Z Krystyną Karwicką-Rychlewicz o ludziach z sińcami na duszy rozmawia Wiesław Łuka.
Krystyna Karwicka – Rychlewicz, absolwentka Wydz. Dziennikarskiego UW (1958 r.), pełniła funkcję kierowniczki literackiej teatru w Kaliszu, a następnie „Polskich Nagrań”. Od 1963 r. członek SDP. Jest laureatką wielu nagród dziennikarskich, ostatnio za publikacje na temat projektu „Ludzka Twarz ETC" – Europejskiego Funduszu Społecznego. Jej książka „My, rodzice dzieci z Dworca Centralnego” była bestsellerem.
Musimy powiedzieć, że jesteś osobą niepełnosprawną…
Tak, ale psychicznie nigdy się nią nie czułam…Gdy miałam 17 lat, w wypadku doznałam bardzo ciężkich obrażeń, straciłam rękę. Po okresie „dołu”, zdecydowałam, że się nie poddam. Nie chciałam też być w „getcie” - tak oceniałam te wszystkie stowarzyszenia społeczne i niespołeczne działające w środowisku osób niepełnosprawnych. Nie chciałam być nawet w „STARCIE”, czyli klubie sportowym dla niepełnosprawnych. Może miałabym nawet sukcesy, bo nieźle przed wypadkiem pływałam, już po nim potrafiłam robić 40 kilometrowe wycieczki rowerowe, wygrałam w 1968 roku slalom na wczasach w Szczyrku, w Alpach też sobie radziłam. A raz startowałam w rajdzie samochodowym, ale ani pilot, ani ja nie znaliśmy drogi… Jedyne w tej dyscyplinie „sukcesy” to kilka mandatów za przekroczenia szybkości!
Przed sześciu laty uruchomiłaś internetowe pismo społeczno-kulturalne, kierowane do tego samego czytelnika pt. „Dobre Praktyki”. Czułaś się znudzona prasą papierową?
Niezupełnie do tego samego czytelnika i nie znudziła mnie prasa papierowa. Od 1957 roku – jeszcze w czasie studiów - pisałam w wielu tytułach prasowych. Prawie 20 lat spędziłam w „Przeglądzie Technicznym”. I często sięgam po „papier”. Natomiast Internet jest dla mnie po prostu wygodnym nośnikiem, prawdę powiedziawszy jedyną szansą na własne pismo. Czy zdajesz sobie sprawę, ile musiałabym mieć pieniędzy, by robić pismo drukowane? Obecnie jednak sama mało piszę, ponieważ pisanie jedną ręką przez lata najpierw na maszynie, a od ponad 20 lat na klawiaturze komputerowej, sprawiło, że palce - jak to czasem żartobliwie określam – „narzekają na znaczne nadużycie”. Ograniczam więc aktywność fizyczną. Magazyn robić mogę obecnie jedynie dzięki moim przyjaciółkom, dziennikarkom, które nie oczekują wynagrodzeń. A także dzięki staremu przyjacielowi na wózku inwalidzkim, webmasterowi, Krzysztofowi .
Wydałaś 23 numery „Dobrych Praktyk”. W jednym z pierwszych komentarzy nie skrywasz dezaprobaty dla tych osób niepełnosprawnych, które „mają ciągle i o wszystko pretensje…hołubią w sobie postawę roszczeniową…”.
Taka postawa jest mnie absolutnie obca. Ale zapytaj, dlaczego w naszym kraju z ogólnej liczby około pięciu milionów niepełnosprawnych, tak duży ich odsetek prezentuje taką postawę?…
Pytam, zatem – dlaczego?…
Najpierw opiszę pewne zdarzenie z warszawskiej ulicy, z połowy lat dziewięćdziesiątych. Mam przed oczami grupę brytyjskich skautów na wózkach i polskich przechodniów, którzy oglądają się niezbyt dyskretnie za nimi i patrzą na swobodne zachowanie tych nastolatków, ich roześmiane twarze i głośną konwersację, jak na egzotyczne zwierzęta w zoo… Słyszę komentarze: z czego te kaleki tak się cieszą? Podobnych reakcji nie widziałam w krajach europejskich i pozaeuropejskich. U nas albo obdarza się niepełnosprawnych niepotrzebnie litością, albo odwraca głowę, czasami ze wstrętem. Dlaczego tak jest? Po pierwsze - rodzina pogłębia w swoich niepełnoprawnych dzieciach poczucie choroby. Uczy je niesamodzielności. Trzęsie się przy nich, przy ich wózkach, nie pozwala im czegokolwiek robić, często nawet dotknąć, we wszystkim je wyręcza. Obserwowałam to od dawna, gdy w Fundacji Pomocy Matematykom i Informatykom Niesprawnym Ruchowo organizowano warsztaty komputerowe połączone z warsztatami prowadzonymi przez psychologów, którzy uczyli ich najprostszych czynności związanych z życiem w społeczeństwie, np. rozmów telefonicznych w sprawie pracy, załatwiania własnych spraw w urzędach, pisania podań, cv itp. Rodzice towarzyszyli dorosłym dzieciom, i bez przerwy nękali psychologów i wykładowców pytaniami, czy ich „maleństwa”, czasem i ponad 40-letnie, nie są zbyt przemęczane. Po drugie – państwo nasze daje nędzne renty tym ludziom, ale mało interesuje się ich możliwościami i potrzebami w zakresie edukacji i podejmowania pracy. Nadal zbyt wolno usuwane są bariery architektoniczne i mentalne społeczeństwa.
Czyli – państwo daje nędzną rybę, nie zaś sprawną wędkę?
Tak. Już na etapie przedszkolnym niepełnosprawne dzieciaki nie dostają „wędki”. I podobnie jest w szkołach, zwłaszcza integracyjnych, gdzie te dzieci są nielubiane przez rówieśników, bo stosowane są wobec nich często zbyt ulgowe taryfy. Różnie to bywa na następnych etapach życia. Mnie nie dziwi, że Polska jest krajem Unii Europejskiej, w którym zatrudnia się najmniej osób niepełnosprawnych, zdolnych do pracy. Tylko ok. 16% niepełnosprawnych jest aktywnych zawodowo, natomiast w krajach UE odsetek ten jest trzykrotnie wyższy. Kilka dni temu słyszeliśmy informację, że Urząd Rady Ministrów będzie musiał wpłacić do PFRONU prawie pół miliona złotych kary za nierealizowanie ustawy o zatrudnieniu określonej przepisami liczby niepełnosprawnych w każdej firmie; ci, którzy tego nie robią, muszą przekazywać do PFRON określoną kwotę. Usłyszałam tłumaczenie, że nie można znaleźć odpowiednio wykształconych osób niepełnosprawnych. Odpowiadam: bzdura! Wiem, ilu jest świetnie przygotowanych choćby informatyków poszukujących zatrudnienia. Znam bardzo dobrą tłumaczkę języka angielskiego, którą chciała zatrudnić firma wydawnicza, ale zrezygnowała, gdy zaproszono ją na rozmowy i zobaczono, że z trudem się porusza.
Zamieściłaś na swojej stronie wywiad z kierowniczką warszawskiego Urzędu Pracy dla ON, która potwierdza, że niepełnosprawni z wyższym wykształceniem mają problemy z otrzymaniem pracy.
Policja, która kiedyś nawet deklarowała chęć zatrudniania w komendach, jako pracowników cywilnych osoby niepełnosprawne, wycofała się z tej obietnicy nie przedstawiając argumentów.Jeden z kandydatów, powiedział mi, jaki był prywatnie podany powód: No wie pan, wprawdzie ma pan odpowiednie kwalifikacje, ale ludzie zwracają uwagę na wygląd naszych pracowników…W bankach usłyszałam, że „tacy ludzie” odstraszają klientów. Nawet instytucje o charakterze społecznym niechętne zatrudniają niepełnosprawnych.
Czy „Dobre Praktyki” przynoszą efekty, których oczekiwałaś? Mam na myśli pomoc w przełamywaniu uprzedzeń w stosunku do sprawnych inaczej?.
Celem moim jest pokazywanie, że niepełnosprawni potrafią być m.in.: profesorem Uniwersytetu Warszawskiego (wychowanek podwarszawskich Lasek), znaną lekarką pediatrą w Poznaniu, artystą warszawskiego Teatru Ateneum…Jedna z tych osób, z którymi robiłam wywiad dla mojego magazynu - Grażyna Orlińska (od drugiego roku życia na wózku) - poetka, autorka nagradzanych na festiwalach tekstów piosenek i jednego z największych przebojów polskiej muzyki pop - „Chałupy welcome to”, przyznaje w wywiadzie, że „ma siniaki na duszy”, ale także „ma ciągle wiele apetytów na życie”…Twierdzi, że „nie można być szczęśliwym zawsze…gdyby zawsze i wszędzie było tylko dobrze, to by nie było poczucia dobra”.
Ludzie z „sińcami na duszy” bardziej niż inni potrzebują do życia napędzających wzorców .
„Dobre Praktyki” dostarczają im takich wzorców. Ale powinni też zrozumieć to nasi koledzy dziennikarze i częściej zajmować się tą tematyką. Pomyśl, to dotyczy ponad 5 milionów obywateli naszego kraju! Kiedyś namówiłam bardzo dobrą dziennikarkę, by napisała reportaż o utalentowanej niepełnosprawnej dziewczynie. I co? W redakcjach kobiecych magazynów nikt się tym nie zainteresował, natomiast namawiano tę bardzo dobrą dziennikarkę do napisania o znanej celebrytce…W końcu ub. roku miałam prawie czterdzieści tysięcy wejść na nasze strony internetowe „DP” i to nie tylko w Polsce, ale także polonusów z USA, Australii, Izraela i krajów zachodnich. Nie mamy jednak żadnych reklam, nie chcemy tych „latających”, innych nikt nam nie oferuje. Sponsorów też nie mamy…
Napisałaś też książkę - przed kilkunastu laty bestseller - pod intrygującym tytułem: „My, rodzice dzieci z Dworca Centralnego” – to znowu głos tych, co mają szczególnie duże „sińce na duszy”…
Książka o rodzinach narkomanów, oparta na rozmowach z kilkoma rodzicami uzależnionych dzieci, miała 2 wydania i dodruki. Terapeuci pracujący z rodzinami polecali ją swoim pacjentom. Obecnie jednak nieco inaczej spoglądam na uzależnienia. Badania prowadzone przede wszystkim w USA udowadniają, że to nie tylko ciekawość, chęć zaimponowania kolegom, kłopoty, stresy i inne okoliczności sprawiają, że popada się w uzależnienie. Nie wszyscy uzależniają się nawet po wielu próbach „brania”. Tak jest z narkotykami, jak i z alkoholem. Decydującą rolę odgrywają w tym neuroprzekaźniki - śladowe substancje w naszych organizmach. WHO uznała uzależnienia za chorobę. Nie da się je leczyć wyłącznie psychoterapią ani silną wolą. Dlatego też podejmuję i te tematy w magazynie. Dzisiaj już bym nie polecała opisanych w mojej książce metod, jak robią to do dziś niektórzy terapeuci. Nie wystarczy silna wola wyjścia z uzależnienia. Musimy chyba czekać na komórki macierzyste...
Od lat jesteś bardzo zaangażowana w działalność naszego Stowarzyszenia…
Zostałam w latach 70-tych prezesem Koła SDP w Wydawnictwie Czasopism i Książek Technicznych SIGMA NOT. W 1980 wybrano mnie do władz OW SDP. W stanie wojennym zbierałam składki, które przekazywałam Maćkowi Łukaszewiczowi i Darkowi Fikusowi, ankietowałam niezweryfikowanych dziennikarzy, współorganizowałam pomoc materialną tym, którzy pozostawali bez pracy. Miałam pod szczególną opieką kolegów z Mokotowa i Ochoty.
W Oddziale Warszawskim SDP w kadencji, która się właśnie skończyła, pracowałaś w Komisji Członkowskiej, dlatego dobrze znasz przyczyny tak małego zainteresowania młodych kolegów naszą organizacją…
Nie jest ono aż tak małe, bowiem w ostatnich trzech latach przyjęliśmy 116 nowych członków, w tym sporo młodych. Byłoby nas więcej, gdyby nie niepokojące zjawisko: coraz większe upolitycznienie Stowarzyszenia, które powinno być organizacją apolityczną, zawodową, dbającą o sprawy środowiska. Upolitycznienie zaczęło się kilka ładnych lat temu, i niestety nasila się. Wszyscy wiemy dlaczego nie ma wśród nas dziennikarzy z wielu ważnych mediów. Politykujemy, zamiast zajmować się dokształcaniem dziennikarzy, zwłaszcza młodych, pomocą tym, którzy nie mają pracy, zamiast walczyć ze „śmieciowymi umowami", czy zacząć wreszcie realizować uchwałę z jeszcze poprzedniej kadencji, dotyczącą budowy Domu Seniora Dziennikarza. To nie są lata sprzed czerwca 1989 roku. Dziś można publicznie pisać i mówić o swoich sympatiach i antypatiach politycznych, być za i przeciw rządom i partiom, ale nie powinno się wykorzystywać do tego SDP. Komisja, w której pracowałam, mimo iż składała się osób o różnych poglądach politycznych, przyjmując nowych członków, nigdy nie stosowała kryterium politycznego. Ocenialiśmy poziom zawodowy kandydatów. W jednym przypadku kandydat nie został przyjęty do Stowarzyszenia z powodów etycznych – podłego traktowania podległych mu dziennikarzy. Cieszę się, że przynajmniej największy Oddział SDP – Warszawski oparł się tej tendencji upolityczniania, co pokazały ostatnie wybory…
