Z Romualdem Mieczkowskim, wydawcą i redaktorem naczelnym kwartalnika „Znad Wilii”, rozmawia Błażej Torański.


Romuald Mieczkowski, wilnianin, poeta, publicysta, animator  życia kulturalnego. Od 1989 roku wydawca i redaktor kwartalnika „Znad Wilii”.
Studiował filologię polską, geografię i estetykę. Pracował jako tłumacz. Jako redaktor i dziennikarz prowadził  dział polski Radia Litewskiego, był założycielem magazynu polskiego „Panorama Tygodnia” (późniejsze „Rozmowy Wileńskie) w Telewizji Litewskiej, który prowadził do 2002 – aż do zniknięcia programu z anteny.
Pisze felietony pod pseudonimem Tomasz Bończa. Współpracował m.in. z nowojorskim „Nowym Dziennikiem”, a także z Telewizją Polską, Polskim Radiem, BBC. W 1997 przyznano mu odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, w 1998 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

 



Z sondażu GfK Custom Research Baltic wynika, że ponad połowa Litwinów nie chce mieć za sąsiadów Polaków. Jaki udział w zbudowaniu tej nienawiści mają litewskie media?

Spory, bowiem szukają sensacji, są nastawione na sprzedaż. Kiedy nagłaśnia się głównie incydenty i nadaje im „bieg”, stosunki sąsiedzkie się psują. W dobie kryzysu mały kraj, jakim jest Litwa, nie potrafi usprawiedliwić swoich błędów w gospodarce i potrzebuje odciągnąć od nich uwagę opinii publicznej. Próbuje zająć ją sprawami wciąż odgrzewanymi, z zaszłości. Największa gazeta na Litwie „Lietuvos rytas” – przed laty wyważona - wiele ostatnio pisze o relacjach polsko-litewskich, ale coraz częściej zdarza się jej publikować wiadomości nie do końca sprawdzone. Albo z małego incydentu robi się aferę. Zamalowano w Puńsku litewskie tablice. Nie wiadomo, kto to zrobił, ale przez media przetoczyła się dyskusja, w której wskazywano na Polaków, jako sprawców. Zresztą tablice, z kolei polskie, były też zamalowywane na Wileńszczyźnie. Nie nadawałbym rozgłosu podobnym incydentom, tylko ścigał chuliganów (bądź prowokatorów), niezależnie od narodowości. Inna rzecz, iż w Polsce nazewnictwo w innych językach jest usankcjonowane prawnie zaś na Litwie - nie.

Litewskie media organizują nagonki na Polaków?

Tak bym tego nie nazwał. Po prostu sam temat stosunków polsko-litewskich, uzależniony od polityki, a więc i od państwowego punktu widzenia, zaspokaja swym posmakiem szersze zapotrzebowanie i doskonale się do tego nadaje. Jak jestem w Polsce i słyszę jakąś informację z Litwy, też od razu wiem, że będzie to zła wiadomość. Tak samo wyczulony jest czytelnik na Litwie. Mediom litewskim brakuje przy tym zrównoważonego podejścia do wszystkich obywateli. Dzielą ich na lepszych i gorszych, swoich i nie swoich, mówiących po litewsku i nie mówiących. Nie wszystkich więc obywateli Litwy media traktują jednakowo, jak stanowi Konstytucja.

Ale co takiego wydarzyło się przez ostatnie 3-4 lata, że niechęć Litwinów do Polaków wzrosła w sondażach GfK Custom Research Baltic z 9,5 proc. w 2008 roku do 51 proc. w listopadzie 2011 roku?

Po prostu trzeba było do tego dojrzeć. Polska była nastawiona na partnerstwo strategiczne na wyrost i przymykała oczy na to wszystko. Traktowała Litwę deklaratywnie, nawet w zapisach do umowy o współpracy polsko-litewskiej. Politycy się przyjaźnili, poklepywali po ramionach i nie rozwiązywali narosłych od lat problemów, ze zwrotem ziemi czy pisownią nazwisk włącznie. W imię parasola obronnego NATO i czarodziejskiej różdżki Unii Europejskiej. Potem nastąpiło przebudzenie. Tymczasem wiele postulatów bezpowrotnie się zamknęło, zaś np. kampania przywracania oryginalnej pisowni nazwisk przybrała na Litwie wprost karykaturalne formy, chociaż w zjednoczonej Europie nie stanowi żadnego problemu.

Proszę o przykłady.

Sam nie poznaję swojego nazwiska, choć ma dwa tylko znaki litewskie. Czyni mnie innym człowiekiem. Brzmi Miečkovski, przy nieodczytywaniu w Polsce znaków diakrytycznych jestem Mieckovski, za granicą jestem Miekovski, a w niektórych dokumentach – Romualdas Miečkovskis. Mój brat z kolei jest zapisany jako Mečkovski, przy tym Vladislav. Rodzice mieli nazwiska zruszczone. Trudno rozpoznać w pisowni litewskiej nawet nazwisko Mickiewicza (Mickevičius), cóż więc mówić o innych.

Dziennikarze litewscy wykazują wobec Polaków zbyt małą empatię?

Z pewnością tak, ale bierze się to z różnych przyczyn. Chociaż Polska jest najbliższym sąsiadem, nie jest – paradoksalnie – zbyt dobrze na Litwie znana. Wielu moich znajomych Litwinów, jadąc np. do Niemiec, zatrzymuje się w Polsce tylko po to, aby coś zjeść. Do Polski wyjeżdża się na zakupy.

Litwini nie znają Polski? Niechęć do Polaków bierze się także z niewiedzy?

O ile wiedza o Polsce przenika silniej do Wilna, gdzie nagłaśnia się wybitne wydarzenia kulturalne, to już w Kłajpedzie czy Szawlach jest o wiele gorzej. Brakuje promowania sukcesów Polski, jej roli w regionie.

Zwłaszcza gospodarczych?

Owszem. Największego spustoszenia dokonała polityka uśpienia, o której mówiłem. Kiedy po latach ponownie zabrzmiały te same nierozwiązane postulaty i zaczęli się wypowiadać premierzy i prezydenci, Litwini zaczęli pytać: Dlaczego ci Polacy znowu nas się czepiają?
Jest jeszcze jedna przyczyna: kompleksy Litwinów, którzy od wojny nie potrafili w Wilnie zbudować swojej tożsamości na tyle, na ile by chcieli. Stąd próby ukrycia symboli polskości z przeszłości, jak najszybszej lituanizacji, uczynienia z miasta przecież wielokulturowego jedynie „kolebki litewskości”.
Ponadto w Wilnie nie nauczono się jeszcze nabierać do dawnych czasów takiego dystansu, jak w Gdańsku czy we Wrocławiu, gdzie do przeszłości podchodzi się bez urazy i nie ma znaczenia czy dany dom zbudował Polak, Żyd czy Niemiec. Znaczna część pisarzy, artystów czy naukowców doskonale to rozumie. Zdaje też sobie sprawę z tego, że Polska jest nadal oknem Litwy na Europę – takiej promocji jej kultury nie ma gdzie indziej. Ponadto łatwiej i owocniej wspólnie z Polakami można by się w tej Europie przebijać.

Dlaczego więc elity intelektualne nie wpływają na zmianę stosunku litewskich mediów do Polaków?

W dobie dzikiego kapitalizmu i powszechnego populizmu w polityce media przyjmują najwygodniejsze dla siebie zasady gry. A elity walczą jedynie o przetrwanie. Dochodzą szybciej do głosu, gdy temat ma posmak skandalu.

A Tomas Venclova?

Rzadko bywa obecny w litewskich mediach. W Polsce został wypromowany dzięki Czesławowi Miłoszowi.

A może Polacy na Litwie także przyczynili się do wyrażanej w sondażu niechęci Litwinów? W jesiennych wyborach parlamentarnych Akcja Wyborcza Polaków planuje wspólny start z Sojuszem Rosjan, uważanym za zaplecze KGB.

Na ten temat nie chciałbym się wypowiadać. A błędów w przeszłości nie brakowało. Wystarczy wspomnieć, że w 1990 roku w parlamencie litewskim podczas głosowania rezolucji o niepodległości Litwy, posłowie  Polacy wstrzymali się od głosu. Nie udało się wytworzyć odpowiedniej reprezentacji do rozmów z Litwinami, mądrych działań obronnych, choćby w sprawie zwrotu ziemi prawowitym spadkobiercom. Problemem jest i to, że mimo odbudowy naszych wątłych elit, głosów ich przedstawicieli nie słychać. Społeczności polskiej w tej sytuacji grozi więc izolacja, zamknięcie w ramach swoich struktur. Ale to już inny, głębszy temat.



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl