Z Arturem Domosławskim o trudach i zagrożeniach w pracy reportera rozmawia Paweł Luty.
Artur Domosławski (ur. 1967), reporter „Gazety Wyborczej”, laureat nagrody Grand Press 2010, autor książki „Kapuściński non-fiction”.
W 2010 roku zginęło 105 dziennikarzy. Życie tracili głównie reporterzy relacjonujący wydarzenia mające miejsce w Iraku, Meksyku, Pakistanie i Hondurasie. Dlaczego Pana zdaniem w wymienionych krajach zginęło najwięcej dziennikarzy?
W Iraku wciąż toczy się wojna domowa, czasem z większym, czasem z mniejszym nasileniem. W Pakistanie jeszcze niedawno radykalne grupy polityczne atakowały dziennikarzy, dzisiaj ta tendencja się zmienia: reporterzy giną zazwyczaj jako przypadkowe ofiary zamachów samobójczych i jako obserwatorzy walk zbrojnych. A zatem sama „obsługa” wydarzeń jest w tych krajach niebezpieczna.
Trochę innego typu zagrożenia występują w Meksyku i Hondurasie. Tam, dziennikarze są często obiektem ataków, zamachów, skrytobójstw ze strony władzy i grup przestępczych, gdyż naruszają ich potężne interesy, ujawniają przestępstwa i nadużycia.
Dziennikarze w tych krajach stają przed wyzwaniami, z jakimi szczęśliwie my, w Europie, nie musimy się mierzyć. Dziennikarz w Meksyku, który pisze o narkoświecie musi np. kalkulować, jaką informację ujawnić, albo w jakim stopniu - tak, żeby następnego dnia nie przyjechało do jego domu komando płatnych zabójców, żeby jego samochód nie wyleciał w powietrze, albo nie porwano mu żony, męża, dziecka. Proszę sobie wyobrazić, że tam czasem niełatwo jest dziennikarzowi odmówić nawet przyjęcia łapówki od kartelu, bo odmowa może oznaczać wyrok na samego siebie. Odmówić można, ale nie każdy to potrafi, trzeba wiedzieć, w jaki sposób to zrobić tak, żeby niechcący nie wydać na siebie wyroku. To samo dotyczy relacji w siłami bezpieczeństwa państwa, których część to jeszcze jeden gang lub kartel.
Jakie są największe zagrożenia, którym musi sprostać reporter z Europy w Ameryce Południowej?
Największym jest chyba niebezpieczeństwo uproszczeń, ale rozumiem, że nie tego dotyczy pytanie. Uważać trzeba wszędzie – w regionie tak szalonych kontrastów majątkowych nietrudno paść ofiarą pospolitego napadu rabunkowego na ulicy wielkiej metropolii; to prawdziwa plaga sporej części regionu. I na to muszą uważać zarówno dziennikarze, jak i podróżnicy amatorzy.
Sytuacji zawodowych, w których jest niebezpiecznie nie jest aż tak wiele, Ameryka Łacińska to jednak nie jest region wojenny, może uczyniłbym wyjątek dla niektórych miast Meksyku, Ameryki Środkowej, a ostatnio dodałbym do tej listy niebezpiecznych miejsc zalane przez falę przestępczości Caracas.
Są oczywiście obszary mniej i bardziej niebezpieczne; np. w interiorze Brazylii czy Boliwii rządzą prawa rodem z Dzikiego Zachodu. Tam trzeba mieć się na baczności. Podobnie kiedy rozmawia się z ludźmi zajmującymi się w Ameryce Łacińskiej światem narkotyków – czy to dziennikarzami, czy urzędnikami, czy ludźmi ze służb bezpieczeństwa i wymiaru sprawiedliwości – trzeba uważać kogo i o co pytamy. Człowiek, którego pracą jest oficjalnie – jak nam się wydaje - ochrona obywateli, może siedzieć w kieszeni kartelu i pracować dla świata przestępczego. Węszący reporter, choćby i zagraniczny, może się dowiedzieć czegoś, co będzie kłopotliwe - i niebezpieczeństwo gotowe. Dlatego tak ważne jest przygotowanie się, znalezienie zawczasu dobrych, sprawdzonych kontaktów, które zmniejszą zagrożenia w naszej pracy. No ale to jest elementarz. Wiadomo, że rozsądek nie zawsze wystarczy, trzeba mieć też szczęście.
Czy jako reporter znalazł się Pan kiedykolwiek w sytuacji, w której Pana życie było zagrożone?
Tego nigdy się do końca nie wie. Poruszanie się po ulicach Ciudad Juarez, uważanym dziś za najniebezpieczniejsze miasto świata, gdzie w ostatnich trzech latach w narkotykowej wojnie padło ofiarą ponad 6 tys. ludzi, w tym wielu przypadkowych, bywa ryzykowne, ale bez przesady. Kiedyś szczęśliwie spóźniłem się o minuty na strzelaninę przed moim hotelem w stolicy Gwatemali. Innym razem zwiewałem przed ulicznymi złodziejami w Rio de Janeiro, a jeszcze innym – znajomy adwokat uchronił mnie przed zatrzymaniem w Recife przez policję, która najwyraźniej chciała wyciągnąć ode mnie jakiś haracz. Uczestniczyłem w spotkaniu chłopów bez ziemi w brazylijskim stanie Para. Tych chłopów odstrzeliwują prywatne oddziały paramilitarne wielkich właścicieli ziemskich: odczuwało się niepokój, czy tego typu komando nie uczyni sobie ze zlotu chłopów tarczy strzelniczej (spotkanie miało miejsce na obrzeżach dżungli, z dala od miasta). Jak na tyle lat jeżdżenia, mogę więc powiedzieć, że nie wydarzyło się nic wstrząsająco niebezpiecznego, miałem masę szczęścia. Nikt nigdy nie przystawiał mi pistoletu do głowy i mam nadzieję, że nigdy mnie nic takiego nie spotka.
Który z polskich reporterów według Pana podczas swej pracy zachowywał się najbardziej brawurowo, ryzykownie? Ryszard Kapuściński, Wojciech Jagielski, Waldemar Milewicz?
Nie umiem odpowiedzieć. Z tego, co wiem każdy z nich bywał w sytuacjach ryzykownych, a nieraz bardzo czy wręcz śmiertelnie niebezpiecznych. Waldemarowi Milewiczowi zabrakło szczęścia niezbędnego, gdy wykonuje się taką pracę.
Jakich rad mógłby Pan udzielić reporterom wybierającym się do Ameryki Południowej?
Zdjąć „okulary” przemądrzałego człowieka Zachodu. I patrzeć.
