Z Barbarą Gruszką-Zych o zapachu maciejki, o nie mieszaniu warsztatu poetyckiego z dziennikarskim, o wrażliwości czytelników „Gościa Niedzielnego” i o koniecznej pokorze, rozmawia Błażej Torański.
Barbara Gruszka-Zych jest dziennikarką „Gościa Niedzielnego” i pisze wiersze. Wydała kilkanaście tomów poezji, dwa zbiory
reportaży i wspomnienie o Czesławie Miłoszu „Mój Poeta”. Jej wiersze tłumaczone były na litewski, białoruski, ukraiński, rosyjski, czeski, węgierski, angielski, włoski i arabski. Dwujęzyczny polsko-litewski tomik wierszy miłosnych „Śpię z tobą pod skórą” ukazał się na Litwie w Kownie, a polsko-rosyjski - „Dzban pełen ognia” w Rosji w Petersburgu. W dziennikarstwie najbardziej ceni reportaże i wywiady. Została uhonorowana m. in. nagrodami: 2005 - nagroda “Polskie Pióro” za reportaże o Polakach żyjących na Wschodzie, 2009 - II nagroda w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za reportaż o palaczu zwłok w Auschwitz-Birkenau „Co widziały moje oczy”, 2010 - Nagroda „Ubi Caritas” przyznawana przez Caritas Polska w kategorii „Współpraca z Caritas” za reportaże propagujące dzieła miłości bliźniego, 2011 - III nagroda w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za wywiad z Wojciechem Kilarem „Jestem jak Koncert fortepianowy”.
Basiu, jak pachnie maciejka?
Zdecydowanie za krótko.
Za krótko? Pamiętam jej zapach z Twojego tekstu sprzed 30 lat! Czy opisywanie zapachów i smaków w dziennikarstwie zdominowanym obecnie przez szybką informację ma sens?
Okazuje się, że ma, bo są czytelnicy, którzy na to czekają. Wydaje się, że dziennikarstwo jest sztuką, która trwa krótko. Np. w tygodniku reportaże żyją tylko tydzień. Zebrane w książce wydłużają swoje życie. Ale odbiór dziennikarstwa podawanego czytelnikom w ograniczanych czasem periodykach - zakładających czytanie na gorąco - w okresie tygodnia czy kwartału, trwa za krótko. Jak zapach maciejki. Dlatego pozornie reportaż jest gatunkiem doraźnym, ulotnym. Jak zapachy, barwy, smaki.
Pozornie. A jak jest w istocie?
Zwykle z piszącym zostają jego bohaterowie. Nasze teksty nie raz jakoś zmieniają ich, ale i nasze życie. Dziewczynka z pogotowia opiekuńczego po moim reportażu znalazła rodzinę adopcyjną. Po tekście o wspólnocie bezdomnych „Betlejem” w Jaworznie znalazło się kilku czytelników, którzy, jak wiem, nadal pomagają mieszkającym w wyremontowanej, dawnej szkole z ks. Mirkiem Toszą. Jakaś dziewczyna napisała mi, że wstępuje do zakonu po przeczytaniu cyklu moich reportaży z Bratem Albertem w tle. Za tydzień na 50. urodziny zaprasza mnie pani, o której zmarłym synku – Oskarze, pisałam w zeszłym roku. Czasem spotkanie dziennikarskie jest początkiem znajomości, a nawet przyjaźni. Tak się przyjaźnię z muzyczną rodziną Anny i Mariana Kudełków, która ma 20 gitar w domu, panią Haliną, cierpiącą po odejściu córeczki, pracownikami i wolontariuszami hospicjum „Cordis”, uczestnikami motocyklowego Rajdu Katyńskiego. Widzę, że zamienia się to w litanię…
Ważne są więc nadal - mimo dominacji newsa - metafory i porównania?
Tak, ale trzeba zachowywać przynależne dziennikarstwu proporcje. Na co dzień piszę wierszyki i cały czas pilnuję się, aby nie przenosić do dziennikarstwa warsztatu poetyckiego. Dziennikarstwo powinno być jak najbardziej oszczędne, dlatego metafor lub porównań używam wyjątkowo. Tylko wtedy, kiedy chcę zwrócić na coś szczególną uwagę. Innymi prawami rządzi się wiersz czy powieść, a innymi tekst dziennikarski. Ten ostatni przekazuje prawdę o człowieku w danym momencie, w konkretnym miejscu i czasie. Wymaga więc prostoty słowa i wierności wypowiedziom bohaterów. To oni tworzą tekst swoim nieprzekłamanym przez dziennikarza językiem.
Ryszard Kapuściński zbierając materiały dziennikarskie ani nie notował, ani nie nagrywał. Notujesz? Nagrywasz?
