Ze Zbigniewem Bartusiem laureatem Honorowego Wyróżnienia SDP za dziennikarstwo śledcze o niebywaniu, dochodzeniu do prawdy i dziennikarskiej satysfakcji rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.
Zbigniew Bartuś - absolwent politologii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim, dziennikarz i publicysta “Dziennika Polskiego” od 1992 roku, obecnie szef działu reportażu. Kilkadziesiąt nagród dziennikarskich, m.in. SDP, NBP (Nagroda Grabskiego – 4 razy z rzędu, w tym Nagroda Główna), Nagroda im. Kwiatkowskiego (Publicysta Ekonomiczny Roku), Nagroda Dziennikarzy Małopolski za publicystykę. Współzałożyciel i past prezydent Rotary Club Oświęcim. Członek Zarządu Fundacji Pamięci Ofiar Obozu Zagłady Auschwitz-Birkenau.
Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że w Krakowie, jak się to mówi “na mieście”, koledzy po fachu żartują, że jak jest konkurs dziennikarski to na pewno wygra go Bartuś?
…? Szczerze mówiąc nic o tym nie wiem. Nie obracam się w krakowskim światku dziennikarskim. Jestem tak pochłonięty zbieraniem materiałów do własnych tekstów i czytaniem cudzych, że nie mam czasu “bywać”.
Żeby była jasność to życzliwy żart, ale prawdą jest, że jesteś kolekcjonerem dziennikarskich nagród.
Podobno... [śmiech]. Mieszkam w małym, choć znanym miasteczku, jakim jest Oświęcim, pracuję wprawdzie w nieco większym Krakowie, ale i on leży z dala od centralnych mediów, głównych ośrodków władzy i opinii. Wszyscy chyba dziennikarze prasy regionalnej wiedzą, jak trudno się w takiej sytuacji przebić ze swoimi tekstami do szerszej publiczności oraz zaistnieć w ogólnopolskich konkursach. To, że moja praca jest dostrzegana w dalekiej Warszawie, jest z jednej strony miłe, a z drugiej – i to jest chyba najważniejsze – dzięki temu sprawy i historie, które opisuję, mają większe szanse na szczęśliwe zakończenie. Specjalnie nie zabiegam o nagrody, moje teksty zgłaszają często do konkursów życzliwe mi osoby, głównie wierni czytelnicy. I rzeczywiście uzbierałem kilkanaście nagród lub wyróżnień SDP oraz kilkadziesiąt innych od różnych gremiów i organizacji. Bardzo cenię sobie główną nagrodę im. Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych. To wielka satysfakcja, bo to nagroda środowiskowa premiująca “czarną robotę”, a z tego chciałbym słynąć. Ponieważ nie bywam na salonach – chyba, że akurat kogoś stamtąd ścigam [śmiech], nie znam osobiście jurorów w najważniejszych konkursach. Widzę ich przeważnie dopiero na wręczeniu nagród. Mogę zatem wierzyć, że otrzymuję wyróżnienia za materiały napisane zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej.
Tegoroczne wyróżnienie dla Ciebie ma ładne uzasadnienie: “za konsekwentne wieloletnie dążenie do prawdy”.
To powinno być credo każdego dziennikarza. Należę do idealistów, choć niektórzy pukają się w czoło, bo przecież nie jestem młodzieniaszkiem, w "Dzienniku Polskim" pracuję od czasu studiów, czyli od 20 lat. Niektórzy by powiedzieli, że w takim czasie człowiek wyzbywa się złudzeń, a idealizmu to już na pewno. Jestem jednak w o tyle szczęśliwej sytuacji, że mój niepoprawny idealizm połączony z wiarą w sens misji dziennikarskiej ma silne – materialne – podstawy. Po prostu wiele tekstów, które napisałem “dążąc do prawdy” - coś załatwiło, zmieniło. Zgłaszający się do mnie ludzie mówią często, że jestem ich ostatnią deską ratunku, bo np. w ich sprawach zapadły już prawomocne wyroki sądowe i nie ma nadziei, koniec. A jednak dociekanie prawdy i jej ujawnianie na łamach potrafi pomóc w ultrabeznadziejnej sytuacji. Uruchomić działanie właściwych instytucji, gdy trzeba – doprowadzić do zmiany złych przepisów, bo i takie bywają efekty mojego pisania. Chodzi zatem nie tylko o dążenie do prawdy, ale i o to, by zmieniało ono świat na lepsze. Wiem, że brzmi to staroświecko, ale ja w to wierzę. Mam w dodatku, tak po ludzku, dziką satysfakcję, że mogłem komuś pomóc.
Wyróżnienie dostałeś za dwa teksty w spokrewnionych sprawach. Pierwszy jest o brutalnym łamaniu praw pracowniczych w dużej korporacji, która o ironio otrzymała certyfikaty “Solidna firma” i “Solidny pracodawca”. Skąd wziąłeś temat?
Czytelnicy mówią mi, że krąży po Krakowie fama – i jestem z tego dumny – że “jak się już nic nie da zrobić, to się idzie do Bartusia i pyta, czy by się jednak nie dało czegoś zrobić, a ten nawet jak uzna, że się nie da - to i tak próbuje”. Kiedy widzę ewidentną ludzką krzywdę, próbuję poruszyć sumienia decydentów, zwrócić uwagę polityków, prokuratury, sądów. Jak każdy dziennikarz. Wspomniana fama dotarła do ludzi zmagających się od lat z ową “solidną” korporacją. Nie byli oni nawet wcześniej czytelnikami "Dziennika Polskiego", część z nich mieszka w innych regionach Polski, gdzie Dziennik się nie ukazuje. Zadzwonili do mnie i opowiedzieli bardzo smutną – i mocną historię. Sprawa wydawała się jednak nie do załatwienia. Beznadziejna po prostu.
Jednak się tym zająłeś. Dlaczego?
Bo chciałem pomóc, a poza tym miałem możliwość zająć się nietypowym dziennikarstwem śledczym. Zazwyczaj polega ono na tym, że dziennikarz tropi niecne sprawki władzy publicznej. A tu trzeba było rozpracować dużą międzynarodową korporację. Znaleźć wiarygodnych świadków i nakłonić ich do relacji, z których nie wycofają się w wypadku ewentualnego procesu sądowego. Potwierdzić ustalenia w kilku źródłach, zgromadzić dokumenty itd. Słowem: użyć wszystkich narzędzi stosowanych przy tropieniu nadużyć władzy. To oczywiste. Żyjemy dziś nie tylko w gąszczu przepisów stworzonych przez władzę publiczną, ale i w gąszczu zasad ustalonych przez korporacje. Władza korporacji bywa dla szarego człowieka bardziej dokuczliwa niż władza instytucji publicznych. Tak było tutaj.
A propos władzy korporacji. Słyszałem, że owa korporacja, którą przedstawiłeś w niekorzystnym świetle, starała się nie dopuścić do ukazania się tekstu.
Redakcja już jest przyzwyczajona, że jak przygotowuję materiał, to pojawia się próba cenzury prewencyjnej. Jakaś znana kancelaria działająca na zlecenie opisywanego podmiotu lub osoby, np. biznesmena czy polityka, przysyła nam ostrzegawcze pismo, że jak wydrukujemy cokolwiek to nas zniszczą. Tak było i tym razem. Specjalnie się nie przejęliśmy, ale oczywiście jeszcze raz sprawdziliśmy, czy wszystko się zgadza i tekst poszedł. Po tym oczywiście dostaliśmy kolejne pismo – z żądaniem usunięcia tekstu ze stron internetowych, gdyż “narusza on dobra osobiste mocodawcy”. Reakcja miała zapewne związek z tym, że publikacja wywołała ożywioną dyskusję w środowiskach korporacyjnych. Opisane zostało coś, o czym do tej pory jedynie szeptano. Można powiedzieć, że próbowano nas przestraszyć głośnymi nazwiskami prawniczymi. Dziennik oparł się naciskom i bezpodstawnym żądaniom, niezgodnym z prawem prasowym. Tu chwała Piotrowi Legutce, który wtedy był naczelnym, a mnie zawsze wspierał w takich sytuacjach. Jak się ma naczelnego, który ci ufa i jest gotów iść wraz z tobą na “wojnę o ideały” przeciwko wielkim tego świata, pracuje się o wiele łatwiej. Opisane przez nas ofiary korporacji też w pewnym momencie uznały, że walczą nie tylko o swoje prawa, ale i fundamentalne zasady. A właściwie - zmianę patologicznych zasad działania korporacji. W tej korporacji nie można było chorować. Nigdy. Cudownie zdrowiejesz, albo wynocha z firmy. Zasada ta dotyczyła nawet najwierniejszych menedżerów, oddanych korporacji 365 dni w roku, 24 godziny na dobę. Mających przed chorobą świetne wyniki. Postanowiliśmy pomóc pracownikom w walce z tym zjawiskiem.
Z jakim efektem?
Chyba dobrym. Opisałem bezprawne działania człowieka, który w tej korporacji zajmował się zwalnianiem ludzi i ten człowiek stracił stanowisko. Udało nam się to, z czym przez kilka lat nie poradziło sobie grono prawników, wysokich pracowników państwowych instytucji, czy sędziów.
Ale czy korporacja zmieniła swoje obyczaje?
Z sygnałów, które potem napływały z tej firmy wynikało, że zmienił się nie tylko wspomniany człowiek. Zmieniły się przede wszystkim korporacyjne obyczaje. Podobne zmiany spowodował drugi tekst. Opisałem w nim, jak pracowniczka znanej i szanującej się kancelarii, zatrudniającej najlepszych prawników od prawa pracy, pomagała pani Monice, jednej z ofiar korporacji, a potem ją nagle porzuciła. Czemu? Bo korporacja stała się nagle ważnym klientem owej szanującej się kancelarii. Doszło do tego, że prawniczka z owej kancelarii wystąpiła w sądzie przeciwko Monice. Opisałem wszystkie fakty i oddałem głos środowisku prawników. Okazało się, że podobne sytuacje nie są niczym nadzwyczajnym – choć na kilometr pachnie to, a raczej śmierdzi, konfliktem interesów. Udało mi się pokazać, że choć w tej konkretnej sytuacji de jure wszystko było w porządku, to de facto zasady etyki zostały złamane. Kancelaria zmieniła swoje postępowanie. Mam też wrażenie, że dyskusja po tym tekście w środowisku radców prawnych doprowadziła do wypracowania nowych, wyższych standardów postępowania. W realu, a nie tylko – w deklaracjach.
autor fot. Marek Palczewski
