Z Dominikiem Księskim, prezesem Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, wydawcą i redaktorem naczelnym tygodnika „Pałuki”, rozmawia Błażej Torański
Dominik Księski, rocznik 1959, z wykształcenia polonista. Ukończył też międzynarodowe Studium Dziennikarstwa Współczesnego na słowackim uniwersytecie w Trnavie. W PRL był redaktorem, drukarzem i kolporterem podziemnej prasy i wydawnictw. Kierował tajną drukarnią Solidarności w Wenecji koło Żnina. Od 1991 roku wydaje „Pałuki” i jest redaktorem naczelnym tygodnika. W 2000 roku „Pałuki” otrzymały z rąk premiera Jerzego Buzka tytuł Gazety Dziesięciolecia, jako jedna z najlepszych gazet lokalnych w kraju. Od 2003 roku Dominik Księski jest prezesem Stowarzyszenia Gazet Lokalnych.
Jakie jest największe zagrożenie dla rozwoju prasy lokalnej? Dotowane i zależne od władzy gazety samorządowe?
Największym zagrożeniem dla gazety lokalnej jest ona sama. Jej życie zależy od profilu, jaki wybierze wydawca. Jeśli gazeta będzie się kierować wyłącznie partykularnym interesem, zginie. Przeżyje zaś, jeśli zachowa równy dystans do wszystkich sił politycznych, społecznych, klanów biznesowych i lokalnych układów, będzie prezentowała wysoki poziom dziennikarstwa, jej właściciel będzie umiał dobrze zarządzać przedsiębiorstwem i zorganizuje sprawny kolportaż.
A budowanie relacji z władzą? W jakich jest Pan stosunkach - jako wydawca i redaktor naczelny - z burmistrzami, wójtami, starostami?
Samorządowcy chcieliby utopić niezależne gazety w łyżce wody. Byliby najszczęśliwsi, gdyby mojego pisma nie było na rynku. Dla władzy niewygodne jest samo pojawienie się niezależnej gazety. Nawet, jeśli jeszcze nic nie opublikowała. Wystarczy, że może zapytać, jaki jest skład komisji konkursowej, która wybierze dyrektora szpitala czy prezesa wodociągów. Niewygodni jesteśmy już wtedy, gdy publikujemy informacje zwyczajne i błahe. Na przykład o tym, jacy byli kandydaci na dyrektora szkoły podstawowej i kogo wybrano. Bo kolejnym pytaniem, jakie się naturalnie nasuwa, jest: dlaczego wybrano tego, a nie innego. I trzeci powód – gdy komentujemy podjęte decyzje. A jak buduję relacje z władzą? Samorządowcy chcieliby je budować na zasadzie „współpracy”. Nie dajemy się nabrać. Relacje gazety z władzą to relacja „pytanie – odpowiedź”. Ale samorząd nie jest zagrożeniem dla niezależnej gazety lokalnej. Jest racją jej istnienia.
Dlaczego władza boi się przejrzystości?
Urzędnicy i osoby pochodzące z wyboru nie lubią odpowiadać na trudne pytania.
Chcą ukryć przekręty?
Nie tylko. Rządzenie przy otwartej kurtynie jest trudniejsze. Woleliby się nie tłumaczyć z podjętych decyzji. Kwestia czy rządzący postępują prawidłowo i uczciwie, czy też - zamiast służby publicznej - realizują interesy prywatne lub partyjne, jest tu mniej istotna. Nawet wśród „porządnych” samorządowców wyczuwamy przekonanie, że byliby szczęśliwi, gdyby gazeta znikła z rynku.
Mądra i uczciwa władza nie powinna mieć nic przeciwko gazecie patrzącej jej na ręce.
Oczywiście. „Porządnym” bez gazety lokalnej rządziłoby się gorzej. Nie mieliby bata opinii publicznej, którym czasami mogą się zasłonić. Komuś, kto składa im propozycje niezgodne z interesem gminy czy powiatu zawsze mogą powiedzieć: „nie mogę tego zrobić, bo zniszczy mnie prasa”. Ci, którzy pogodzili się z istnieniem prasy lokalnej czasami używają takich argumentów. Czasem samorządowcy doceniają nas dopiero wtedy, gdy stracą władzę, gdy następcy dobierają się im do skóry, a my jako jedyni przedstawiamy to, co mają na swą obronę.
Czy przez 20 lat wydawania tygodnika „Pałuki” spotkał Pan burmistrza, wójta czy starostę, który rozumiałby, że warto mieć niezależną gazetę?
Jest taki burmistrz, który mówi otwarcie: „Wiem, że musicie mnie krytykować i nie obrażam się”. Nawet, jak jest na nas zły, rozumie racje naszego istnienia i traktuje nas jak partnera, nie jak przeciwnika. Ale to są wyjątki.
Czytając Pana gazetę odnosi się wrażenie, że nie powinna nosić nazwy regionu - czyli Pałuki - ale dajmy na to „Wiadomości frontowe”. Weźmy ostatnie tematy. Konflikty wokół biogazu i składowiska azbestu. Pikieta pod domem szefa rady nadzorczej spółdzielni mleczarskiej. Podanie do sądu Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad przez jednego z obywateli. Konflikt obecnej władzy w Kcyni z poprzednią…
Ma pan właściwe poczucie. Rzeczywiście wydajemy biuletyn frontowy. Też czasami mamy wrażenie, że pełnimy role korespondentów wojennych na terytorium, na którym o władzę walczą wszyscy ze wszystkimi. Zresztą - czy może być inaczej w demokracji? Walka toczy się według reguł, które nauczyliśmy się relacjonować. Nie lubię tylko, jak na tym froncie walki politycy ustawiają do bicia gazetę, odbierają jej prawo do pracy, traktują jakby była ich przeciwnikiem politycznym. Nie widzą przeciwnika politycznego w opozycji, tylko w gazecie, która relacjonuje konflikty, stara się być obserwatorem i komentatorem ich walki. Często władza przedstawia gazetę na sesjach rad jako mocarstwo, które prowadzi własną wojnę przeciw władzy. Tego frontu walki nie lubię, bo nie jest twórczy. Ani nie konkurujemy z władzą, ani nie jesteśmy jej przeciwnikiem. Chcemy pełnić rolę obserwatora, który ma własne zdanie.
Przyglądacie się równie wnikliwie władzy i opozycji?
Oczywiście. Ponieważ wydajemy gazetę niezależną, nie możemy przyjmować punktu widzenia ani którejkolwiek ze skonfliktowanych sił politycznych, ani „miastowych” przeciwko „wsiowym”, ani „biednych, krzywdzonych lokatorów mieszkań” przeciwko „brzydkim kamienicznikom” czy „złym urzędnikom z pomocy społecznej”. Narracja może być wyłącznie wielowątkowa i punkty widzenia należy przedstawiać bez wcześniej sformułowanej tezy.
Czy Pańscy dziennikarze w tygodniku „Pałuki” mają różnorodne poglądy polityczne: od lewicy przez centrum po prawicę?
Jako pracodawca nie mogę ich o to pytać i ich poglądów nie znam. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno nie dobieram dziennikarzy z klucza, pytając, jakiej partii są zwolennikami czy dochodząc tego od innych.
Ile razy zdarzyło się Panu zdjąć tekst z powodów pozawarsztatowych?
Jeśli pan pyta o powody polityczne, to ani razu.
Pytam, bo w opozycji drukował pan i kolportował wydawnictwa podziemne, walczył o wolne słowo, a żyjemy w czasach powracającej cenzury.
Powiem tak: jako wydawca kształtuję moją gazetę według pewnego programu ideowego (nie politycznego!) – określonego zresztą jako linia programowa gazety zgodnie z kodeksem etyki wydawcy prasy. Za tekstami, które publikuję stoją konkretne wartości. Jako redaktor naczelny dbam o autonomię - nikt mi nie narzuci ani - co mam drukować, ani - czego nie mam drukować. Póki nikt nic naczelnemu nie narzuca – nie ma mowy o cenzurze. A autocenzura? Zdarzyło mi się publikować teksty, które naruszały interesy reklamodawcy. Raz był artykuł dotyczący sprzedawcy naszej gazety. Po publikacji zlikwidował punkt kolportażu - trudno. Dobro czytelników i gazety ważniejsze jest od interesów reklamodawców czy tego sklepu, który do dzisiaj nie sprzedaje gazety. Nie wspominam o interesach politycznych, bo to jest oczywiste. Szkoda miejsca na dywagacje czy coś się z powodów politycznych ukazało czy nie.
Równocześnie – jako odpowiedzialny przed sądem za wszystko, co jest w gazecie - bezlitośnie wykreślam to, co może obrazić ludzi. Moi dziennikarze wiedzą, że możemy krytykować czyny, dzieło, decyzje, ale nie człowieka. Jest to zgodne z myślą patronki Pałuk, błogosławionej matki Marii Karłowskiej, która opiekowała się prostytutkami. Mówiła: „Czyn krytykuj, nie człowieka”. Tak staramy się postępować. Jeśli więc dziennikarz ocenia jako idiotyczną decyzję o tym, by nie położyć kanalizacji na ulicy Wiatrakowej - drukujemy. Jeśli by chciał napisać, że burmistrz, który podjął tę decyzje jest idiotą - nie wydrukujemy. Takie same zasady stosujemy na naszym portalu internetowym. Dlatego mam wielu krytyków wśród internautów. I oni mnie oskarżają o cenzurę.
Ale to jest naturalne. Walczy pan z chamstwem w Internecie.
Niestety wiele osób miesza wolność słowa z wolnością obrażania innych. Mam więc wśród moich internautów opinię wydawcy, który nakłada kaganiec na wolność wypowiedzi, gdyż nie daję przyzwolenia na deprecjonowanie człowieka, jako istoty, przez nazywanie go „chamem”, „złodziejem” czy „idiotą”. Nie uważam tego za cenzurę. Z regulaminu forum wyraźnie wynika, że niedopuszczalne jest na nim obrażanie ludzi. A chyba na moim podwórku, które sam zamiatam, mogę wprowadzić zasadę, że nie wolno ludziom pluć do mieszkań przez otwarte okna?