Kapuściński na kanwie reportażu tworzył literaturę piękną. Sama się nią zachwycam, przeczytałam jego książki od deski do deski. Ale podstawą dziennikarstwa jakie uprawiam są wiernie zanotowane czy nagrane rozmowy z ludźmi! Nie mam prawa ingerować w język, głos, emocje rozmówcy. Muszę je wiernie zapisywać, żeby w ten sposób dotrzeć prawdy o moim bohaterze, którą chce przedstawić. Przez to spisywanie wypowiedzi pozornie tracę czas, ale jednocześnie zyskuję niezastąpioną wartość, jaką jest prawda tkwiąca w ich niemożliwym do podrobienia języku. Godzinami przepisuję wypowiedzi bohaterów, nieważne, czy jest to Krzysztof Zanussi, Conrado Moreno czy wiejska gospodyni. Jestem przekonana, że język najlepiej wyraża bohaterów reportażu. Opisuję ludzi poprzez ich wypowiedzi. Oczywiście selekcjonuję je i układam według własnej dramaturgii, ale każdy ich niuans jest istotny, odkrywa jakąś prawdę. Na tym buduję tekst.
Jesteś poetką, autorką dziesięciu książek poetyckich, dwóch zbiorów reportaży, wspomnienia o Czesławie Miłoszu. Chociaż wiersze nazywasz skromnie wierszykami, tworzysz literaturę. Ryszard Kapuściński też pisał „Lapidaria”. Jak sobie radzisz z oddzielaniem poezji od dziennikarstwa?
Spieszczenie - „wierszyki” zapożyczyłam od mojej przyjaciółki Ewy Lipskiej, wybitnej polskiej poetki. Kilka lat temu po długiej rozmowie przy butelce wina spytałam ją, dlaczego tak właśnie mówi o swoich wierszach. Powiedziała, że określa je tak pieszczotliwie, bo wierszyk to poduszeczka, do której można się przytulić po okropnościach świata. Nie naśladuję „Lapidariów”, nie ma sensu podrabianie kogokolwiek. Po swojemu, pozwalając sobie na jakieś poetyckie kawałki, piszę n p. opowieści z podróży. Tyle już napisano o Paryżu, Rzymie. Uznałam, że jedynym sposobem na przedstawienie tych miast „na nowo” będzie mój krótki notatnik poetycki, ale i reportażowy, w którym zwracam uwagę na dla mnie istotne szczegóły, a nawet wplatam fragmenty wierszyków.
Niemal ćwierć wieku pracujesz w „Gościu Niedzielnym”. Czy czytelnik katolicki jest bardziej uduchowiony, wrażliwy? Masz porównanie?
Mam, bo drukowałam w „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, w „Zwierciadle” i wielu pismach literackich. Przez wielu moich kolegów z tzw. tytułów świeckich „Gość” był postrzegany jako tygodnik kościelny, a nawet niszowy, choć od lat jest jednym z najbardziej czytanych pism w Polsce. Kiedy n p. jeździłam pisać korespondencje z festiwali filmowych do Karlowych Warów lub Gdyni żartowali, że pewnie jestem siostrą skrytką (zakonnicą noszącą strój świecki) , więc chyba z nimi nie pójdę do knajpy. Sugerowali, że pracując w piśmie katolickim jestem jakoś odcięta od życia. To było takie naznaczenie, rodzaj stygmatyzacji. Między innymi dlatego postanowiłam zmierzyć się z rynkiem i sprawdzić się w innych pismach. Kiedy stwierdziłam, że wszędzie mnie drukują, uspokoiłam się i wróciłam do swojego, jak chcą - niszowego tygodnika, sprzedawanego w ilości ponad 140 tys. egzemplarzy. Czytelnicy „Gościa” patrzą nam na ręce. Bywa, że jak adiustatorzy czepiają się każdego słowa. Na przykład zarzucają mi, że nie tytułuję w swoich tekstach Boga - Panem Bogiem, że to lekceważące (śmiech). Ale jest coś, co wyróżnia „Gościa Niedzielnego” i za to go lubię. Otóż mój świętej pamięci szef, ksiądz redaktor Stanisław Tkocz powtarzał, że to tygodnik dobrych wiadomości. Na początku wydawało nam się to trochę śmiesznie. Z czasem dotarło do mnie, że na rynku zawalonym sensacją, dramatem - często rozdmuchiwanym na siłę, zmieniającymi się jak w kalejdoskopie wiadomościami politycznymi, robienie wywiadów i reportaży, które niosą dobre wiadomości - ma sens. Po prostu lepiej się żyje, czytając o ludziach, którzy mimo ciężkich doświadczeń wychodzą na prostą i nadal potrafią widzieć sens i radość życia.
Nie sądzisz, że dziennikarstwo powinno być pozbawione pychy, próżności? Że ten zawód wymaga wielkiej pokory?
Zapatrzenie w siebie, egocentryzm, chęć do spędzania wielu godzin ze sobą samym – to domena poetów. Dziennikarstwo zmusza do dużej pokory, polega na słuchaniu drugiego i oddawaniu choćby odrobiny prawdy o nim. Dlatego dobry dziennikarz nie może zbyt zajmować się sobą, ale musi patrzeć na swojego bohatera.
