Z Henrykiem Kościelnym o dziennikarstwie na Ukrainie rozmawia Błażej Torański.
Henryk Kościelny, rocznik 1955. Pochodzi z Nowej Dęby pod Tarnobrzegiem. Ukończył nauki polityczne w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Komunikacji Społecznej w Chełmie. Od 1997 roku mieszka w Łucku na Ukrainie, gdzie ożenił się z Ukrainką i jest dziennikarzem „Wołyńskiej Gazety”. Od 2009 roku należy do Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Ukrainy, a od marca 2011 jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Czy media na Ukrainie są tubą polityków, czy niezależną od nich czwartą władzą?
Są niezależną czwartą władzą. Mają pełną swobodę działania. W mojej ocenie wolność słowa na Ukrainie jest o wiele większa niż w Polsce! Nie ma na przykład przepisu podobnego do art. 212 kodeksu karnego, za naruszenie którego można w Polsce dziennikarza nawet wsadzić do więzienia. Za byle co, za zniesławienie. Dziennikarze są wyjątkowo traktowani.
Co to w praktyce znaczy? Nie płacą mandatów za przekroczenie szybkości?
W takich przypadkach traktuje się ich pobłażliwie. Sam tego wielokrotnie doświadczyłem. Mam w klapie marynarki metalowy znaczek Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Ukrainy. Jest niemal identyczny jak ten, który noszą deputowani do parlamentu. Różni się tylko piórem. Nieraz milicjant albo celnik zapytał, czy jestem posłem. Jak usłyszał, że dziennikarzem, życzył mi szerokiej drogi …
Nie rodzi to poczucia pychy? Przekonania, że jest się wolnym od kontroli społecznej?
Każdy postępuje, jak mu sumienie podpowiada. Ale najczęściej, jeśli może coś wykorzystywać, to wykorzystuje. Wielu dziennikarzy, nawet redaktorzy naczelni, należą do partii politycznych, angażują się w kampanie wyborcze i nikt im tego nie ma za złe, bo to oczywiste, że każdy ma jakieś poglądy. Redaktor naczelny „Wołyńskiej Gazety” jest jednym z regionalnych liderów Bloku Litwina.
No to jednak media bywają tubami politycznymi.
Jest tak rzadko, ale oczywiście wtedy redaktorzy naczelni uprawiają propagandę na rzecz swoich partii.
W Polsce medialny obraz często rozmija się z rzeczywistością. Na Ukrainie także?
Nie ma rozdwojenia jaźni, jak w Polsce, gdzie co innego widać na ekranie niż na ulicy. Staramy się po prostu rzetelnie opisywać wydarzenia.
Nie kreujecie rzeczywistości? Wyłącznie informujecie?
Informujemy. Ale ostatecznie wszystko zależy od redaktora naczelnego: da, czy nie da do druku, wyemituje w telewizji, czy nie. Ważne też, kto dane medium sponsoruje. Wiadomo, że sponsora się nie krytykuje.
Jest w ukraińskich mediach miejsce na poważną debatę czy dominuje krew, sensacja, plotki z życia gwiazd?
W tym akurat media ukraińskie są bardzo podobne do polskich. Także szukają sensacji, newsa, bo zła wiadomość lepiej sprzedaje gazetę.
Media są więc środkiem społecznej komunikacji, czy dostarczają rozrywki?
Pół na pół.
Często piszecie o przekrętach władzy?
Piszemy. Krytykujemy władzę. Opisywaliśmy w „Gazecie Wołyńskiej” radnego, który wykupił za śmieszne pieniądze wiele hektarów ziemi. Albo informowaliśmy o zbiórce datków dla ofiar trzęsienia ziemi w Japonii i zapytaliśmy radnego wojewódzkiego Antona Sosnowskiego, gdzie się podziały te pieniądze. Nie odpowiedział, więc redakcja podała go do sądu, bo to znaczyło, że miał poczucie winy. Sąd ukarał go grzywną 425 hrywien (ok. 177 zł - red.)
