Z Łukaszem Cieślą o postawie dziennikarzy podczas konferencji prasowej płk. Mikołaja Przybyły i etyce dziennikarskiej rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.

 

 

Łukasz Cieśla (lat 29). Absolwent UAM w Poznaniu. Od 2003 roku dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”. Zajmuje się polityką oraz tematyką dotyczącą przestępczości, prokuratury oraz wojska.

 

 

 

Był Pan jedną z pierwszych osób, które znalazły się przy rannym prokuratorze…

…dokładnie to byłem jedną z kolejnych osób, które weszły do gabinetu prokuratora, ale rzeczywiście jako pierwszy do niego podszedłem.

Nie ukrywam, że właśnie reakcja dziennikarzy w tej niecodziennej sytuacji mnie interesuje. Nie wszedł Pan pierwszy, ale jako pierwszy podszedł, by udzielić pomocy. To co robili inni?

Może ja pierwszy go zauważyłem? Podkreślam też, że nie o wszystkich można powiedzieć, że się źle zachowali. Mój kolega redakcyjny Damian Grzesiński pomógł mi przy rannym, a Danka Woźnicka z Radia Zet dzwoniła na pogotowie. Mówiła, że są kłopoty z numerem 112. Kolega z Tok FM wybiegł na korytarz po pomoc. Z drugiej strony odniosłem takie wrażenie, że patrzę komuś w oczy i mówię: „Nie kręć tego, pomóż mi” i oczekiwałem, że ktoś mi pomoże odwrócić leżącego prokuratora, a te osoby były wyłącznie skupione na filmowaniu. Być może byli w szoku i to spowodowało taką reakcję? Takie słyszę teraz pytania od dziennikarzy. Ja w szoku nie byłem, może jednak za mało stanowczo prosiłem konkretne osoby o pomoc. Moje wrażenie było takie, że w początkowych chwilach próbując udzielić pomocy, byłem sam, a inni stali, filmowali, gdzieś dzwonili. Jednak szybko inni dziennikarze zaczęli wzywać pomocy oraz innych prokuratorów.

Potem oczywiście stacje telewizyjne zwróciły się do Pana jako najbliższego, naocznego świadka o wypowiedź.

Miałem dylemat. Nie chciałem, by wglądało, że robię z siebie bohatera czy też staram się odciąć kupony od tragedii prokuratora. Na początku nawet komuś odmówiłem. Ostatecznie, ponieważ inni zaczęli to przed kamerami opisywać, więc i ja postanowiłem opowiedzieć o swoich odczuciach. Postawiłem jednak warunek, by moja wypowiedź była w całości zacytowana, żeby pozostał fragment o różnych zachowaniach dziennikarzy. Nie wiem czy moją prośbę koledzy spełnili, nie śledziłem potem każdej stacji telewizyjnej. Do Pana też mam prośbę, by Pan zapisał, że operator ma prawo chwycić za kamerę i nagrywać tragiczne wydarzenia. To jego praca. Ale może i powinien wcześniej poprosić kolegę z ekipy, który nie trzyma kamery, by udzielił pomocy. Tego mi zabrakło w zachowaniach niektórych osób.

W kilka godzin później, wieczorem już było po szoku, a niektóre programy informacyjne pokazały zapis filmowy z gabinetu po tragedii. Jedni zamazali postać pułkownika, inni nie. Co Pan sądzi o decyzji różnych redakcji?

Trudno mi powiedzieć. Właściwie widok człowieka we krwi nie powinien być pokazywany. Jednak pamiętajmy, że telewizje często pokazują na przykład krwawe ofiary wojen domowych. Nikt nie zamazuje obrazu. Tyle, że te wojny są daleko, a ich ofiary bezimienne i to nikogo nie boli. Jak zginął w Iraku Waldemar Milewicz, to jego redakcyjni koledzy oburzali się, że jedna z gazet zamieściła jego pośmiertne zdjęcie. Jest w naszej postawie w takich sprawach sporo hipokryzji. Więc z jednej strony jak telewizja pokazuje te bezimienne ofiary, to co dziwnego, że pokazuje i ten przypadek? Ale osobiście mam olbrzymie wątpliwości czy koniecznie trzeba pokazać postrzelonego prokuratora w kałuży krwi, by materiał był dobry.

 A co Pan sądzi o tym, że część ekip telewizyjnych wychodząc na przerwę w konferencji zostawiała włączone kamery. To tak jakby Pan zostawił włączony dyktafon?

Wiem, że to jest źle odbierane, ale często kamery są włączane przed, czy pozostają włączone nawet po konferencjach prasowych. To mnie jakoś nie gryzie, mimo że ta przerwa była czymś niecodziennym. Prokurator sam jednak mówił, żeby zostawić swoje rzeczy, że za chwilę będzie odpowiadał na pytania.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl