Z Antonim Styrczulą o fascynacji Indiami rozmawia Błażej Torański.

Antoni Styrczula, rocznik 1956, ukończył studia na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie. Przez 16 lat był dziennikarzem. W miesięczniku „Życie Chrześcijańskie w Polsce”, w „Radiu Solidarność”,  w warszawskim oddziale „Radia Wolna Europa”, kierował Informacyjną Agencją Radiową.  Przez dwa lata był rzecznikiem prasowym Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Powrócił do dziennikarstwa na stanowisko redaktora naczelnego „Home&Market”, a następnie prezesa „Radia dla Ciebie”. Był szefem Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych. Ma własną firmę PR i prowadzi zajęcia z komunikacji społecznej na kilku uczelniach.

Lecisz po raz dziewiąty (sic) do Indii. Czym Cię fascynują? Że są niecywilizowane, pierwotne, nieświadome?

To jest kraj olbrzymich kontrastów. Z jednej strony mamy Dolinę Krzemową w Bangalore, w niczym nie gorszą od tej w USA, niesłychany rozwój przemysłu, zwłaszcza w sektorze najnowocześniejszych technologii, nieprawdopodobny wzrost liczby ludności, dosięgający już niemal Chin. Z drugiej - biedę, jakiej Europejczyk już nie znajdzie na swoim kontynencie: życie bez wody czy prądu. Kontrast wyraża się nawet w tym, że żebrak na ulicy ma telefon komórkowy.

Żebrzący przed Dworcem PKP we Wrocławiu też mają. Do Indii nie warto przystawiać wzorców europejskich.

To prawda, masz rację. Nie warto przystawiać norm z uwagi na to, że w Indiach cywilizacja jest całkowicie inna. Powiem trochę złośliwie, że kiedy rozkwitały tam potężne, bogate cywilizacje,  Europejczycy przesiadywali na drzewach i w jaskiniach. W Indiach jest największa demokracja na świecie, ale odmienna od naszej, liberalnej. Jest to kraj bardzo przyjaznych i otwartych ludzi. Przebogata kuchnia. Rozmaitość smaków, zapachów, produktów. Fascynująca kultura. Aranżowane małżeństwa. Wydawałoby się, że XXI wiek powinien je wyplenić, ale nadal są akceptowane przez młodych Hindusów, kobiety i mężczyzn. Podział na kasty, oficjalnie zniesiony, nadal występuje. Nietykalni, nazywani przez Gandhiego dziećmi Boga, są wciąż dyskryminowani. Aczkolwiek to też powoli się zmienia.

Ale co Cię pierwotnie zainteresowało: kontestacja końca lat 60.? Pielgrzymki poetów, pisarzy, pieśniarzy, twórców teatru?

Najbardziej frapuje mnie, inspiruje i stale tam ciągnie cywilizacja przesiąknięta duchowością, którą widać na każdym kroku. Codzienna pobożność Hindusów. Relacje między różnymi grupami wyznaniowymi. Pomijam kosmopolityczne miasta, myślę o wsi. Zresztą Indie to przede wszystkim wieś, a dopiero później aglomeracje, jak Mumbai czy Kalkuta. Najbardziej lubię stany, w których jest wielu chrześcijan: Keralę, Karnatakę, całe Wybrzeże Malabarskie oraz Orissę, gdzie w swoim czasie prześladowano chrześcijan, w tym katolików.

I pewnie Goa, byłą kolonię portugalską?

I Goa. Ale przede wszystkim interesuje mnie życie przeciętnego Hindusa. Dlatego rozmawiam z nimi na ulicach, w jadłodajniach, w zwykłych pociągach. Tłukę się po bezdrożach. Przyglądam się nie tylko przepięknym zabytkom, jakie oferuje się turystom – od Agry po Radżastan – ale i temu, jak żyje współczesny Hindus z różnych warstw, kast społecznych. Jak się bawi, spędza wolny czas, jak się uczy, czego pragnie. Wtapiam się w miejsca, które emanują typową dla Indii duchowością.

W Indiach jest niezliczona ilość bogów i festiwali. Który zrobił na Tobie największe wrażenie?

Diwali, święto światła. Z lampkami oliwnymi, symbolizującymi zwycięstwo światła nad ciemnością, dobra nad złem. Każdy region ma własny festiwal. Gdybyśmy je chcieli wszystkie objechać, sił by zabrakło. Hindusi lubią się bawić, szukają tylko pretekstu. Fantastyczne są orkiestry ślubne, które paradują po ulicach wraz z orszakami weselnymi. Tam ciągle coś się dzieje. Podział między sferą duchową i świecką mniej jest zarysowany niż w Europie. Ale coraz częściej pod wpływem popkultury Zachodu świętują też Walentynki czy św. Mikołaja, co podoba się tamtejszej młodzieży. Żałuję, że nie udało mi się być jeszcze na Święcie Dzbana - Kumbh Mela – największym święcie religijnym w Indiach, które odbywa się raz na 12 lat i gromadzi miliony ludzi. Najbardziej święte miejsca nie spełniają jednak do końca moich oczekiwań, gdyż wiele robi się pod turystów, komercjalizując religię. W świątyni dżinijskiej w Ranakpurze miałem okazję uzyskać błogosławieństwo – osobny cennik był dla pielgrzymów hinduskich i dla zachodnich turystów (śmiech). Ale merkantylizacja pielgrzymek czy pobożności jest nadal mniejsza niż na Jasnej Górze. Dlatego często omijam główne szlaki turystyczne, pomieszkuję na peryferiach miast, aby zobaczyć, jak żyją. Hotele w Agrze, niedaleko Taj Mahal, to enklawy, inny świat. Obok pięknych budynków, zaprojektowanych  często przez najlepszych architektów świata, walają się tony śmieci, roznosi się smród. Te kontrasty Indii – luksus hoteli i brud na ulicach -jednych mogą zrażać, drugich fascynować i zachęcać do kolejnych powrotów.

Indiom trzeba ulec, dać się unieść na fali czasu. A czas ma tam postać kulistą, zgodnie z teorią reinkarnacji.

Trzeba się poddać i dlatego nie warto jechać na krótko, lecz zagospodarować co najmniej miesiąc. Odległości są tam olbrzymie, a stan dróg woła o pomstę do nieba. Średnia  prędkość 30 km na godzinę. Każdy jeździ, jak chce, brawurowo, każdy trąbi na każdego. Nieprawdopodobnie wiele jest wypadków, także ze skutkiem śmiertelnym. Aby wiele zwiedzić, trzeba mieć czas. Oczywiście są też świetne połączenia lotnicze czy pociągi, spadek po Brytyjczykach. W przypadku tych ostatnich bywa jednak, że kilku osobom sprzedano miejscówkę na to samo miejsce.

Nie sądzisz, że tylko nieliczni - jak Krzysztof Mroziewicz - rozumieją Indie? Wielu dziennikarzy pisze o tym kraju głupstwa. Jakby za Herodotem, który donosił, że Indusi to barbarzyńcy i sikają czarną spermą.

Rzeczywiście dziennikarze często mają wiedzę „wygooglowaną”, jak nazywam. Piszą o Indiach stereotypowo, z jednej strony o Bangalore, satelitach, autach Tata, reaktorach jądrowych, broni atomowej, z drugiej o slumsach w Mumbai i Matce Teresie z Kalkuty. Nic bardziej błędnego. Indie są bardziej złożone.

Zbierasz materiały na książkę?

Od 10 lat gromadzę dokumentację z podróży po Azji.  Nie chcę jednak, aby to była książka podróżnicza, jakich wiele. Będzie to zapis reporterski miejsc, ale bez nastawienia się na to, co warto zwiedzać i co ile kosztuje. Raczej wydarzenia i miejsca zatrzymane w kadrze, pokazujące mój punkt widzenia na to, co zobaczyłem, usłyszałem, co mnie spotkało, kogo poznałem. Być może ktoś odnajdzie w tym również siebie. Dla mnie  ideałem nie jest Kapuściński, tylko Tiziano Terzani, nieżyjący już włoski reporter, dziennikarz, korespondent  Spiegla w Azji. Autor wspaniałych książek o Indiach.

Kapuściński czuł się pokonany przez Indie. W „Podróżach z Herodotem”, skądinąd świetnej książce, Indii niemal nie ma.

To prawda. Z polskich autorów najlepiej zrozumiał i opisał złożoność Indii Krzysiek Mroziewicz. Widać to już w jego książkach z czasów, kiedy był korespondentem w Indiach. Trzeba się pozbyć, jak on, stereotypów, zagłębić się i próbować zrozumieć tych ludzi i sprawy, które dla nas są skomplikowane. Często burzą naszą wiedzę, system pojęć o tym kraju. Ale na tym też polega odkrywanie rzeczywistości, gdy stykamy się z czymś tak odmiennym.

 


Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl