Z Łukaszem Warzechą o Radosławie Sikorskim i konserwatywnym dziennikarstwie rozmawia Paweł Luty

 

Łukasz Warzecha - komentator polityczny dziennika „Fakt”, wcześniej współpracował z takimi tytułami jak „Życie”, „Businessman Magazine”, „Unia&Polska” i „Nowe Państwo”, publikuje także na łamach „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”

 

 

W 2007 roku roku przeprowadził Pan wywiad-rzekę z Radosławem Sikorskim pt. „Strefa Zdekomunizowana”. Myśli Pan, że dzisiaj udałoby się to powtórzyć?

Myślę, że nie, chociaż dziś nawet chętniej bym to zrobił niż wtedy. Sądzę jednak, że Pan minister nie chciałby ze mną porozmawiać.

Co się zmieniło przez te cztery lata, że uważa Pan, iż nie mógłby Pan z ministrem Sikorskim usiąść w dworku w Chobielinie i porozmawiać?

Mieliśmy okazję spotkać się z Panem ministrem dwa czy trzy razy w poczekalni jakiegoś radia czy telewizji i zauważyłem, że z obopólnej sympatii prawie nic nie zostało. Wisiało między nami chłodne mliczenie.

Sporą część „Strefy Zdekomunizowanej” zajmują rozważania nad tym czym jest konserwatyzm i kim jest nowoczesny konserwatysta. Sądzi Pan, że od czasu tamtego wywiadu rozminęliście się Panowie ideologicznie?

Odnoszę wrażenie, że zmienił się Radosław Sikorski, którego niektóre zachowania i decyzje nie mają nic wspólnego z konserwatyzmem rozumianym jako szacunek dla instytucji państwowych, a tym samym dla osób, które te instytucje uosabiają w danym momencie. Sądzę też, że myślenie Radosława Sikorskiego o polityce zagranicznej to raczej karykatura bliskiego mi paradygmatu realistycznego niż rzeczywisty realizm.

Co Pan przez to rozumie?

Kiedy Radosław Sikorski daje wykład swojego sposobu myślenia - a teraz czyni to rzadziej niż kiedyś - proponuje bardzo zwulgaryzowaną wersję realizmu, który jego zdaniem ma polegać po prostu na uznaniu za swego rodzaju dogmat, że skoro niewiele możemy, to nie powinniśmy się specjalnie wychylać i stawiać. No, chyba że stawiamy się akurat Litwie albo innemu tego typu "mocarstwu".

Na czym zatem polega niezwulgaryzowany realizm w odniesieniu do polityki międzynarodowej?

Polega on na właściwej ocenie swojego potencjału i doborze odpowiednich środk, bez dogmatów. Może to być czasem godzenie się na niekorzystne dla nas rozwiązania lub „ciche krzyknięcie”, ale także czasem postawienie się.

A czy określiłby się Pan mianem konserwatywnego publicysty?

Tak chciałbym być określany, ale nie bardzo rozumiem, po co dodawać słowo „publicysta”. Konserwatysta jest po prostu konserwatystą, niezależnie od tego czy jest politykiem, historykiem, publicystą, czy przedsiębiorcą. Jest to kwestia poglądów, podejścia do roli państwa, do roli jednostki w państwie, do roli narodu. Mogę się określić mianem konserwatywnego publicysty, ale przede wszystkim jestem konserwatywnym liberałem po prostu jako człowiek.

To ciekawe, ponieważ polskie media często dzieli się na prawicowo-konserwatywne i lewicowo-liberalne. Pana samookreślenie przebiega zupełnie w poprzek takiego podziału. Sadzi Pan, że jest on zafałszowany?

Jest to kwestia definicji poszczególnych pojęć, zwłaszcza liberalizmu. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czy mówimy o liberalizmie obyczajowym, gospodarczym czy o jakiejś mieszance.

Sądzę, że gdy mówi się w Polsce o mediach lewicowo-liberalnych,  to słowo "liberalne" rozumie się po amerykańsku, co w Europie interpretuje się po prostu jako "lewicowe". Gdy ją mówię o liberalizmie, mam na myśli głównie liberalizm gospodarczy. Mamy tu zatem do czynienia z pomieszaniem pojęć. Można być konserwatywnym liberałem lub liberalnym konserwatystą i nie ma w tym dla mnie żadnej sprzeczności.

Jakie tematy są według Pana najważniejsze dla konserwatysty, który jest publicystą? Temat katastrofy smoleńskiej, polityka gospodarcza czy może jeszcze coś innego?

Katastrofa smoleńska była skutkiem wad polskiego państwa, a nie jakimś samoistnym wydarzeniem. Dlatego uważam, że wychodząc od katastrofy smoleńskiej należy mówić o kondycji państwa w ogóle. Należy również analizować problemy i mechanizmy, a nie skupiać się na personaliach. To jest zresztą choroba polskiego dziennikarstwa - obsesyjne skupianie się na tym, kto, kogo i dlaczego. To nic nie wnosi do dyskusji, a ja postrzegam konserwatyzm jako dyskusję o rzeczywistych problemach. Dlatego odmawiam komentarzy o personaliach. To mnie w ogóle nie interesuje.

Konserwatysta powinien stać też na straży zdrowego rozsądku, który jest dziś pogwałcany na bardzo podstawowym poziomie. Wystarczy przejrzeć jakąkolwiek gazetę czy portal internetowy, niekoniecznie pod kątem informacji politycznych. Każdy rozsądny człowiek musi się złapać za głowę. Niektórzy uważają tematy społeczne za mało poważne, lecz ja jestem odmiennego zdania i staram się je podejmować. Absurdy codziennego życia wiele nam mówią o tym, w jakim państwie i czasie żyjemy.

A co z tematyką obyczajową, polityką zagraniczną? To nie jest ważne dla konserwatystów?

Myślę, że tematy związane z polityką międzynarodową powinny interesować każdego dziennikarza, niezależnie od poglądów. Każdy publicysta powinien mieć rozeznanie w tej materii, nawet jeśli zajmuje się sprawami krajowymi.

Podobnie jest z tematami obyczajowymi, które wywołują często niezdrowe emocje: związki partnerskie, aborcja, sytuacja osób homoseksualnych definiują nas cywilizacyjnie, choć zarazem w polskiej sytuacji są to często tematy zastępcze. Trzeba umieć tak balansować, żeby nie dać się wmanewrować tym, którzy chcieliby nimi przykryć rzeczywiste problemy, ale zarazem nie pomijać ich zupełnie. Rolą konserwatywnego publicysty jest bowiem także przypominanie, dlaczego przyjęliśmy takie, a nie inne rozwiązania i że wynikają one z wyboru cywilizacyjnego, którego dokonała Polska, wchodząc pod koniec X wieku do kręgu kultury zachodniej.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl