Z Andrzejem Poczobutem o poczuciu wolności i prasie opozycyjnej na Białorusi rozmawia Kajus Augustyniak

Andrzej Poczobut, ur. 16 kwietnia 1973, dziennikarz, publicysta i bloger, działacz mniejszości polskiej na Białorusi. Absolwent Wydziału Prawa Grodzieńskiego Uniwersytetu Państwowego. W latach 1999–2001 był wykładowcą prawa w Grodzieńskim Państwowym Koledżu Politechnicznym oraz w technikum prawa i biznesu. Następnie jako dziennikarz pracował m.in. w grodzieńskich gazetach „Pahonia”, „Dień”, „Miestnoje Wriemia”, „Głos znad Niemna” i ogólnokrajowym dzienniku niezależnym „Narodnaja Wola”. Pełnił funkcję redaktora naczelnego „Magazynu Polskiego na uchodźctwie” – czasopisma Związku Polskiego na Białorusi. Od 2006 roku jest korespondentem „Gazety Wyborczej” w Grodnie. Pełni obowiązki przewodniczącego Rady Naczelnej ZPB nieuznawanego przez władze w Mińsku. Wielokrotnie aresztowany i zatrzymywany. W lipcu 2011 skazany na 3 lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata za „znieważenie Aleksandra Łukaszenki”. Laureat nagród dziennikarskich: im. Andrzeja Woyciechowskiego oraz MediaTory. Dziennikarz roku miesięcznika PRESS 2011.

 



Otrzymuje Pan polskie nagrody dziennikarskie. Kim Pan bardziej się czuje: dziennikarzem czy polskim działaczem na Białorusi?

Zdecydowanie dziennikarzem. Tak się złożyło, że jestem też działaczem. Zdecydowały o tym wydarzenia 2005 roku. Byłem wtedy redaktorem naczelnym jednego z wydawanych przez Związek Polaków pism, który normalnie wychodziło i było legalnie rozprowadzane. Po przejęciu majątku i tytułów związkowych przez władze, zaczęliśmy wydawać podziemny „Magazyn Polski”, który jest rozprowadzany nielegalnie. Tworzyłem na Białorusi sieć kolportażu poprzez oddziały Związku Polaków. Ta działalność wynikła jednak z dziennikarstwa i ja czuję się przede wszystkim dziennikarzem. Jestem mocno związany ze Związkiem Polaków, ale to nie przekłada się na moją pracę, nie piszę o nim.

Czyli jest Pan działaczem Związku Polaków, ale dziennikarzem białoruskim, bo przecież nie pisze Pan tylko o Polakach, ale o problemach kraju, w którym Pan żyje?

Tak, piszę przede wszystkim o sytuacji na Białorusi, opisuję co się dzieje, piszę przede wszystkim o wydarzeniach politycznych, społecznych. Czasami rzeczywiście robię niusy o Polakach, gdy coś się dzieje, np. gdy były problemy z kartą Polaka. Jeśli jednak przeanalizować moje teksty, to przytłaczająca większość jest o sytuacji na Białorusi.

A czym by się Pan zajmował, o czym by Pan pisał, gdyby na Białorusi była normalna sytuacja?

W związkowej prasie dużo piszę o historii. Jestem jednym z ludzi, którzy badają historię podziemia polskiego na Grodzieńszczyźnie. Chodzi mi o akowskie i poakowskie podziemie, które według oficjalnych, białoruskich danych dotrwało na terenie Grodzieńszczyzny do 1954 roku. Lubię te tematy, chętnie piszę artykuły z historii Grodzieńszczyzny, czasami udaje mi się wydrukować coś większego o czasach stalinowskich. Jest taka głośna historia jednego z katolickich księży, którą odkryłem. Był on bardzo hołubiony przez białoruską władzę, został pierwszym katolickim księdzem odznaczonym przez Aleksandra Łukaszenkę, a okazało się, że ma za sobą bardzo straszną historię. Był agentem ministerstwa bezpieczeństwa na terenie Litwy i brał udział w mordach partyzantów litewskich. Litewska prokuratura poszukiwała go listem gończym.  Był oskarżany z artykułu o ludobójstwie o współudział w zamordowaniu pięćdziesięciu czterech osób. Pracowaliśmy nad tym tematem w kilka osób na Białorusi, na Litwie i w Polsce, tekst był opublikowany w „Dużym Formacie”. To jest to, co lubię robić, temat ciekawy, gdzie trzeba dojść do prawdy, poszukać, popracować.

Taka praca na pograniczu dziennikarstwa historycznego i śledczego…

Tak, to jest dla mnie najciekawsze, ale nie zawsze się udaje. Odbiorcy w Polsce czekają przede wszystkim na niusy, na informacje o wydarzeniach politycznych, o Aleksandrze Łukaszence i tak dalej. To jest ciekawe, ale ja najbardziej lubię tematy z pogranicza historii i współczesności.

W jednym z artykułów o Panu przeczytałem, że został Pan dziennikarzem, bo „chciał Pan być wolny”…

Dziennikarstwo pozwala człowiekowi być tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, poznawać nowych ludzi, a z drugiej strony to nie jest praca urzędnicza, do której przychodzi się o ósmej, wychodzi się o czwartej i cały czas robi się to samo. To jest strasznie nudne. To jest właśnie zniewalające. A dziennikarstwo daje człowiekowi taką wolność, że człowiek sam szuka tematów, które są ciekawe przede wszystkim dla niego, ale później próbuje przekonać do nich kogoś innego, czytelników.

To poszukiwanie prawdy bywa niebezpieczne. Wielokrotnie był Pan aresztowany, ma Pan za sobą więzienie, wyrok skazujący, zakaz wyjeżdżania z Białorusi i zakaz zmieniania miejsca zamieszkania bez zgody władz, obowiązek meldowania się trzy razy w miesiącu, odebraną akredytację korespondenta zagranicznego. Czy coś pominąłem?

W zasadzie wymienił pan wszystko. Ale nawet gdy byłem sądzony i siedziałem w klatce, czułem się bardziej wolny niż prokurator, sędzia, świadkowie oskarżenia. Było widać, że oni wykonują pewną rolę, a ja sam decyduję o tym, jak się mam zachować. Rozprawa była zamknięta, oni nie byli szczęśliwi i nie musieli udawać, że byli szczęśliwi. Jak tak na nich patrzyłem, to nawet czasami było mi ich szkoda. Brzmi to śmiesznie, ale tak właśnie było. Myślę: Boże mój, tak się szmacić, nie wiadomo za co, jak tak można. Tak sobie rozmyślałem i nawet tam czułem się bardziej wolny.

Czy to prawda, że w więzieniu na spacerniaku śpiewał pan polskie piosenki partyzanckie?

Tak, to wynika z mojego zainteresowania Armią Krajową na Grodzieńszczyźnie. Znałem ludzi, niektórzy już nie żyją, którzy siedzieli w tym więzieniu w czasach stalinowskich. Od samego początku, od aresztowania, wyobrażałem  sobie, jakby to było, gdybym był aresztowany w tamtych czasach. I jaki teraz miałem komfort, bo przecież znałem relacje, wspomnienia wielu osób z pobytu w tym więzieniu. A piosenki partyzanckie, znam lubię, cały czas miałem je w głowie, tak jak i historię tamtych ludzi, którzy byli tu przede mną i to mi dodawało otuchy. Dlatego je śpiewałem.

Z tego, co Pan mówi, wynika jednak, że niezależny dziennikarz na Białorusi to  niebezpieczny zawód, czy tak?

Myślę, że zawód dziennikarza wszędzie jest niebezpieczny, a w warunkach dyktatury, w warunkach reżimu totalitarnego szczególnie. Rzeczywiście, jeśli się chce uczciwie wykonywać swój zawód na Białorusi, to ściągnie to na człowieka poważne problemy.

Jaka jest obecnie sytuacja polskiej prasy na Białorusi?

Jest wydawany nielegalnie „Głos znad Niemna” i „Magazyn Polski na uchodźstwie”. Nakład „Magazynu to” trzy tysiące egzemplarzy, „Głosu” dwa tysiące. Są rozprowadzane przez struktury Związku Polaków i docierają głównie tam, gdzie mieszka większość Polaków, czyli na Grodzieńszczyznę, mniejsza część nakładu idzie na resztę kraju. Jest też wydawany przez reżimowy Związek Polaków, a de facto finansowany i wydawany przez władze „Głos znad Niemna”, który ma nakład bodajże tysiąc pięćset egzemplarzy, z czego większość się nie sprzedaje, bo nie ma zainteresowania. Nie ma popytu na reżimową propagandę po polsku.

Czyli większy jest nakład wydawnictw podziemnych niż oficjalnych?

Tak, ale proszę się nie sugerować nakładem pisma legalnego, które jest nazywane gadzinówką. Jej nakład nie świadczy o tym, że czyta ją ponad tysiąc osób. Z tego co widzę, tyle samo  egzemplarzy trafia do kiosków, ile leży nadal pod koniec tygodnia, czyli są bardzo duże zwroty. Niewielu jest też prenumeratorów, kiedy władze przejęły kontrolę nad pismem, ich liczba zmalała o osiemdziesiąt procent. Jeśli chodzi o polskich odbiorców, niezależna prasa dominuje.

A co z niezależną prasą białoruską?

Są dwa tytuły rozprowadzane przez oficjalną sieć kolportażu: „Narodnaja Wola” i
„Nasza Niwa”. Nakłady mają po kilka tysięcy egzemplarzy, ale popyt na nie jest większy. Władze nie zgadzają się jednak na to, by więcej drukowano, więc państwowa drukarnia odmawia wydrukowania większej ilości egzemplarzy, a sieć kolportażu nie weźmie większej ilości do kolportażu. A Aleksander Łukaszenka może powiedzieć, że nawet w kiosku, który się mieści w kancelarii prezydenta, jest sprzedawana niezależna prasa. To prawdziwy stan rzeczy, ale jednocześnie władze nie pozwalają, aby te gazety się rozwinęły i uzyskały większy wpływ. Ale już w Internecie władze nie mają takich możliwości. W państwowych urzędach blokują niezależne strony internetowe, ale urzędnicy czytają je w domu. Dla porównania: „Karta 97”, najpopularniejsza opozycyjna witryna, jest czytana codziennie przez około sto tysięcy osób, a sztandarowy projekt władz, portal „Białorus siewodnia”, który jest robiony w oparciu o organ prasowy administracji prezydenta „Gazety Sowieckoj Białorusi”, odwiedza dwa i pół tysiąca użytkowników. To pokazuje, jak niezależny punkt widzenia dominuje w Internecie. A Internet jest coraz bardziej popularny, nie pamiętam dokładnych danych, ale ostatnio około 30 procent Białorusinów korzystało z Internetu.

Jak Pan sądzi, czym bardziej podpada Pan władzom: tym, że jest Pan niezależnym dziennikarzem, czy też tym, że przy okazji jest Pan Polakiem?

Białoruskie władze nie lubią Polaków. Mentalność białoruskiego urzędnika jest w swojej istocie sowiecka. W czasach ZSRR istniały ograniczenia możliwości robienia kariery przez Polaków, tak samo zresztą jak przez Żydów. Był określony procent mniejszości narodowych, który mógł się na przykład dostać na jakiś kierunek studiów. Gdy Polak chciał robić karierę a był w jakiejś dziedzinie ponadprzeciętny, proponowano mu, by się określił jako Rosjanin albo Białorusin. To pozostało. Białoruskie władze mają policzonych wszystkich Polaków i nadal to kontrolują. Jeżeli w jakimś urzędzie jest więcej Polaków, to zaraz pada pytanie, dlaczego jest nadreprezentacja i jak to zmienić. To jest sowieckie podejście. Na pewno jest źle odbierane, że jestem Polakiem, mam własny punkt widzenia i jeszcze coś piszę.

W Polsce jest Pan bardzo ceniony, dowodzą tego otrzymywane przez Pana nagrody za twórczość dziennikarską. Czy to ma jakieś odbicie na Białorusi, pomaga lub przeszkadza w pracy?

Białoruskie władze to ignorują. Na pewno jest to dla nich przykre, ale przyjmują taką taktykę, że jak się da coś przemilczeć, to trzeba przemilczeć. Koledzy, nieważne czy Białorusini, czy Rosjanie, zawsze gratulują.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl