Z Alicją Molendą, wydawcą tygodnika „Przełom”, rozmawia Błażej Torański.

Alicja Molenda - dziennikarka, założycielka i wydawca tygodnika ziemi chrzanowskiej „Przełom” (od 1990 roku) oraz portalu internetowego www.przelom.pl. Absolwentka filologii słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego i studiów podyplomowych w zakresie prawa autorskiego, wydawniczego i prasowego. Od 2006 roku ekspert ds. prasy lokalnej. Prowadziła szkolenia dziennikarzy na Ukrainie, w Mołdawii, Gruzji, Kirgistanie.

W niedawno rozstrzygniętym konkursie Local Press 2012 wydawany przez Alicję Molendę „Przełom" nagrodzony został II nagrodą, dwaj dziennikarze zwyciężyli w kategoriach - dziennikarstwo ekonomiczne i edukacyjne - a portal www.przelom.pl zdobył I nagrodę w kategorii strona internetowa.

Jest Pani celebrytką w Trzebini i w Chrzanowie, jak Jurek Jurecki - tegoroczny Dziennikarz Roku miesięcznika PRESS - w Zakopanem?

Absolutnie nie. Jestem osobą kameralną, nie bywam na bankietach, nie udzielam się towarzysko, więc myślę, że nikt mnie tak nie traktuje.

Nie zaczepiają Pani ludzie na ulicy? Nie podpowiadają, o czym pisać? Nie chwalą, nie krytykują?

Na ulicy nie, ale zdarza się to w sklepach na zakupach, w aptece, u lekarza. Jeśli ktoś mnie rozpozna prowadzimy długie rozmowy o zawartości gazety, o tym, co się ludziom podoba, a co nie.

Bierze Pani pod uwagę te opinie przy redagowaniu gazety?

Lubię wysłuchiwać opinii, ale bardzo je przeżywam. Oceny bywają bolesne, bo ludzie się dzisiaj nie patyczkują, ale to są nasi klienci i skoro wydają na gazetę 3 złote, to mają prawo ponarzekać. Przepuszczam więc te uwagi przez mózg. Jeśli uznam, że są trafne, to przekazuję je swoim dziennikarzom.

„Przełom” jest jedną z najstarszych gazet lokalnych w Polsce. Czy przez te 23 lata straciła Pani wielu przyjaciół? Czy przestał ktoś Pani podawać rękę?

Tak nie było, ale zdaję sobie sprawę, że przyjaciół mam mniej. Każdy negatywny bohater materiału prasowego jest potencjalnym wrogiem. Nie jest łatwo z tym żyć, bo gazetę lokalną tworzy się w małym środowisku. Wielu z opisywanych ludzi to są moi znajomi, koledzy ze szkoły, przyjaciele. Są na wyciągnięcie ręki. Potrafią okazywać i sympatie, i antypatie.

Nie zdarzyło się, jak bywa w innych gazetach lokalnych, że ktoś rzucił w szybę redakcji kamieniem lub porysował wydawcy samochód?

Takich ataków agresji nie pamiętam, ale bywa, że spotykamy się w sądzie i na takiej drodze dochodzimy do prawdy. Obrażony wójt czy burmistrz czasami nakłada na redakcję embargo informacyjne. Karze nas w ten sposób, że przestaje się przez kilka lat wypowiadać i odsyła do swojego rzecznika. Dochodzenie do informacji za pośrednictwem rzecznika jest katorgą, opóźnia publikacje. Jeśli burmistrz czy starosta nie boją się krytyki i chętnie osobiście udzielają informacji, pracuje się komfortowo.

Są tacy, którzy rozumieją, że obowiązkiem mediów jest patrzenie władzy na ręce?

Wielu rozumie, na czym polega rola samorządowca, a na czym dziennikarza. Nie obrażają się. W sytuacji kryzysowej potrafią się tłumaczyć. Reagują na krytyczną publikację polemiką, a nie sprostowaniem czy pozwem. Ale pewnie niejeden burmistrz myślał też po wyborach, że będzie miał w naszej gazecie na zawsze sojusznika, tymczasem padał ofiarą swojej błędnej decyzji, bo musieliśmy o niej napisać tak, jak było, a nie tak, jak on by chciał.

W styczniu mieliśmy referendum w sprawie odwołania burmistrza Trzebini. To była trudna sytuacja, bo gazeta nie mogła prowadzić akcji profrekwencyjnej, takiej jak „Masz głos, masz wybór”, przy okazji terminowych wyborów samorządowych. Zachęcanie ludzi do głosowania mogło być w tym wypadku odczytane jako działanie gazety wymierzone przeciwko burmistrzowi. Przypominaliśmy jednak, że referendum to instrument demokracji, a  obywatel ma prawo oceniać władzę częściej, aniżeli tylko raz na cztery lata. Nawołujący do bojkotu głosowania burmistrz i tak uznał, że opowiedzieliśmy się po stronie jego przeciwników. Od tego czasu mamy w nim wroga, choć referendum, jak w wielu innych miastach w Polsce, zakończyło się fiaskiem. Zwolennicy burmistrza nie poszli do urn, a wielu mieszkańców polityka lokalna nie interesuje, nawet, jeśli jest wstrząsana ostrymi konfliktami, i też nie głosowali.

Co jeszcze bywa przyczyną wchodzenia „Przełomu” w zwarcie z władzą?

Odkryliśmy niedawno, że delegaci rad miejskich w związkach międzygminnych pobierali diety. Nadzór prawny wojewody po naszej interwencji nakazał im zmienić statuty i pozbawiał tej gratyfikacji, dostali po kieszeni.

Macie kolejnych wrogów.

Samorządowcy nie lubią, jak pisze się o ich pieniądzach. A regularnie zaglądamy im do kieszeni. Wściekają się też, jak napiszemy, że coś nie funkcjonuje zgodnie z prawem albo przypominamy ich obietnice wyborcze. A dziennikarz mający dobrą pamięć i dostęp do archiwum może wygrzebać wiele interesujących deklaracji.

Gdzie dostrzega Pani największą konkurencję? W gazetach regionalnych - „Dzienniku Polskim” i „Gazecie Krakowskiej”?

Z nimi bardziej konkuruję w Internecie, aniżeli z ich wydaniami papierowymi. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że dzienniki regionalne na papierze przeważnie drukują informacje, które u nas już były. Wielkie koncerny zredukowały etaty dziennikarskie, a wiadomo, że jeden korespondent w powiecie do każdego miejsca nie trafi.

Wykorzystała Pani te redukcje?

Po zachodnich koncernach medialnych mam jedną trzecią zespołu. To są bardzo dobrze wyszkoleni dziennikarze, choć czasem inaczej postrzegają lokalną rzeczywistość niż ci od początku związani z “Przełomem”, ale korzystałam z tych redukcji. Dwie osoby przyszły z „Dziennika Polskiego”, trzy z „Gazety Krakowskiej”. 

Gdzie wobec tego konkurencja? Może w biuletynach dotowanych przez samorządy?

Przed referendum burmistrz Trzebini wydał biuletyn, w którym się chwalił, czego to nie zrobił. Rozesłał go do każdego domu. Jeden z radnych zapytał, co o tym myślę. Spodziewał się, że będę narzekać. Powiedziałam, że bardzo się cieszę, bo moi czytelnicy mogą teraz odróżnić, co jest gazetą niezależną, a co tubą propagandową.

Tak naprawdę największą konkurencję stworzyliśmy sami dla siebie i jej się najbardziej boję. Jest nią nasza strona internetowa. Z dnia na dzień odbiera czytelników wydaniu papierowemu. Musimy się więc bardzo starać, aby nie zaprzepaścić dotychczasowego dorobku papierowej gazety. W styczniu strona miała milion czterysta pięćdziesiąt tysięcy odsłon, ponad 121 tysięcy unikatowych użytkowników i prawie 382 tys. odwiedzin.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl