Z Krzysztofem Skowrońskim o szkołach dziennikarskich, Akademii Radia Wnet i obiektywizmie rozmawia Marek Palczewski.
Krzysztof Konrad Skowroński (ur. 1965), dziennikarz telewizyjny, radiowy i prasowy.
Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę dziennikarską rozpoczął od Radia Zet (1990 r.), gdzie m.in. prowadził audycje „Gość Radia ZET” i „Śniadanie z Radiem ZET”. W latach 2001-2002 prowadził w Programie III Polskiego Radia „Salon polityczny Trójki”. W latach 2006-2009 był dyrektorem programowym „Trójki”. Pracował również w TVP („Gość Jedynki”), Telewizji Puls („Rozmowa Dnia”) oraz w Polsacie („Wywiad Skowrońskiego”, „Biały kot czy czarny pies”).
W roku 2007 został laureatem nagrody im. Dariusza Fikusa. W 2009 roku wraz z Grzegorzem Wasowskim założył Radio Wnet. Jest współautorem (wraz z T. Lisem i M. Ziomeckim) książki „ABC dziennikarstwa”.
Są dwie szkoły: jedna mówi, że dziennikarz powinien mieć studia dziennikarskie, druga, że nie. Której z nich jest Pan zwolennikiem?
Jestem zwolennikiem drugiej szkoły. Dziennikarz nie musi mieć studiów dziennikarskich. Warsztatu dziennikarskiego nauczy się dość szybko jak trafi do redakcji. Przy odrobinie zdolności będzie wiedział na czym polega nagrywanie, zadawanie pytań, montowanie, pisanie lidów, itd. Nie potrzeba do tego specjalistycznych studiów, natomiast dobrze jest jeżeli dziennikarz skończy w ogóle jakieś studia i posiada wiedzę z jakiejś dziedziny.
A jakie były pańskie początki?
To był rok 1990, kiedy spotkałem Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet. Pamiętam jak Andrzej Woyciechowski pytał kandydatów do radia czy skończyli dziennikarstwo i jak ktoś odpowiadał że tak, to od razu miał u niego minus, bo on wiedział, że taki młody człowiek ma wpojony zespól reguł, który ciężko będzie z niego wyplenić, albowiem był duży rozbrat pomiędzy tym, czego wtedy uczono na studiach dziennikarskich a dziennikarstwem. Ale to się zmieniło po roku 90-tym , choć nie tak znacznie.
Jak ja dzisiaj obserwuję studentów dziennikarstwa, i kiedy z nimi rozmawiam, to się przekonuję, że oni mają powierzchowną znajomość świata. Kiedy się studiuje np. filozofię to trzeba temat zgłębić, a kiedy studiuje się dziennikarstwo, czy nawet nauki polityczne, to wystarczy taka wiedza po wierzchu. Tak, że nie jestem wielkim zwolennikiem szkół dziennikarskich.
Ale sam Pan chce założyć Akademię Radia Wnet. Czy to nie jest jakaś forma szkoły? Czy będzie się zdecydowanie różnić od typowej szkoły dziennikarskiej?
Będzie bardzo się różnić, bo po pierwsze nie ma sal, nie ma stopni, nauka nie jest obowiązkowa i uczniowie będą mieli do niej dystans. „Republikanie” (zbiór osób publikujących w Radiu Wnet – red.) mają własne życie, a nasze radio traktują jak przygodę. Będziemy im dostarczać takiego poglądowego materiału, którego nie znajdą w normalnej szkole. Będziemy chcieli pokazać na rozmaitych przykładach na czym polega dziennikarstwo, to znaczy w jaki sposób powinien dziennikarz postępować, żeby odpowiedzieć innym na zadane sobie pytania; weźmiemy na przykład do analizy jakąś sprawę, może jakąś ustawę i zadamy proste pytania dlaczego taką ustawę wprowadzono, kto ją przygotował, jak, itd. Mam intuicję, że to może być ciekawe.
Chcę namówić do współpracy kilka znanych osób, niekoniecznie dziennikarzy. Na przykład zaprosiłem do akademii prof. Wolniewicza, filozofa i historyka i już odbyło się siedem wykładów pokazujących różne sposoby myślenia.
Przeczytałem na nowej stronie portalu radiownet.pl, że 31 marca zajęcia w Akademii poprowadzi prof. Jadwiga Staniszkis. Czy to dobry pomysł, żeby dziennikarstwa uczyły osoby znane ze swoich jednoznacznych politycznych sympatii?
One nie uczą dziennikarstwa. Pokazują jakiś sposób postrzegania świata i przekazują wiedzę o tym świecie. Można się zgadzać z ich poglądami, lub nie, ale to nie jest nauka dziennikarstwa. Profesor Wolniewicz uczy myślenia, a prof. Staniszkis analizy procesów społecznych i politycznych. Pani Jadwiga Staniszkis nie będzie miała wykładu, a udzieli pierwszego wywiadu, który będzie przykładem w akademii radia wnet.
A propos sposobu przekazywania wiedzy i informacji o świecie. Dużo się mówi wśród dziennikarzy o obiektywizmie. Czy dziennikarz może, i czy powinien być obiektywny?
To zależy na jakim poziomie będziemy rozważać ten problem. Na poziomie filozoficznym powiemy, że podmiot uczestniczy w poznaniu. Ale dziennikarz nie powinien być stronniczy i nie powinien przeprowadzać selekcji faktów w ten sposób, żeby udowodnić jakąś tezę, bo takie postepowanie jest stronnicze. Natomiast samo stawianie tezy i wybranie dziedziny zainteresowań , to już jest jakimś rodzajem subiektywnego wyboru.
A Pan będzie uczył obiektywnego dziennikarstwa?
Ja będę pokazywał w jaki sposób można zbliżyć się do obiektywizmu, pozostając na poziomie prostych pytań i faktów. Dziennikarstwo jest takim ciułaniem faktów, nizaniem korali z faktów. Na koniec można pokusić się o interpretację, bądź dodać komentarz, ale to dopiero na koniec, a nie na początek. Nie powinniśmy na podstawie strzępków informacji mówić, że coś jest dobre, albo złe, albo komentować, kiedy nie mamy dostatecznej wiedzy. A tak się, niestety, bardzo często dzieje.
Pan od 20 lat pracuje w mediach. Przed czym będzie Pan przestrzegał młodych ludzi wstępujących do zawodu, a do czego ich zachęcał?
Najbardziej niebezpieczne w zawodzie dla młodego dziennikarza jest tempo oraz to, że sam nie decyduje czym ma się zająć, tylko w redakcji jest „przerzucany” z tematu na temat. To jest wygodne dla jego szefów, ale ja będę zachęcał tych młodych ludzi do tego, żeby budowali swój własny świat dociekań dziennikarskich i na tej nodze starali się stanąć.
Dwa lata temu prasa dużo pisała na temat pańskiego odejścia z Trójki. Zarzucano Panu, że, cytuję: „podpisywał własne honoraria autorskie” i w czasie, kiedy był Pan dyrektorem programowym „wypłacano honoraria za fikcyjna pracę”. Jak Pan dzisiaj ustosunkowuje się do tamtych zarzutów?
To jest sprawa, która zakończyła się tym, że radio oficjalnie mnie przeprosiło. To był rodzaj takiej politycznej nagonki.
Wróciłby Pan do trójki?
Już po tym zaproponowano mi, żebym po raz drugi został dyrektorem , ale nie zgodziłem się, bo prowadzę Radio Wnet. Ponadto już wiem czym się może kończyć przygoda w mediach publicznych; tak naprawdę trzeba znaleźć jakiś twardy powód, żeby kogoś odwołać.
W mediach publicznych zachodzi korelacja między koniecznością prędkiej reakcji a bezwładnością machiny, i człowiek, który chce tworzyć dobre radio czy telewizję w mediach publicznych musi ryzykować rozwiązania, które są na granicy tolerancji ładu korporacyjnego. Czasami coś się odbywa zgodnie z duchem prawa, ale w kolizji z jego literą, czy przecinkiem. I wtedy trudno uniknąć błędu.
Media publiczne mają przyszłość w Polsce?
Media publiczne są konieczne, nie zmieniłem zdania na ten temat. One mają wielki potencjał, chociaż coraz mniejszą siłę. Dziś wchodzą w rzeczywistość cyfrową i nie wiem jak sobie z tym poradzą, bo rośnie na tym polu konkurencja, również konkurencja w Internecie, i to w sumie może doprowadzić do anihilacji mediów publicznych. Na razie to im jeszcze nie grozi, media publiczne mają jeszcze kilka lat, by odbudować swoją renomę, szczególnie w dziedzinie informacji i kultury. W tych dziedzinach powinny pokazywać klasę i robić takie programy, których z wiadomych powodów nie będą robić media prywatne.
