Z Hanną Bogoryja – Zakrzewską o trudnych emocjach, reportażach dla córki i dziennikarstwie śledczym rozmawia Marek Palczewski

Hanna Bogoryja - Zakrzewska, reportażystka radiowa. Studiowała polonistykę w Szczecinie i pracowała w Akademickim Radiu Pomorze. Tam usłyszała reportaże Krystyny Melion i wtedy postanowiła zostać reportażystką. Od ponad 16 lat przygotowuje reportaże dla wszystkich programów Polskiego Radia. 

Zdobyła wiele nagród i wyróżnień : „Melchiory", „Grand Press", Złoty Mikrofon. Jej prace były prezentowane na międzynarodowych konferencjach . Jako reprezentant polskiej radiofonii była członkiem prestiżowej Grupy Reportażystów w EBU (Europejskiej Unii Nadawców). 

Odbierając w grudniu ubiegłego roku nagrodę „Złoty Mikrofon” powiedziałaś, że radio jest spełnieniem twoich marzeń, że to jest to, co najbardziej lubisz robić, a zarazem jest ono wielką przygodą i wielką pasją. Co cię w radiu najbardziej fascynuje?

To, że mogę zaglądać w miejsca, w które normalnie bym nie zajrzała i mikrofon mi w tym pomaga. Podobnie jest z tematem: co wymyślę, to mogę zrealizować.

Który z ostatnich tematów najbardziej cię pochłonął? Czy był to może reportaż o pani Joannie, chorej na raka żołądka (reportaż p.t. „Trzeba walczyć”– red.)?

Ta historia o pani Joannie jest we mnie cały czas. To było bardzo trudne nagranie dlatego, że rozmawiałam z osobą, która ma niewielkie szanse na przeżycie. Ona sama mówi, że uchylone są już drzwi na drugą stronę. I widziałam też jej dziecko…

Jasia.

Jasia. I słyszałam jak rozmawiają ze sobą o śmierci. To była dla mnie rozmowa wyczerpująca emocjonalnie, ale zarazem bardzo wartościowa. Reportersko trudna była też praca z panią Dorotą w reportażu „Szukałam was”. Bohaterka szukała swoich synów i nie mogła ich odnaleźć.

Ale ostatecznie odnalazła.

Odnalazła, ale to długo trwało. Bardzo chciałam być z nimi, kiedy już będą wszyscy razem. Nie tam na lotnisku, w momencie ich przylotu do kraju, ale później, żeby się z nimi spotkać. Prowadziliśmy długie negocjacje, prosiłam, wysyłałam listy i mejle, żeby się to udało. To był reportaż, który mnie pochłonął całkowicie. Również moja szefowa, Irena Piłatowska bardzo przeżywała jego realizację i ciągle się o niego dopytywała. W Katowicach, u pani Doroty byłam kilka razy, żeby nagrywać z nią rozmowy.

Ten motyw poszukiwania jest obecny również w innych twoich reportażach, na przykład w reportażu „Nareszcie razem” o panu Arturze, który został pobity, stracił pamięć i trafił do schroniska dla bezdomnych. Tam jest niezwykle poruszająca scena, kiedy on nagle zdaje sobie sprawę, że ma rodzinę.

Pan Artur też już zostanie ze mną na zawsze. I jego żona. Dla mnie to jest opowieść o miłości, bo gdyby ona go nie kochała, to by go nie szukała tak wytrwale i tak długo.

Ten reportaż pokazuje jak ważne jest szczęście reporterskie. Pan Artur zgodził się na rozmowę ze mną, a potem już nigdy nie chciał rozmawiać z żadnym dziennikarzem. Mało brakowało, żeby ten reportaż w ogóle nie powstał. I jak wiele osób nie poznałoby jego niezwykłej historii.

Dlaczego później już nie chciał rozmawiać?

Nie wiem dlaczego, ale nie chciał. Miał taki moment w swoim życiu, że się otworzył. W moim reportażu.

Ty lgniesz do  tematów opowiadających o ludziach zagubionych, poszkodowanych, wykluczonych, bezdomnych, czy biednych. Dlaczego właśnie o nich?

Dlaczego?... Nie wiem.  Za każdym razem kiedy robię reportaż, to robię go dlatego, że po pierwsze ta osoba osobiście mnie zainteresowała lub zainteresowała mnie jakaś historia. A po drugie, chcę, żeby inni o tym usłyszeli, bo jest w tym coś wartościowego, z czego ja wyciągam wnioski. I mam nadzieję,  że słuchacz także. Tak pojmuję misję. Może bierze się to stąd, że pracę zaczynałam w redakcji dla dzieci [śmiech]. Zawsze było to dla mnie ważne, żeby mój przekaz nie był czystą rozrywką, żeby choć jedna osoba po wysłuchaniu takiego reportażu pomyślała sobie „kurczę, też bym mogła tak robić, też mogę komuś pomóc”.

W twoim repertuarze są i reportaże śledcze, są społeczne, i skupione na osobie. Z jednej strony są ludzie biedni, pokrzywdzeni, a z drugiej strony poszukujący własnej tożsamości, jak na przykład w reportażu „Chcę być normalna”.

Ja drążę tematy opowiadające o ludziach zwykłych, którzy są niezwykli. Nie lubię robić tematów, które się powtarzają. Kiedy mi się zdarza trzeci taki sam temat w ciągu paru lat, to oddaję go koleżankom. Mówię „wyście tam nie byli, zobaczcie to miejsce, będziecie mieli inne pytania niż ja”.

A co z dziennikarstwem śledczym, w którym kiedyś byłaś bardzo aktywna?

Dziennikarstwo śledcze jest takim dziwnym tematem w moim życiu reporterskim. To jest ostatnia rzecz, której bym się po sobie spodziewała. Myślę, żebym tego nie robiła, gdyby nie spotkanie z Ernestem Zozuniem.  Razem zaczynaliśmy pracę w radiu i kiedy po paru latach spotkaliśmy się ponownie, to stwierdziliśmy, że mamy już dosyć  głupoty samorządowców, dosyć korupcji, i że musimy teraz misyjnie z tym walczyć.

I zrobiliście serię reportaży, i zdobyliście Grand Press  w 2002 roku oraz nagrodę Fundacji Batorego „Tylko Ryba nie Bierze?”.

I też dobrze się bawiliśmy. Ale z drugiej strony byliśmy wielokrotnie oskarżani o różne rzeczy, pisano na nas skargi do prezesa. To nie było łatwe. Ponadto praca reportera śledczego wymaga wielkiej skrupulatności , bo nie można sobie pozwolić na popełnienie żadnego błędu. W naszej pracy było nam z Ernestem łatwiej, bo co dwie głowa, to nie jedna.  Myśmy się podzielili jakoś tak intuicyjnie, że on był złym policjantem, a ja dobrą policjantką. To pomagało w pracy i w rozmowach z ludźmi. Ale musieliśmy to przerwać.

Dlaczego?

Z kilku powodów. Z Ernestem wymyśliliśmy taką akcję, w sumie kosztowną dla radia, że  jesteśmy przeciw głupocie i korupcji (Jesteśmy przeciw). Tutaj, na tych półkach stoją segregatory z listami od słuchaczy. A każdy segregator obejmuje jakiś region.

Widzę dziesięć segregatorów.

Tu jest Łódź, tam Małopolska, i tak dalej. I na każdy list, który przyszedł do redakcji musieliśmy odpisać, że niedługo przyjedziemy. To trwało czasami rok, poza tym tematy zaczęły się powielać. Najwięcej przychodziło do nas skarg na temat prawa zagospodarowania przestrzennego, bądź na sąsiada, który źle wyznaczył działkę - o 30 centymetrów. Żeby zbadać te sprawy, trzeba było jeździć w delegacje, i to było niezwykle kosztowne dla naszej redakcji. Ponadto zauważyliśmy, że niektóre sprawy można załatwiać po prostu zbiorowo, na przykład zrobić audycję o danym problemie. W sumie ta formuła reportażu śledczego wyczerpała się i my też postanowiliśmy go zaniechać, bo Ernest został korespondentem w Moskwie, i tak się to rozeszło.

Jednak ta chęć zmiany rzeczywistości pozostała. Włączyłaś się w akcję „Oddech dla” polegającą na zakupie respiratorów dla Centrum Zdrowia Dziecka.  Czy reportaż już ci nie wystarczał?

Rzeczywiście nie wystarczał. Miałam wokół siebie ludzi, którzy prosili, żeby się tym zająć. Kaskader Krzysztof Fus, który to wszystko wymyślił zwrócił się do mnie: „Haniu, może ty coś zrobisz radiowo, ja cię bardzo proszę , bo to ważne dla tych dzieci”, dla chorych dzieci cierpiących na zaburzenia oddechu. W Centrum Zdrowia Dziecka byli lekarze, którzy w każdej chwili gotowi byli jechać tam, gdzie my sobie zażyczymy, żeby wziąć udział w naszych działaniach. Czyli wszyscy graliśmy do jednej bramki. A radio oddało nam swoją antenę. I kiedy widzieliśmy efekty w postaci zakupu kolejnych respiratorów, to chcieliśmy robić więcej, więcej i więcej.

Ty szukasz efektów i stąd ta misyjność. I reportaż „Szlaufy”, który – jak powiedziałaś kiedyś  – zrobiłaś dla swojej córki.

Zdecydowanie. Ona go usłyszała jak miała chyba 15 czy 16 lat. Nie chciałam, żeby słyszała wcześniej.

W reportażu występują dwunastoletnie prostytutki.

Tak. Ale moja córka była pod dużym wrażenie. I mówiła, że ona się domyśla, że takie rzeczy zdarzają się też w jej środowisku. Ale była przede wszystkim pod wrażeniem głupoty tych osób. Ja nie chciałam iść w tym reportażu w stronę sensacji. To mnie w ogóle nie interesowało. Moim celem było dowiedzieć się dlaczego one to robią i na czym polegał błąd i wina rodziców, którzy do tego dopuścili.

W swoich reportażach pokazujesz przede wszystkim kobiety. Łatwiej się z nimi rozmawia?

Nie, ja się nad tym nie zastanawiam, tylko to jest prawdopodobnie tak, że jak szukam tematów, to bardzo często pytam o nie swoje rozmówczynie i one kierują mnie do następnych kobiet.

Masz przepis na dobry reportaż? Właściwie powinienem cię spytać w czym tkwi tajemnica dobrego reportażu?

Przede wszystkim na słuchaniu. Oczywiście nie takim słuchaniu, że siedzę i nic nie mówię. Chodzi o autentyczne i aktywne słuchanie. Jestem moim rozmówcą zainteresowana. Przed rozmową staram się jak najwięcej dowiedzieć o tej osobie, staram  się zobaczyć ją w wielu różnych miejscach, i jeżeli czas mi na to pozwala, chcę ją zobaczyć z wielu różnych stron, jak najlepiej poznać i dopiero wtedy konstruować reportaż. Z doświadczenia wiem, że trzeba być bardzo otwartym, bo czasami coś, co planowaliśmy na początku, nie jest już istotne, a ważne staje się to, co pojawiło się w czasie rozmowy. Raz miałam taki przypadek, o którym opowiadam wszystkim młodym ludziom. Wymyśliłam sobie, żeby zrobić reportaż o małoletnich matkach. Zadałam sobie pytanie co też te matki i ojcowie zawinili, że ich córki mając 13-14 lat urodziły dzieci? I zupełnie gdzieś przypadkowo spotkałam podczas podróży służbowej dziewczynę, która miała takie dziecko. Okazało się, że jej mama też miała dziecko będąc małoletnią. Pojechałam nagrać rozmowę na taki temat jak mówię i nagle w czasie rozmowy zaczyna się dziać zupełnie coś innego, dlatego, że one zrzuciły maski i zaczęły się wzajemnie oskarżać o zmarnowane życie. I ja w pewnym momencie zauważyłam, że robi mi się reportaż o czymś zupełnie innym niż planowałam, ale o czymś tak samo ważnym. O stosunkach między mamą a córką. Reportaż zatytułowałam „Z miłości”,  bo wszystko niedobrego co się między nimi działo, działo się z miłości. Bo się kochały. Trzeba być uważnym - jedziemy na jedno, a nagrywamy zupełnie coś innego.

Czego uczysz się poprzez swoje reportaże?

Tego, że życie może być bardzo ciekawe, mamy je tylko jedno i musimy je w pełni wykorzystać, że trzeba być bardzo otwartym i się rozwijać, bo wtedy naprawdę czuje się smak życia. Chciałabym, żeby ludzie dostrzegali to w moich reportażach. Nie wolno nam naszego życia zmarnować.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl