Z Jerzym Jureckim, właścicielem i dziennikarzem „Tygodnika Podhalańskiego” o senatorze PiS, procesach i sukcesie wydawniczym, rozmawia Błażej Torański.
Józef Jerzy Jurecki, czytelnikom znany jako Jurek Jurecki, jest współtwórcą, wydawcą i dziennikarzem "Tygodnika Podhalańskiego", jedynego pisma lokalnego, które jednocześnie ukazuje się w Zakopanem, Nowym Targu, Chicago i Toronto. Absolwent Wydziału Organizacji i Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, stypendysta Fundacji German Marshall Fund, laureat wielu nagród dziennikarskich.
W finale konkursu Stowarzyszenia Gazet Lokalnych „Local Press 2010” tekst Jerzego Jureckiego „Sekret senatora Skorupy” zwyciężył w kategorii dziennikarstwo śledcze i interwencyjne, a „Tygodnik Podhalański” - dzięki największej liczbie nominacji - wybrany został Gazetą Lokalną Roku.
„Sekret senatora Skorupy” powstał po tym, jak Jerzy Jurecki wyposażył w urządzenie nagrywające biznesmena Macieja Króla, sąsiada senatora PiS Tadeusza Skorupy. Z zapisu taśmy wynika, że polityk zamierzał postawić wiatrak na działce, którą Król użytkował i chciał kupić w przetargu. Gdyby na to przystał, senator Skorupa obiecywał, że jego żona wycofa się z przetargu na tę działkę. Biznesmen się jednak nie zgodził, więc żona polityka skutecznie podbiła cenę w przetargu…
Ma pan wielu wrogów na Podhalu?
Nie sądzę, bo gazeta jest lubiana. Każdy wie, że robimy swoje. Ale oczywiście mamy też wrogów, głównie negatywnych bohaterów naszych publikacji i ich najbliższe otoczenie. Mówiąc żartobliwie: większości tym, którzy mają coś na sumieniu i chcieliby to ukryć przed światem zewnętrznym, gazeta nie w smak. Ale, dzięki Bogu, „Tygodnik Podhalański” trzyma się już od ponad 21 lat.
Nigdy nie oberwał pan ciupagą czy kłonicą?
Jestem dosyć wysoki, duży, i przemoc góralska w ostatecznej kalkulacji zostaje na mój widok opanowana. Powiem szczerze, że w mojej wieloletniej historii wykonywania zawodu dziennikarza dwa albo trzy razy wydawało się, że ktoś mi zaraz przyłoży w łeb, ale szczęśliwie się uchroniłem. Jestem zwolennikiem spokojnej perswazji i udawało mi się przekonać agresora, że lepiej spierać się na argumenty.
Zna pan wszystkie sekrety senatora PiS, Tadeusza Skorupy?
(śmiech) To dobre pytanie. Na pewno wszystkich jego sekretów nie znam, poza tym, który zbulwersował mieszkańców Podczerwonego. Senator próbował ich wprowadzić w błąd, mówiąc, że działka, o którą jego żona staje w przetargu, jest potrzebna szkole. Wysłał nawet do mieszkańców Podczerwonego swoich pracowników, żeby pod taką petycją zbierali podpisy, a tak naprawdę chodziło mu o to, aby tą działką kupczyć. Chciał, aby człowiek, który ją będzie kupował, oddał mu kawałek ziemi pod wiatrak. Ten sekret udało nam się ujawnić.
Cała Polska usłyszała, jak senator RP pyta "Coś ty k***a oc**piał?”, albo mówi "Cofnij temat, niech ch*j on kupuje”. Ten język niczym się nie różni od znanych ze stenogramów rozmów uwikłanych w aferę hazardową polityków PO „Mira” czy „ Zbycha” …
- Bo przynależność polityczna nie ma tu żadnego znaczenia. W każdej opcji politycznej są „takie Miry, Zbychy” oraz „takie Skorupy”. Tacy, którzy rozumieją, co to znaczy być parlamentarzystą i tacy, którzy tego nie rozumieją.
A czy można tak kogoś podsłuchiwać, nagrywać prywatną rozmowę i potem ją publikować?
Jeśli to jest w interesie społecznym i dzięki temu dowiemy się, jaki jest faktycznie nasz senator, człowiek, którego obdarzyliśmy zaufaniem i który zapowiada, że ponownie wystartuje w wyborach, który powinien nas godnie reprezentować i dbać o nasze interesy, to jak najbardziej tak. W interesie społecznym było, abyśmy usłyszeli, jakie są prawdziwe intencje senatora i jak on naprawdę myśli. Część tego nagrania dotyczy jego pracy w Senacie i jego warunków życia.
Powiedział, jak wynika z nagrania, że zarabia w Senacie „psie pieniądze”, które wystarczą tylko na paliwo i garnitur.
To jest z punktu widzenia społecznego wielce pouczający materiał. Ale będę się teraz zmagał w sądach, bo pan senator podał nas równocześnie do dwóch sądów - cywilnego i karnego – z powództwa prywatnego, słynnego art. 212, mówiącego o pomówieniu.
Prokuratura umorzyła jednak śledztwo, nie wykryła czynu zabronionego. Czy „Tygodnik Podhalański” ma wiele procesów?
Średnio mieliśmy dwa procesy rocznie. Od trzech lat trochę nam się tego nagromadziło. Obecnie mam około dziewięciu procesów, toczących się równocześnie, ale wynika to z faktu, że sąd w Nowym Sączu, któremu podlegamy, zaczął nas ostatnio surowiej karać. Poziom niektórych sędziów jest żenujący, nasz adwokat z Krakowa się załamuje, ale nie możemy z tym nic zrobić. Nie mamy żadnej możliwości obrony. A to się podoba tym, którzy zawsze mieli ochotę nam przyłożyć. Idą do sądu z nadzieją, że dostaniemy łupnia, a przy okazji oni zarobią. Im wyższe kary zapadają przeciwko gazetom lokalnym, tym większa zachęta dla ludzi, którzy widzą w tym swój interes.
Z czego wynika sukces wydawniczy „Tygodnika Podhalańskiego”?
Piszemy o sprawach i ludziach, którzy tu żyją, o tym, co ich cieszy, a co martwi. Jesteśmy z nimi na co dzień. Ludzie postrzegają nas, jako gazetę niezależną od władzy i to jest kolejny powód. Ale najwięcej egzemplarzy sprzedajemy w sezonie, zwłaszcza zimą, bo jesteśmy miasteczkiem turystycznym. Nakład zwiększamy przed świętami, przed wyborami, feriami i wakacjami. Chcemy, aby coś do poczytania mieli nie tylko mieszkańcy Podhala, ale i turyści.