I nie boicie się podzielenia losu Georgija Gonzadze, zamordowanego 11 lat temu?
Gongadze za bardzo zalazł władzy za skórę. Naraził się, więc go sprzątnęli. Poszedł za daleko w ujawnianiu afer politycznych, nadużyć, korupcji na szczytach władzy.
Ale chyba media nadal opisują korupcję? Najnowszy raport Transparency International dotyczący korupcji klasyfikuje Ukrainę wysoko – na 152 miejscu, wraz z Tadżykistanem - na 183 państwa.
Opisujemy to wybiórczo, żeby tylko pokazać, że zauważamy problem. Bo na Ukrainie niemal każdy, od najniższego do najwyższego szczebla, bierze łapówki. Kolega opowiadał mi, że nawet minister od niego wziął. Niemal jawnie. Przy eksporcie towarów do Polski wymagają rozmaitych certyfikatów, sanitarnych, jakości itp. Za to wszystko się płaci. Znam przypadek dziewczyny, która skończyła studia w Polsce i na Ukrainie starała się o pracę w administracji państwowej. Na nostryfikację dyplomu czekała w Kijowie 8 miesięcy! Jakby miała pieniądze załatwiłaby to o wiele wcześniej. Opisujemy to, ale prawdę mówiąc niewiele też z tego wynika.
A powiedziałeś, że jesteście czwartą władzą. Co to za władza, skoro tak mało skuteczna?
Zgadzam się, że ten ma władzę, kto jest skuteczny. W tym przypadku urzędnik ma większą władzę. Wysłucha w radiu, zobaczy w telewizji, w gazecie przeczyta, ale swoje zrobi. Dlatego twierdzę, że Ukraina nawet za kilkanaście lat nie wejdzie do Unii Europejskiej. Bo na zwalczenie korupcji potrzebuje co najmniej pokolenia.
Próbował ktoś od ciebie wymusić łapówkę?
Podam przykład kolegi. Przejeżdżał przez granicę. Pogranicznik wszedł mu do samochodu i siedzi. Kolega pyta: - Dlaczego pan mi tu siedzi? – A dlaczego nie dajesz? – Bo ja nie daję - odparł. - Ale wszyscy dają. – Wszyscy dają, ale ja nie daję (śmiech). Znali go. Wiedzieli, że jest dziennikarzem, a od dziennikarzy nie biorą. Przepuszczają nas poza kolejnością, abyśmy jak najmniej widzieli, co się na granicy wyprawia.
Tak samo jest u lekarza w państwowej przychodni czy szpitalu?
Tam wszystko jest za pieniądze. Pacjent idzie do szpitala ze swoimi igłami, bandażem, ze wszystkim. Płaci za obiady, za operację. Kolega za operację zastawki serca zapłacił 3 tysiące euro.
Za egzaminy wstępne na studia albo za prawo jazdy też się płaci?
Za wszystko się płaci.
Jakie są największe błędy i zaniedbania ukraińskich mediów?
Zdarza się, jak wszędzie na świecie, że dla poklasku publikują informacje niesprawdzone.
Dziennikarze wymachują słowem, jak brzytwą? Ferują nieomylne wyroki?
Tak też bywa. Ale zwykle uchodzi to dziennikarzowi na sucho, bo żeby podać redakcję lub autora do sądu trzeba wpłacić wysoką kaucję. Zniesławionego rzadko stać na proces. Średnia zarobków na Ukrainie jest wielokrotnie mniejsza niż w Polsce (średnia płaca na Ukrainie wynosiła w 2011 roku ok. 1077 zł - red). Ludzie więc odstępują od zamiaru ochrony dóbr osobistych przed sądem. Przyjmują przeprosiny przez telefon. Nie znam przypadku, aby ktoś pozwał do sądu gazetę za zniesławienie.
A przyznają się redaktorzy do błędów i publikują sprostowania?
Nie spotkałem się jeszcze ze sprostowaniem. Co najwyżej dziennikarz przeprasza przez telefon albo tłumaczy, że drukarnia błędnie wydrukowała.
