Z Michałem Adamczykiem, dziennikarzem  „Wiadomości”, o dziennikarskiej misji, polskich politykach w Brukseli, „Kawie i herbacie” i niebyciu rozmawia Kajus Augustyniak

 
Michał Adamczyk, dziennikarz TVP, ur. 16 marca 1972. Szlify dziennikarskie zdobywał w telewizji   Polonia 1, a następnie w TVN, gdzie w latach 1997–1999 pracował jako gdański korespondent "Faktów" i prezenter „Faktów Północ”. W roku 2001 przeszedł do TV Puls, gdzie był dziennikarzem i prowadzącym "Wydarzenia". W tym samym roku rozpoczął współpracę z TVP. Pracował jako reporter "Wiadomości", prezenter i prowadzący główne wydania. W latach 2005 - 2006 prowadził program reporterski TVP1 „Na Celowniku”, a od  lutego do września 2006 „Teleexpress". W latach 2006 - 2009 był korespondentem TVP w Brukseli. Obecnie prowadzi serwisy informacyjne w TVP Info oraz komentuje wydarzenia zagraniczne w ramach „Info Świata”. Od początków 2011 roku ponownie pracuje jako prowadzący w „Wiadomościach”, a także wtorkowe wydanie programu „Kawa czy herbata?”.
 
 
 
 
 
Kim „bardziej” się czujesz: dziennikarzem czy prezenterem?
 
Dziennikarzem się jest, a prezenterem się bywa. Co do dziennikarstwa, w pewnym momencie życia dochodzisz do wniosku, że to jest to, co chcesz robić do końca, co cię pochłania bez reszty. Wiesz, że możesz przekazywać ważne, ciekawe informacje, tropić nieprawidłowości, obserwować, co się wokoło ciebie dzieje, niekoniecznie w świecie polityki, i relacjonować, przekazywać to innym. Niektórzy mówią, że to jest misja. Podpisałbym się pod tym słowem. Dziennikarz z krwi i kości musi mieć poczucie misji. To jest bardzo ważne w tym zawodzie.
 
I ty masz to poczucie misji?
Zdecydowanie tak. Pojęcie misji trochę się zdewaluowało w ostatnich czasach. O dziennikarzach często mówi się, że jesteśmy czwartą władzą, ale wierząc w to, trzeba jednak zawsze uważać, żeby służyć słusznej sprawie. Czasami może się zdarzyć, że relacjonując jakąś sprawę, wydarzenie, konflikt, dokona się jakiegoś przekłamania, nawet niecelowego. Bo człowiek ma taką a nie inną bazę danych, bo ktoś naprowadził go na niewłaściwy trop. A misja, moim zdaniem, wiąże się właśnie z tym, żeby uważnie rozpatrywać wszystkie za i przeciw, wszystkie argumenty i kontrargumenty, zderzać przeciwstawne rację i pozwolić każdemu się wypowiedzieć. Niestety w dzisiejszych czasach bardzo często dzieje się tak, że dziennikarz opowiada się po jednej ze stron. Moim zdaniem jest to niedopuszczalne, ale niestety tak się dzieje.
 
Ale telewizja publiczna, w której pracujesz, zawsze miała opinię sprzyjającej komuś konkretnemu…
 
Niestety tak jest. Mówię „niestety”, bo telewizja publiczna była, jest i zawsze będzie łakomym kąskiem dla polityków. To oczywiście nie oznacza, że musi być stronnicza. „Wiadomości” są bardziej obiektywne od „Faktów”. I mówię to nie dlatego, że tam pracuję, zauważają to nawet koledzy z konkurencji. Katarzyna Kolenda-Zalewska w jednym z ostatnich wywiadów powiedziała, że „Wiadomości” starają się być do przesady obiektywne. Ten fragment powiesiliśmy sobie w newsroomie. Traktujmy to jako komplement. Pracuję w „Wiadomościach” od czasu prezesa Kwiatkowskiego. Rzadko realizuję tematy polityczne, ale nigdy nie spotkałem się z naciskami. Oczywiście słyszałem parę historii. Chociażby o wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w Charkowie. Gdzieś w telewizji zaginęły te taśmy, nikt ich nie mógł odnaleźć. Ale to są rozgrywki na wyższym szczeblu, ja nigdy nie spotkałem się z żadnymi naciskami.
 
Ale dziennikarze często angażują się politycznie bez nacisków?
 
Każdy z nas ma jakieś poglądy, ale chodzi o staranność i rzetelność. Czymże jest obiektywizm dziennikarski? Trzeba umieć schować własne poglądy polityczne gdzieś głęboko, tak żeby na wizji były nie do zidentyfikowania. Jest kilku bardzo znanych dziennikarzy, nie będę wymieniał nazwisk, których nie tylko poglądy są znane, ale nawet możemy ich umiejscowić na scenie politycznej, wiadomo, po której ze stron się opowiadają. Jest jednak wielu dziennikarzy, co do których nie mamy takiego przeświadczenia. I bardzo dobrze.
 
Czy to, że umiejętnie chowasz swoje poglądy, decyduje o tym, że prowadzisz wieczory wyborcze?
 
Myślę, że tak. Co więcej, znam osoby współprowadzące „Wiadomości”, domyślam się, jakie mają poglądy, one na pewno domyślają się co do moich i wiem, że bardzo się różnimy. Mam jednak nadzieję, że widz tego nie zauważa i o to chodzi. To duża zasługa Małgosi Wyszyńskiej, która mając świadomość, że mamy różne poglądy, absolutnie nie brała tego pod uwagę dobierając współpracowników.
 
A jak z punktu widzenia dziennikarza telewizji publicznej, byłego korespondenta z Brukseli, bo i tym się zajmowałeś, wyglądają polscy politycy?
 
Obserwując scenę polityczną w Polsce można dojść do wniosku, że na niej toczy się nieustanny bój wszystkich ze wszystkimi, a w szczególności na samej górze między Platformą i PiS. Oglądając różne debaty można odnieść wrażenie, że ci politycy pałają do siebie nienawiścią. Rzeczywistość od kuchni, zwłaszcza w Brukseli wygląda zupełnie inaczej. Ludzie stojący po skrajnie przeciwstawnych stronach sceny politycznej, rozmawiają ze sobą zupełnie normalnie, żeby nie powiedzieć: wręcz przyjacielsko. Jad zaczyna się sączyć dopiero wtedy, gdy zapala się czerwona lampka przy kamerze. Na co dzień są zupełnie inni, pokazują swoją ludzką twarz i potrafią rozmawiać ze swoimi przeciwnikami politycznymi. Nawet umawiają się specjalnie na piwo, żeby porozmawiać na różne tematy, a dopiero w świetle kamer zachowują się zupełnie inaczej.
 
Może to dlatego, że w Brukseli nie grozi im obecność paparazzich?
Jest w tym dużo prawdy. W Brukseli politycy są bardziej anonimowi. Gdyby korytarzem sejmowym przeprowadzał się Ziobro czy Protasiewicz, to jest pewne, że natychmiast byłby zaczepiony przez jakiegoś dziennikarza, otoczony wianuszkiem mikrofonów. Natomiast w Brukseli czegoś takiego nie ma. Po pierwsze jest tam za mało polskich dziennikarzy, by śledzić każdy krok naszych posłów, po drugie zaś jest wiele innych ważnych wątków, nie tylko tych, którymi żyjemy w Polsce.
 
„Wiadomości”, „Teleexpress”, „Info Świata”… Jak na tym tle mieści się „Kawa czy herbata”?
 
Paradoksalnie, to jest najtrudniejsza figura.
 
Dlaczego?
 
Bo to jest program na żywo. Trwa dwie godziny. Poruszamy bardzo wiele różnych wątków. Czasem są to rozmowy, które mogą być uznane za mniej poważne, ale ja do tego podchodzę inaczej. Uważam, że każda rozmowa jest poważna. Nawet jeśli temat jest mnie nośny, może być najważniejszy w życiu dla pewnej grupy osób. Dlatego do każdego tematu trzeba podjeść tak, jakby to był najistotniejszy temat polityczny. Trzeba się bardzo solidnie przygotować, spróbować wyciągnąć od rozmówców coś, czego nie da się znaleźć w Internecie. Ten program jest ciężki także dlatego, że zdarzają się nieoczekiwane zwroty akcji. Przychodzi na przykład gość, który nigdy nie występował w telewizji. Na korytarzu rozmawia się z nim wspaniale, a na wizji nagle milknie. I wtedy trzeba go ożywić, dodać mu otuchy, by zaczął rozmawiać z nami tak, jak wcześniej na telewizyjnym korytarzu. Zresztą w Polsce panuje przekonanie, że programy poranne są gorsze, są mniejszego kalibru. Ale zwróćmy uwagę na to, że programy poranne w Stanach Zjednoczonych są prowadzone przez prawdziwych anchormanów. Tych, którzy już zęby zjedli na telewizji i lądują w tzw.” śniadaniówkach” mając olbrzymi dorobek zawodowy. Prowadzenie programów porannych jest zwieńczeniem ich dziennikarskich dokonań. Tak jest za oceanem.
 
Jesteś już jedną z twarzy TVP, ale nie zachowujesz się jak celebryta. To rzadkie.
 
To wynika z tego, że nie przepadam za blichtrem i wielkimi bankietami. Jeśli już muszę pójść, to się wybiorę, ale sam tego nie szukam. Znam w telewizji osoby, które lubią przebywać w tego typu towarzystwie, dostarcza im to wiele satysfakcji, ale mnie to nie odpowiada.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl