnie zadzwoniła i powiedziała, że jest jej bardzo przykro, ale niestety, ona nie może zatrudniać osób negatywnie zweryfikowanych w radiu i w telewizji.

Czyli klątwa działała?

Tak. Ale ona zachowała się uczciwie, nie wszyscy się tak zachowywali.

Czym Pani zajmowała się w „Zorzy”?

Problematyką kulturalna. Następnie przeszłam do bardziej ambitnego pisma „Kierunki”, i tam zajmowałam się publicystyką kulturalną. Potem wyjechałam za granicę, byłam jakiś czas w Anglii, ale kiedy dowiedziałam się, że jest okrągły stół, to na początku marca 1989 wróciłam do Polski i zaczęliśmy z kolegami organizować Studio Solidarność.

A kiedy wróciła Pani na dobre do telewizji?

W październiku 1989 roku, wtedy kiedy powołana została komisja, która przywracała do pracy osoby wcześniej z niej usunięte, represjonowane. Wtedy wszyscy dostaliśmy od prezesa Drawicza listy z przeprosinami za nasze krzywdy i przyjęto nas na etat.
Zaczęłam pracować w Wiadomościach, współpracowałam przy pierwszym wydaniu Wiadomości. Potem  zostałam  korespondentem TVP  na Bałkanach, gdzie spędziłam parę lat.

Wróćmy jeszcze do tych weryfikatorów. Pani powiedziała, że jednego z nich dobrze znała…

To był mój dyrektor, Jerzy Bajdor.

Czy kiedykolwiek z jego strony spotkał Panią taki gest, że po latach podszedł i powiedział „przepraszam?”

Nie, nigdy go już  nie spotkałam. Proszę pana, do tej pory w telewizji i w radiu pracują ludzie, którzy byli weryfikatorami. Nie chcę wymieniać nazwisk. Wciąż są tam ludzie, którzy mają fatalną, okropną przeszłość. Niektórych z nich pokazałam na filmie („Weryfikacja”, film Barbary Rogalskiej i Niny Makowieckiej, 2006 – red.). Jest tam migawka jak Mieczysław  Rakowski odznacza zespół Dziennika Telewizyjnego i pojawia się pewna koleżanka, która dostała dwa odznaczenia. Ona do tej pory pracuje w telewizji.

Nikt ich dziś nie zweryfikuje…?

Nikt.

A Panią jeszcze raz zweryfikowano w 2001 roku za prezesury Roberta Kwiatkowskiego. To jakiś chichot historii.

Dwa razy byłam wyrzucana z telewizji; raz przez stan wojenny i drugi raz przez prezesa Kwiatkowskiego.
Taki los. Potem miałem nawet możliwość powrotu, ale już nie chciałam. Współpracuję z telewizją od czasu do czasu, robię filmy dokumentalne razem z Niną Makowiecką lub sama. Ale na etat już nie chciałam wrócić, zważywszy te nieustanne roszady. Z każdą ekipą wszystko się zmienia. Nie chciałabym jeszcze raz być wyrzucona (śmiech).

W Łodzi nadal dziennikarze, którzy zostali negatywnie zweryfikowani w czasie stanu wojennego  podejmują próby, żeby doprowadzić do jakiegoś zadośćuczynienia, nie mówi się już o skazaniu tych weryfikatorów, ale o zwykłej sprawiedliwości . Jak Pani sądzi, czy to ma sens?

Myślę, że ma sens, choćby symboliczny. Wszystkim już się nie odda ich przeszłości, niech przynajmniej ci nieliczni, najbardziej zdeterminowani, mają satysfakcję.


 

autor fot. Marek Palczewski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl