Z Jackiem Żakowskim o zmianach w polskich mediach po 1989 roku oraz o obywatelskim projekcie ustawy medialnej rozmawia Paweł Luty.
Jacek Żakowski (ur. 1957) – dziennikarz, działacz opozycji demokratycznej, rzecznik Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, współzałożyciel „Gazety Wyborcze”, autor programów telewizyjnych, obecnie publicysta „Polityki”.
P. L.: Jaka jest rola dziennikarza w promowaniu demokracji?
J. Ż.: To trudne pytanie. Sam fakt, że dziennikarz może pracować jest oznaką istnienia demokracji. W każdym systemie są oficerowie doktryn politycznych, propagandyści czy spiskowcy. Natomiast dziennikarz jest figurą ze świata demokratycznego. Jest to człowiek, który stanowi korytarz komunikacyjny między władzą a społeczeństwem oraz między różnymi grupami społecznymi. Istnienie mediów tworzonych przez dziennikarzy jest warunkiem koniecznym dla funkcjonowania demokratycznego państwa. Jeśli dziennikarze znikają i zastępują ich specjaliści od marketingu, rozrywki, sensacji czy lobbyści pisujący artykuły to demokracja znika wraz z nimi. Należy podkreślić, że nie każdy kto pracuje w gazecie, radiu czy portalu jest dziennikarzem. Dziennikarstwo jest bardzo szczególnym rodzajem aktywności w mediach.
Jak powstawały wolne media w Polsce na początku lat 90.?
Okres pionierski jest bardzo romantyczny, jest pełen uniesień i lęków, niepewności, ale i wytężonej pracy. Wtedy nikt z nas nie wiedział jak wolne media funkcjonują, wszyscy dopiero tego się uczyliśmy. Co prawda część z nas pracowała wcześniej w prasie podziemnej, a część w reżimowych mediach, lecz to, co nastąpiło po 1989 stanowiło zupełnie nową jakość. Uczyliśmy się czym tak naprawdę jest dziennikarstwo. Z mieszanki dawnych opozycjonistów i dawnych piewców systemu powstawały pluralistyczne media w demokratycznym państwie. Nie obyło się bez różnych kłopotów. Często natrafialiśmy na barierę naszej niekompetencji i braku doświadczenia, lecz z czasem nauczyliśmy się jak mamy pracować w nowych warunkach. Trudniej było przezwyciężyć bariery wynikające z kultury politycznej i politycznych afiliacji. Wszyscy wiedzieli, że „Trybuna” to ludzie związani kiedyś z partią a „Gazeta Wyborcza” to opozycjoniści. Między poszczególnymi redakcjami trwała zacięta ideologiczna rywalizacja. To były media walczące. Choć z czasem i te podziały osłabły, myślę jednak, że nie zniknęły całkowicie. Młodzi przejęli pewne nawyki od starych. Znam wielu dziennikarzy, którzy mówią, że o pewnych ludziach nic nie napiszą, a o pewnych osobach będą pisali wyłącznie dobrze lub tylko nieprzychylnie. Obawiam się, że pierwszy punkt Karty Etyki Mediów mówiący o tym, że podstawowym zadaniem dziennikarza jest służenie odbiorcom nie był i nie jest w pełni wcielany w życie. Cały czas patrzy się na różnorakie afiliacje, a nie na treść tego co ludzie mówią.
Łatwiej jest być dziennikarzem dzisiaj czy łatwiej było 20 lat temu?
Myślę, że dziś jest mimo wszystko dużo trudniej. Wtedy było jasne czy ktoś opowiada się po dobrej czy po złej stronie. Wybory były klarowne. Dzisiaj jest to o wiele trudniejsze, strony się pomieszały. Weźmy na przykład rząd Donalda Tuska. Jak relacjonować jego działania? Z jednej strony, jako obywatel, jestem zadowolony z tego, że mamy rząd Tuska a nie rząd Kaczyńskiego. Z drugiej strony, dostrzegam, że Kaczyński jako premier miał parę słusznych idei, które realizował jak umiał, a z kolei Tuska ma kilka złych pomysłów. W związku z tym, należy zawsze pamiętać, że oceniamy konkretne działania, a nie rząd jako taki, który przecież jest jakimś abstrakcyjnym tworem. Bardzo trudno jest emocjonalnie oderwać się od ogólnego stosunku do szefa tego rządu, ministrów go tworzących czy popierających go formacji politycznych i oceniać wyłącznie projekty, które przedstawiają. Kolejnym problemem jest też to na ile my wierzymy w realność tych projektów. Nie chcę się wypowiadać za innych kolegów, lecz dla mnie jest to duży problem, ponieważ widzę, że ten rząd ma równie fantastyczne pomysły co zupełnie katastrofalne.
W piątkowej (7.01.2011) „Rzeczpospolitej” opublikowano fragment rozmowy z Panem, w której mówi Pan, że „odpuszcza” sobie walkę o uchwalenie obywatelskiego projektu ustawy medialnej. Dlaczego?
To nie jest kwestia „odpuszczania sobie” tylko pewnego realizmu. Tak jak kiedyś powiedział prof. Belka, nie będę się kopał z koniem. Wolę zaczekać aż koń zmęczy się wierzganiem i wtedy zaproponować mu jakąś lepszą zabawę. Złożyliśmy bardzo dobry projekt, do którego trudno się przyczepić. Owszem jest on nowatorski, lecz z pewnością korzystny dla mediów. Natomiast politycy uznali, że spróbują działać według starego schematu. Sądzę jednak, że większość z nich rozumie, że jest to katastrofa i niedługo zaczną szukać nowych rozwiązań. Dlatego też nasze pomysły musza zaczekać. Długoletnia obserwacja życia politycznego nauczyła mnie, że jeśli nie ma odpowiedniego nastroju to nawet najlepszy projekt nie ma szans powodzenia. Przed katastrofą smoleńską nastrój był dobry i mieliśmy widoki na to, że uda nam się zrealizować nasz projekt, lecz po tym tragicznym wydarzeniu zmienił się on całkowicie. Teraz następuje moment refleksji i sądzę, że niedługo nastrój znów będzie dla nas korzystny. Ja tymczasem zajmuje się innymi rzeczami.
A kiedy koń zmęczy się wierzganiem?
Jak dla mnie pierwsze oznaki zmęczenia już są, lecz obawiam się, że dopiero parlament następnej kadencji uchwali nową ustawę. Kampania wyborcza, moim zdaniem, ostatecznie pokaże, że obecny system to katastrofa i po wyborach posłowie poszukają nowego rozwiązania. Według mnie partie polityczne uświadomią sobie, że nie mogą już dłużej rządzić mediami publicznymi bez żadnych konsekwencji.
