Z Janem Ordyńskim o Danielu Passencie rozmawia Błażej Torański.
Jan Ordyński, do stycznia 2007 r. pracował w "Rzeczpospolitej" oraz współpracował z TVP i Polskim Radio. Przez dwa następne lata najpierw w Fundacji Shalom, a potem w PZU. Do mediów wrócił w 2010 r. Komentator "Przeglądu", współpracownik TVP, Polskiego Radia. Komentuje też w TOK FM. Wspólnie z Henrykiem Szlajferem autor wywiadu - rzeki z Mieczysławem F. Rakowskim "Nie bądźcie moimi sędziami". W środę trafiła do księgarń jego książka „Passa”, wywiad-rzeka z Danielem Passentem.
Tak sobie myślę, że ludzie oddaleni od Boga - a może szczególnie oni - także mają potrzebę spowiedzi. Czy Twój
wywiad-rzeka jest rachunkiem sumienia Daniela Passenta?
Jest na pewno jego spowiedzią życia. Miał taką potrzebę. Ma świadomość, że jego aktywność zawodowa się domyka. Osiągnął w zawodzie wszystko, co można było. Jest jednym z najlepszych polskich dziennikarzy bez względu na to, z której strony się na to patrzy. Przyznano mu niedawno laur najwybitniejszego polskiego felietonisty. Właściwie potrafi w tym zawodzie zrobić wszystko: od napisania najpoważniejszego artykułu, książki po felieton, utwór kabaretowy. Chciał swe życie podsumować, jak robi to wielu pisarzy czy dziennikarzy, ludzi ponadprzeciętnych. Zwłaszcza, jeśli to życie było kręte, pełne przygód, ale i tragicznych momentów. Chciał przedstawić swoją wersję, wytłumaczyć się z niektórych zachowań i publikacji.
W zapowiedzi Twojej książki napisano: „W biografiach wydawanych w Polsce nie było jeszcze tak szczerego rozliczenia”. Do jakich błędów przyznaje się Daniel Passent?
Passent nigdy nie był buldogiem, krewkim dziennikarzem. Jest w mojej ocenie bardzo wycofany, skromny, niepewny swego. Ale równocześnie złośliwy, ironiczny, autoironiczny, prześmiewczy. Przyznaje się do niektórych błędów w czasie stanu wojennego i w latach 80. Uważa, że nie wszystkie teksty by dzisiaj napisał. Jest taki artykuł o próbie powrotu do Polski Seweryna Blumsztajna w połowie lat 80., kiedy wylądował na Okęciu i milicja odprawiła go natychmiast z powrotem do Francji. Passent pytał, dlaczego w ogóle Blumsztajn przyleciał do Polski? Przepraszał go już za to. Tłumaczy się też w książce, dlaczego pozostał w „Polityce” po wprowadzeniu stanu wojennego. Nie odszedł wraz z innymi dziennikarzami. Jego zdaniem alternatywą dla ekipy Jaruzelskiego była albo interwencja radziecka, albo gorsza ekipa polska z Olszowskim, Grabskim. Uważa, że nie było innego wyboru i dlatego pozostał.
Był w PRL reżimowym dziennikarzem, dlatego – twierdzi - decydujących wyborów nie żałuje. Powtórzyłby je.
Do „Polityki” trafił 55 lat temu, kiedy była partyjnym biuletynem. W kolegium redakcji zasiadało kilku członków KC PZPR. To był chyba jego najważniejszy wybór w życiu i trzyma się go do końca. To jest jego terytorium, jego ziemia obiecana. Nigdy nie rozważał odejścia z „Polityki”, choć miał ku temu wiele okazji.
Ale trudnych wyborów moralnych miał o wiele więcej. Radio „Wolna Europa” oceniał jako wrogą rozgłośnię. Poparł nie tylko stan wojenny, ale co gorsze – weryfikację, czyli wyrzucanie dziennikarzy z zawodu, internowania.
Nie znam dokładnie jego zachowania w sprawie weryfikacji. Ale wiem, że w przypadku kilku osób interweniował. Natomiast stan wojenny przyjął na początku z dobrodziejstwem inwentarza.
Dlaczego Twoim zdaniem Passent wzbudza tak silne negatywne emocje, że ludzie obrzucają go wulgaryzmami w stylu - cytuję za jego własną wypowiedzią -„stalinowskie ścierwo”?
Po pierwsze ma wielki talent. Jeśli wypowiada się nieudacznik, to każdy macha ręką i pod nosem komentuje, że ignorant, beztalencie i musiał tak napisać. Passent potrafi się wypowiadać inteligentnie także na tematy najbardziej kontrowersyjne. Do furii doprowadza jego przeciwników politycznych to, że potrafi swoje racje przedstawiać bardzo finezyjnie. Nie sposób przejść obojętnie nad tym, co pisze, bo robi to z dużym talentem. Dlatego ludzie, którzy go nie znoszą, bardziej się tym przejmują.
Dziennikarz „Playboya”, który poszedł do niego przed rokiem po wywiad, pytał go właściwie tylko o jedno: czy był agentem? Pytałeś go o „Johna” i „Daniela”, pseudonimy, pod jakimi – według portalu niezalezna.pl – został zarejestrowany, jako TW po studiach w Leningradzie? Ma to wynikać z dokumentów IPN.
Nie był agentem. W jego teczce nie ma żadnych donosów. Bywał w latach 70. w różnych ambasadach, głównie amerykańskiej, i polski kontrwywiad podpytywał go w kawiarniach, co tam się działo. Ale nie były to żadne donosy personalne. Wiem to także od Mieczysława Rakowskiego, kiedy pisaliśmy ze Szlajferem wywiad-rzekę. Spytałem Rakowskiego o konfidentów w „Polityce”. Wymienił dwa nazwiska. Nie było wśród nich Passenta. A jednak Daniel bardzo przeżył zarzuty, jakie padły w „Misji specjalnej”. Huknięto, że był konfidentem. Nie przytoczono jednak żadnych konkretów ani nie dano mu szans na obronę. Prof. Paweł Machcewicz, dyrektor powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku przejrzał jego teczkę w IPN i mówił, że nie ma tam niczego kompromitującego. Gdyby zresztą było, nie dano by mu spokoju. Dawno by ujawniono!
Passent tak wierzył w socjalizm, że nie musiał nigdzie należeć, nawet do PZPR.
Akceptował system, wierzył, że nie było dla Polski alternatywy, ale nie był jego ślepym wyznawcą, nie podzielał wszystkich praktyk. Był w Związku Młodzieży Polskiej, ale nigdy nie należał do partii.
Nigdy się nie ześwinił?
Popełniał błędy. Kilku tekstów nie powinien był opublikować, ale nigdy nie uczestniczył w nagonce charakterystycznej dla marca 1968 roku. Nikogo też personalnie nie skrzywdził, choć wyśmiewał. Ale drwił także wielokrotnie z władzy. Miał wiele ingerencji cenzury. Był jednym z najczęściej cenzurowanych autorów „Polityki”.
W nieautoryzowanym wywiadzie dla „Press” powiedział: „Uchodzę za krętacza, oportunistę, lawiranta”. Należy to odczytywać a rebours?
W 1995 roku rozmawiałem z nim w telewizji z okazji wydania 2-tysięcznego numeru „Polityki” i uznania go przez czytelników za najpopularniejszego autora tygodnika. Zapytałem, dlaczego nie wyjechał na stałe za granicę, tylko wolał funkcjonować w tym systemie. Odpowiedział: „Proszę pana, jak ktoś się w czasie okupacji przechowywał w szafie, to nie jest odważnym człowiekiem”. Co na to można odpowiedzieć?
Jak w filmie Jana Jakuba Kolskiego „Daleko od okna” według opowiadania Hanny Krall.
W „Polityce” jest jeszcze dwóch takich autorów. Marian Turski, który przeszedł łódzkie getto, Auschwitz i Sachsenhausen i Roman Frister, który nie był tylko w getcie. Czy takich ludzi, jeśli nie popełniali świństw, mamy prawo oceniać?
Czym najbardziej zaskoczył Cię Daniel Passent?
Szczerością swoich wypowiedzi na temat związku z Agnieszką Osiecką. Porzuciła go w Stanach Zjednoczonych z czteroletnią córką Agatą. Wstała od stołu i wyjechała do Polski. Mówili o nim w Bostonie der jüdische Vater (żydowski ojciec). Passent z podziwu i miłości do Agnieszki Osieckiej cały czas nosi ten trudny związek w sobie. Strasznie to przeżył i swą szczerością mnie rozbroił.
