Z Janem Pospieszalskim o powinnościach dziennikarza, obiektywizmie i służbie społecznej rozmawia Marek Palczewski.

Jan Pospieszalski (ur. 1955) muzyk, aranżer i kompozytor, publicysta, gospodarz programów w telewizji i radiu. Żonaty, ma dwoje dzieci. Od 2001 pracował w TV Puls, gdzie prowadził „ Studio Otwarte”. Od 2004 w TVP jest gospodarzem programu publicystycznego „Warto Rozmawiać”. Ostatni odcinek ma się ukazać w lutym bieżącego roku. W 2010 roku nagrał wraz z Ewą Stankiewicz film p.t. „Solidarni 2010”, który wywołał zróżnicowane reakcje. Rada Etyki Mediów (niejednogłośnie) uznała, że naruszył w nim zasady obiektywizmu, szacunku i tolerancji.

 

 

Czym jest dla Pana dziennikarstwo? Opisywaniem świata, interpretacją, walką, a może poszukiwaniem prawdy?

Wszystkim po trochu. Jestem kontrabasistą, muzykantem. Moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła się dosyć późno i nietypowo. Na początku byłem prezenterem telewizyjnym. Dopiero później zacząłem robić bardziej wymagające autorskie tematy i programy. Nawet nie wiem, w którym momencie okazało się, że ludzie mówią o mnie: dziennikarz. To było dosyć kłopotliwe, bo wcześniej tak siebie nie postrzegałem, postrzegałem siebie jako showmana, człowieka estrady.

Nigdy nie pracowałem w newsach. Nie miałem takich aspiracji, to jest ciężka praca. Wiem na czym polega, bo sam robię felietony, wywiady, materiały filmowe do naszych programów. Wcielam się w rolę reportera, „odpytywacza”, czy takiego dziennikarza, który relacjonuje rzeczywistość. Moją rolą jest oczywiście prowadzenie programu, który jest widowiskiem publicystycznym.

Kilka miesięcy temu tygodnik „Newsweek” zaprezentował pański portret na okładce i nazwał Pana „trybunem ludu”. Czy nie przekracza Pan czasami granicy pomiędzy byciem dziennikarzem a rzecznikiem interesu pewnych grup, takim właśnie „trybunem ludu”?

W momencie kiedy doświadczamy jakiegoś bardzo ważnego problemu, jak to było po katastrofie smoleńskiej, to nie jestem w stanie odciąć swojej empatii, poglądów, zrezygnować z mojej wrażliwości i tożsamości. Kiedy w filmie „Solidarni 2010” i w programach zaraz po katastrofie smoleńskiej dopuściłem do głosu ludzi którzy gromadzili się na Krakowskim Przedmieściu, ludzi, którzy mówili wprost o patriotyzmie i ogromnej stracie, kiedy pozwoliliśmy im aby z głębi swojego emocjonalnego stanu by wykrzyczeli do kamery słowa o odpowiedzialności politycznej za to, co się stało, którzy chcieli rozliczać polityków za nagonkę na Św.P. Prezydenta– umożliwienie tym ludziom ekspresji nie wykraczało poza granice dziennikarstwa. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem takie opisanie fenomenu zgromadzenia pod Pałacem Prezydencki w dniach żałoby narodowej było dziennikarstwem służebnym. Trzeba było mieć pokorę ale i odwagę, żeby ten strumień świadectw ludzkich zarejestrować i wywalczyć, by zostały wyemitowane. To było trochę tak, jak w filmie „Robotnicy 80”. Ten film dlatego jest tak niesamowity, bo pokazał coś, co do tej pory było ukryte, nieobecne. Pewien rodzaj ruchu społecznego. To było opisanie nieopisywanego dotychczas świata i to od środka. Staliśmy z tymi ludźmi wiele dni przez wiele godzin. Przeżywalismy to samo. W związku z tym, być może, jak na przyjęte w u nas tzw. standardy, nasza narracja okazała się za bardzo „od środka”, co nie znaczy, że była mniej autentyczna. To była sytuacja ekstremalna w sensie ludzkim, państwowym, społecznym i narodowym, i pokazanie jej w taki sposób, w jaki uczyniliśmy to z Ewą - moim zdaniem - nie przekracza kategorii opisu świata. Udało sie nam ten świat tak zarejestrować i pokazać. Na pewno myśmy go nie kreowali.

Po tym filmie zarzucano Panu stronniczość, jednostronność, mówiono, że jest Pan dziennikarzem nieobiektywnym. Jak to właściwie jest z pańskim obiektywizmem? Widziałem dwa programy, zaraz po katastrofie smoleńskiej, do których zaprosił Pan ludzi, którzy mieli takie same (lub podobne) poglądy jak pańskie. W pierwszym wystąpili Andrzej Gwiazda i profesor Zdzisław Krasnodębski, a w drugim Rafał Ziemkiewicz, Janusz Śniadek, Witold Waszczykowski, Rafał Ziemkiewicz i Tomasz Żukowski. Nie było drugiej strony. Czym to było spowodowane?

To może ja powiem coś na odwrót: to ta druga strona właśnie u nas była. To może właśnie dlatego, że wszędzie gdzie spojrzymy jest ciągle i wyłącznie ta sama, jedna strona nadreprezentowana. Może właśnie przyszedł wreszcie ten moment, żeby ci którzy do tej pory byli pomijani, albo nieobecni, albo niedopuszczani do mediów, pojawiali się w nich częściej?

To pierwsza sprawa. Druga sprawa to taka, że chciałbym sprostować, ze profesor Krasnodębski i Andrzej Gwiazda mają takie same poglądy jak ja. To raczej moje widzenie świata bierze się być może z obserwacji ścieżki dokonań życiowych Andrzeja Gwiazdy i rozpoznawanie rzeczywistości m.in. poprzez publicystykę profesora Zdzisława Krasnodębskiego.

Powróćmy do sprawy katastrofy. Jest ona doświadczeniem szczególnym - w naszej historii najnowszej, absolutnie wyjątkowym. Zaprosiliśmy Andrzeja Gwiazdę, który wspominał Annę Walentynowicz i profesora Krasnodębskiego, który na wieść o tragedii przyjeżdża z zagranicy. Bardzo mi zależało by właśnie takich gości mieć w studiu. Natomiast, pytanie, czy program tv zawsze musi być miejscem konfrontacji? Trzy dni po katastrofie, kiedy na miejscu trwa jeszcze zbieranie szczątków? Czy wtedy należało rozpoczynać spór polityczny? Czy należało wówczas to wydarzenie opisywać w kategoriach walki PiS z Platformą? Byłoby to spłycenie całej rzeczywistości. Sprowadzanie jej do sporu partyjnego, do konfrontacji, w której obecność drugiej strony uważa się za absolutny wymóg. W obliczu tego co się wydarzyło od wymogu takiej konfrontacji się uchylam , i świadomie z niej jako redakcja zrezygnowaliśmy.

Przyznaje się Pan, ze nie jest dziennikarzem obiektywnym i mówi o sobie, że jest stronniczy. Rozumiem zatem, ze według pana dziennikarz nie powinien być neutralny. Czy zgodzi się Pan z takim określeniem, że bardziej Panu „po drodze” z PiS niż z Platformą?

Wcale nie uważam że dziennikarz powinien być stronniczy! Uważam że powinno być miejsce dla publicystyki realizowanej przez osobowości o wyrazistych poglądach. A moje poglądy kształtowały się w czasie, kiedy Jarosław Kaczyński nie myślał o założeniu partii. Jestem dojrzałym już chłopczykiem, mam swoje lata i wcale swoich poglądów nie czerpię z programów konkretnych partii politycznych. W momencie kiedy występuję jako zwolennik lustracji, przeciwnik ustawy dopuszczającej aborcję na życzenie i człowiek, który świadomie krytykuje liderów politycznych środowisk homoseksualnych za ich walkę o specjalne przywileje w społeczeństwie, itd., to ja prezentuję zestaw poglądów, które wcale nie mają barw partyjnych, bo podejrzewam, że osoby z podobnymi poglądami znajdę również w PSL i PO , np. Antoniego Mężydło, Elżbietę Radziszewską Lidię Staroń, Andrzeja Czumę. To nie jest definicja partyjna. Istnieją oczywiście sytuacje, w których partie zajmują swoje stanowiska, na przykład w sprawie polityki zagranicznej - stosunku do Federacji Rosyjskiej. I wiadomo, że Platforma będzie miała inną linię niż Prawo i Sprawiedliwość. Rzeczywiście, w tym przypadku, mój pogląd będzie bardziej tożsamy z wachlarzem pomysłów, które reprezentuje środowisko Św.P. Lecha Kaczyńskiego, czy Jarosława Kaczyńskiego. To wcale nie znaczy, że ze wszystkimi rzeczami było mi z PiS po drodze. Na przykład proszę sobie przypomnieć nasze spory z Kluzik –Rostkowską choćby w kwestii tzw przemocy w rodzinie. To był bardzo ostry spór ideologiczny i bliżej mi było wtedy do Jarosława Gowina niż do Kluzik-Rostkowskiej gdy była jedną z liderek PiS

Czy Pana odejście z telewizji jest już przesądzone, czy może są jakieś sugestie, ze jeżeli zmieni Pan wizję swojego programu, to pozostanie w TVP?

Sprawa ramówki marcowej wydaje się przesądzona. Nie ma tam programu „Warto Rozmawiać”. Natomiast obserwuję ciekawe zjawisko - być może z powodu dużego zainteresowania mediów programem i moją osobą, z powodu listów protestacyjnych, którymi zarzucana jest Telewizja, czyli wskutek tej presji społecznej, pojawiły się sygnały ze strony osób zbliżonych do zarządu TVP: „przyjdź, porozmawiamy, wymyślmy może nową formułę, być może sprawa nie jest przesądzona, może potrzebna jest korekta ramówki”…

Urządzacie manifestacje w obronie wyrzuconych dziennikarzy. Dlaczego i po co?

Nie my urządzamy. Urządzają stowarzyszenia, które wystąpiły nie tylko w mojej obronie, ale w obronie wielu dziennikarzy. Bo problem nie polega na tym, że Janek Pospieszalski i program „Warto Rozmawiać” ze swoją redakcją ma zniknąć z ramówki telewizyjnej. Problemem jest to, że duża grupa dziennikarzy zostaje usunięta z telewizji tylko ze względu na swoje poglądy – Anita Gargas, Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Joanna Lichocka, Jacek Karnowski Paweł Nowacki, a z Radia publicznego Tomasz Sakiewicz, Katarzyna Hejke, wcześniej Krzysztof Skowroński itd. Cała grupa zostaje usunięta tylko dlatego, że ma niewłaściwe poglądy. Wcale nie chodzi o to że wszystkie programy muszą być dożywotnio w telewizji, albo są takie super, że nie wolno wobec nich formułować krytycznych ocen. Chodzi o to, że jeżeli dzieje się to w ciągu kilku miesięcy, a eliminacja stosowana jest konsekwentnie wobec ludzi o tego rodzajach poglądach, to ja to odbieram jako akcję polityczną.

A co by Pan zrobił, jak zareagował, gdyby z Telewizji wyrzucono w tej chwili Tomasza Lisa, czy Jacka Żakowskiego?

Jeżeli wyrzucono by Żakowskiego i Lisa być może bym się nie oflagował i nie przykuwał do kaloryfera. Natomiast, jeżeli w ślad za Żakowskim i Lisem, tylko dlatego, że ktoś ma takie poglądy jak oni wyrzucona zostałaby cała grupa dziennikarzy, a praktycznie wszyscy którzy podzielają ich poglądy, wtedy na pewno bym protestował.

Wyobraża Pan sobie życie bez obecności w telewizji?

Wyobrażam sobie, bo przez wiele lat funkcjonowałem bez telewizji. Jestem muzykantem, mam całą masę pomysłów, mogę pisać scenariusze, teksty..... Mam za sobą chyba udane dokonania publicystyczne w prasie, gram na gitarze, kontrabasie, a także coś tam aranżuję, jestem autorem opracowań wielu utworów muzycznych. Tak, że – spokojnie.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl