Z prof. Edmundem Wnukiem-Lipińskim o granicach, których dziennikarzowi nie wolno przekroczyć, rozmawia Wiesław Łuka
Prof. dr hab. Edmund Wnuk-Lipiński – socjolog, rektor Collegium Civitas, założyciel i pierwszy dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor m.in. książek „Socjologia życia publicznego”, głośnej trylogii „Apostezjon”, „Granice wolności. Pamiętnik polskiej transformacji”
Znany dziennikarz w popularnym programie telewizyjnym znanej stacji użył nieznanego jak dotąd wyrażenia: następuje scynicznienie polityki. Pytam: czy równolegle następuje scynicznienie mediów ?
Najkrótsza odpowiedź jest twierdząca. Ale cóż to znaczy scynicznienie? Zacznijmy jednak od polityki – ona zawsze miała podkład cynizmu. Rządzący, albo ci, którzy chcieli rządzić, od wieków realizowali swoje interesy zasłaniając się hasłami, które pospólstwo chciało usłyszeć. Pierwszym, który zdarł tę zasłonę obłudy był włoski dyplomata i pisarz renesansowy, Machiavelli. Jak wiadomo, doradzał on stosowanie wszystkich metod w celu utrzymania władzy, albo w walce o nią – w tym podstępu, obłudy, kłamstwa, okrucieństwa - w myśl zasady „cel uświęca środki”. Rozprawa Machiavellego pt. Książę jest teraz często cytowana, choć powstała wiele wieków temu. A kilka tysięcy lat temu nieznany autor na egipskich papirusach rozdzierał szaty nad zachowaniami młodzieży; że ona gwałci wszelkie normy dobrego zachowania. Okazuje się zatem, że od wieków ludzie przejawiają tendencje do zbyt krytycznego oceniania obserwowanych zmian w naszym życiu, do uderzania w tony kasandryczne. Wiązałbym to bardzo trywialnie z naturalnym zjawiskiem biologicznym – z naszym starzeniem się.
Czyli co – młodzież nie dostrzega tego scynicznieniea?
Nie dostrzega. Głównie dlatego, że nie ma skali porównawczej, nie wie z własnego, przeżytego doświadczenia, jak było przedtem. Wie co nieco z opowiadań lub lektury, a to nie jest to samo.
No, a scynicznienie dziennikarstwa ?
Wiele zależy od tego, jaką przyjmiemy miarę. Jeśli dzisiejsze dziennikarstwo porównamy do tego z czasów PRL, to oceniam je jako bardzo ideowe, właśnie niescyniczniałe. Natomiast tamto dziennikarstwo było czymś niesłychanym - kto wtedy chciał napisać prawdę o rzeczywistych problemach politycznych, społecznych, nawet obyczajowych, nie mógł…
Dziennikarstwo było echem totalitarnej władzy…
…a nie zwierciadłem życia…Zatem powtórzę: dzisiejsze dziennikarstwo generalnie nie jest scyniczniałe…choć w pewnym sensie jest mniej ideowe od tego z lat pierwszej Solidarności i pierwszych, wolnych wyborów prezydenckich III Rzeczpospolitej. Wówczas w dużo większej cenie były wartości etyczne niż interesy polityczne. Dziś dość często jest odwrotnie, więc czasami możemy użyć neologizmu scynicznienie. Ale to nic nadzwyczajnego, to nieuchronne. Przecież rolą dziennikarzy powinno być m.in. poszukiwanie ukrytych, ciemnych interesów władzy. I tę rolę media spełniają; raz lepiej, raz gorzej. Prawdziwy problem pojawia się tam, gdzie dziennikarz zaczyna realizować swoje prywatne interesy pod płaszczykiem interesu publicznego.
Jakie są przykłady?
Powiedzmy - jakaś redakcja chodzi na pasku jakiejś partii. Ta partia podsuwa redakcji swoimi nieoficjalnymi kanałami pewne informacje, czyli dokonuje przecieku. Dziennikarz je upublicznia głosząc, że pierwszy, własnym kanałem dotarł do ważnych materiałów. Ukrywa fakt pisania na zmówienie polityczne i w dodatku bierze za to pieniądze; to jest ewidentna patologia. Dziennikarz zamiast być reprezentantem opinii publicznej, staje się reprezentantem możnych, którzy mają dostęp do rzadkich informacji, cennych na rynku medialnym; dziennikarz staje się instrumentem w rękach konkretnej grupy polityków. Jeżeli natomiast on sam dotrze do takiej informacji i ją nagłośni w interesie publicznym, to jest to zgodne z ładem demokratycznego państwa. Dziennikarz pełni rolę watchdoga; patrzy władzy na ręce. Polityk też ma z tego korzyść, bo wolne media, to jakby zapasowy kręgosłup władzy. Oczywiście, bardzo trudno jest zdobyć dowody na to, kiedy mamy do czynienia z pierwszym przypadkiem – czyli publikacją na zamówienie. Słyszy się jednak, że powstają artykuły „po cichu” sponsorowane. Wówczas dziennikarz staje się klientem sponsora politycznego, społecznego, czy biznesowego. Jest jeszcze coś, czego może nie nazwałbym bezpośrednio patologią, ale co z pewnością budzi zastrzeżenia natury etycznej: to jest prezentowanie w pozytywnym świetle tych, którzy później w zamian dają reklamy.
Jakie są granice etyczne, których dziennikarzowi nie wolno przekroczyć?
Nie ma sztywnej granicy, oczywistej dla wszystkich. Na pewno nie wolno dziennikarzowi wkraczać w obszar życia intymnego, jeżeli ono nie ma związku z działalnością publiczną. Jeśli natomiast ten związek widać, uprawnione jest także mówienie o życiu prywatnym. Jednak i w tym przypadku należy postępować nadzwyczaj ostrożnie. To w dużym stopniu zależy od wrażliwości dziennikarza oraz od typu pisma. Jak wiadomo tabloidy wkraczają w te obszary znacznie głębiej. Pewnym testem było to, co jeden z tabloidów zrobił ze słynnymi nagraniami ekscesów z życia jednego z senatorów. Tu z całą pewnością przekroczono wszelkie granice. Tabloid spełnił groźbę szantażystów senatora.
Słychać wszechobecne narzekanie nie tylko na upolitycznienie, ale wręcz upartyjnienie mediów…Czy to nie są głosy wołających na pustyni? Czy nie jest utopią domaganie się odpolitycznienia mediów?
Jest. Staranie partii o wpływy w mediach w każdym demokratycznym systemie, to rzecz normalna; już nie wspominam o systemach niedemokratycznych, gdzie media są trzymane na wyjątkowo krótkim pasku władzy. Problem w tym, jak media reagują na te starania. Jeżeli reagują bardzo pozytywnie, to opinia publiczna odbiera je jako tuby propagandowe danej opcji politycznej, choć one twierdzą, że są mediami obiektywnymi. Najbardziej jaskrawymi tego przykładami są Gazeta Polska i Nasz Dziennik. Wystarczy nawet pobieżna analiza treści ich artykułów, by się przekonać, że one hołdują jednej tylko opcji politycznej. Ją prezentują wyłącznie w pozytywnym świetle, zaś inną opcją w negatywnym, bez względu na to, co ta inna opcja głosi i robi.
W tym przypadku nie należy lamentować z powodu upolitycznienia tych tytułów?
Te redakcje same przyjęły role biuletynów swoich partyjnych i kościelnych mocodawców. Takie medium nie może być traktowane poważnie, jako zwierciadło opinii publicznej, lecz jako przekaz danych z określonego środowiska politycznego. Warto zauważyć, że nie tylko w naszym kraju funkcjonują takie media. Ostatecznie w tym się przejawia pluralizm opinii publicznej - mamy Gazetę Polską, a z drugiej strony tygodnik NIE. Natomiast poważne media nie dają się uwodzić politykom.
Proszę o polskie przykłady.
Ze smutkiem obserwuję to, co się stało z Rzeczpospolitą po pięknym okresie kierowania nią przez Dariusza Fikusa i kilku następnych latach. W tej chwili ten dziennik, mimo, że dopuszcza na swoje łamy inne punkty widzenia – co bym chciał bardzo wyraźnie podkreślić - to jednak cały profil redakcji jest zdecydowany i łatwo czytelny jako głos jednej opcji PiS – począwszy od komentarzy i felietonów, a skończywszy na karykaturach, które są jednostronne i tendencyjne, przeciwko PO. Zaś te gatunki dziennikarskiej wypowiedzi są najlepszym dowodem stronniczości Rzeczpospolitej, ponieważ one wyrażają stanowisko kierownictwa redakcji. Natomiast inny ogólnopolski dziennik Gazeta Wyborcza chciałby być obiektywny, a także nie jest. On też ma jasno sprecyzowane preferencje polityczne i nie tylko polityczne. Jego profil jednak trudno byłoby utożsamiać z jakąś jedną partią. W Gazecie jest wiele pozytywnych artykułów o Platformie, ale jest równie dużo bardzo negatywnych artykułów o tej partii. To jest jej własny profil ideowy, z którym, oczywiście, część opinii publicznej się nie zgadza. Gazeta Wybrocza jest tak niezależna, że właściwie jest zależna tylko od siebie.
