Z Andrzejem Muszyńskim o książkach Kapuścińskiego, ciemnościach w Birmie i reportażu rozmawia Marek Palczewski.
Andrzej Muszyński, rocznik 1984. Bezrobotny reporter. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował m.in. w „Dużym Formacie”, „National Geographic”, w „Przeglądzie”, „Znaku” i w „Stosunkach Międzynarodowych”. Jego reportaż „Mohamed chciał tylko swoich jabłek” był nominowany do Grand Press w 2011 roku. Kilka dni temu otrzymał stypendium Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot. Wkrótce ukaże się jego pierwsza książka reporterska – „Południe” – zbiór reportaży, miniatur, wspomnień i refleksji.
Kolekcjoner staroci, pasjonuje się kosmologią. Mieszka w Krakowie.
Czym dla Pana były lektury książek Kapuścińskiego?
Lektury Kapuścińskiego były dla mnie inicjacją. Kapuściński był mi bliski z tego względu, że pisał nie tylko o ludziach, ale i o miejscach. Teraz jest taka tendencja, szczególnie w polskim reportażu prasowym, że pisze się tylko i wyłącznie o ludziach. Uważam, że nie można pisać o człowieku w oderwaniu od miejsc, które go kształtują.
Reportaże czytam nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, żeby być poinformowanym, od tego są książki naukowe. Ja czytam reportaże po to , żeby poczuć atmosferę, smaki, zapachy i to Kapuściński mi daje.
Która książka Kapuścińskiego była takim przełomem w Pana życiu, że po niej zdecydował się Pan: będę reportażystą, to jest właśnie to, co chcę robić?
Myślę, że „Wojna futbolowa”. „Wojna futbolowa” dlatego, że w tych reportażach opisywał on również swoją drogę reporterską, i to było dla mnie inspirujące. Mam wrażenie, że we współczesnym reportażu istnieje taka tendencja, że autor nie ma prawa się ujawnić. Ja tego nigdy nie rozumiałem, bo kiedy czytałem Kapuścińskiego on tam cały czas - w tych swoich reportażach - był. Był gawędziarzem, który mi opowiadał, tłumaczył , opisywał swoje codzienne przygody.
Ja też tak lubię pisać. Opisuję gdzie byłem, co widziałem, co czułem. Jestem pazerny na świat. Tak naprawdę moja przygoda z reportażem zaczęła się od zwykłych relacji z podróży. W wieku 22 lat wsiadłem w pociąg i pojechałem koleją transsyberyjska, bo miałem taką potrzebę.
Teraz, po otrzymaniu stypendium Fundacji Herodot, będzie Pan miał szanse rozwijać swoje zainteresowania. Co Pan z nim zrobi?
Przeznaczę je naturalnie na projekt mojej książki reporterskiej. Od 2008 roku pracuję nad książką o Birmie, w której opowiem również o sprawach uniwersalnych. Czekają mnie jeszcze 3-4 wyjazdy i mam plan, żeby mniej więcej za 2 lata opublikować tę książkę
Co jest tam w Birmie, czego tu nie ma? Czym Birma zafascynowała Pana, wciągnęła?
Mnie zafascynowała w Birmie ciemność. Pamiętam pierwsze zdanie z „Hebanu” Kapuścińskiego najpierw rzuca się w oczy światło, natomiast w Birmie najpierw rzuca się w oczy ciemność. To jest coś nieprawdopodobnego. To jest coś co mnie zauroczyło od samego początku. Wjeżdża się do Birmy, dajmy na to, z takiej Tajlandii. Przylatuje się z oświeconego neonami Bangkoku i ląduje się w Rangunie, który jest absolutnie ciemny, są jakieś światła, małe żaróweczki, wokół których krążą roje komarów. Mam taki zwyczaj, że za każdym razem kiedy jestem w Rangunie, to o 2 w nocy wychodzę z hotelu, zamawiam rikszę i jeżdżę około godziny po mieście. To jest coś nieprawdopodobnego. Można by o tym napisać cały rozdział książki.
Kiedy Pan myśli o swojej Birmie, to czy zastanawia się Pan jak by Kapuściński o niej napisał? Widzi pan Birmę jego oczami?
Takie myśli przychodzą mi do głowy, ale nie można powielać pewnych rzeczy. To się nie obroni, szukam więc swego środka wyrazu, swojego stylu. To jest straszna męka, bo nie dość, że człowiek musi opanować warsztat, to musi się po prostu nauczyć pisać, znaleźć swój styl. Jestem na tym etapie.
Czym jest dla Pana reportaż?
Może to zabrzmi banalnie, ale to jest rzecz, której poświeciłem całe moje dotychczasowe życie i przez którą wiele innych rzeczy zaniedbałem.