Pomówmy o etyce dziennikarskiej – w tym obszarze również wielu publicystów i medioznawców słowo kryzys odmienia przez wszystkie przypadki. Tak jest na przykład w pracy zbiorowej utytułowanych autorów News i dziennikarstwo śledcze wobec wyzwań XXI wieku, gdzie się mówi o wojnie mediów, w której ofiarą padają wszystkie wartości dziennikarskiego kodeksu etycznego.
Paradoks polega na tym, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, po wprowadzeniu stanu wojennego zdecydowana większość nie tylko dziennikarzy wiedziała, co znaczy zachować się etycznie. Kto nie wiedział, lub nie chciał wiedzieć dla osobistych korzyści z wysługiwania się ówczesnej władzy, ten był „przywoływany do porządku” lub napiętnowany. Dziś, w spluralizowanym świcie, ta jednoznaczność aksjologiczna rozmywa się. Wiele środowisk zawodowych nawet wzdraga się przed tworzeniem własnych kodeksów etycznych z obawy, że znajdą się w nich bardzo trywialne stwierdzenia – to raz, a dwa – że nikt tych spisanych wartości nie będzie przestrzegał. Jeśli zaś chodzi o zawód dziennikarza, to najbardziej fundamentalne przesłanie etyczne powinno brzmieć: nie krzywdź innych słowem, które ma rażącą moc, które może zabić. Wszystkie pomówienia, oszczerstwa, insynuacje, potwarze łatwo się rzuca, ale bardzo trudno „odkręca”. Jako prostą receptę warto tu powtórzyć starą, grecką zasadę, którą potem przełożył na imperatyw moralny Emanuel Kant: nie czyń drugiemu tego, co tobie niemiłe.
A jak studenci waszej uczelni reagują na słowa: dziennikarski kodeks moralny? Jak postrzegają i oceniają jego zasady w konfrontacji z rzeczywistością naszych mediów?
Bardzo różnie. My się tu kierujemy łacińską maksymą: gradu diverso, via una – różnym krokiem, ale jedną drogą. Szanując indywidualność każdego studenta i każdego pracownika naukowego, mamy pewną wspólnotę etyczno-moralną. Rozpalonym żelazem wypalamy plagiaty, nieuczciwe zachowania studentów, nie mówiąc już o kadrze naukowej. U nas nawet obrona pracy dyplomowej nie może kończyć się wręczeniem promotorowi wiązanki kwiatów. Kto przypadkowo złamię tę zasadę, słyszy od promotora, by złożył tę wiązankę w miejscu dla niego ważnym. Staramy się ściśle przestrzegać podstawowe normy etyczne. Działa tu nasz sąd koleżeński – z prokuratorem, obrońcą i sędzią i w razie potrzeby rozpatruje zdarzające się przewiny; sankcje są bezwzględnie wprowadzane w życie.
Jak reagujesz na powtarzane coraz częściej w mediach stwierdzenie: etyka jest sprzedajna.
To jest tzw. oksymoron. Tak, jak nie może być „sucha woda”, czy „krwista zieleń”, tak również nie może być „sprzedajna etyka”; jeśli „sprzedajna”, to przestaje być etyką.
Obserwujemy – zwłaszcza w Internecie - przykrywanie hasłem obrony wolności słowa swawolę, czyli przeciwieństwo wolności…Obrońcą wolności słowa we własnym jej rozumieniu chce być także ten młodzieniec, autor gry komputerowej, w której strzela się do prezydenta Rzeczpospolitej lub obrzuca się jego twarz fekaliami…
Robienie z tego pana obrońcy wolności słowa jest jakimś nieporozumieniem. Autorowi owej komputerowej zabawy i jego obrońcom zadaję retoryczne pytanie: czy chcieliby, aby w tej grze znalazły się ich twarze, zamiast twarzy prezydenta?
