Burda International GmbH przejmuje wydawnictwo Gruner + Jahr w Polsce. – Wszystkie osoby zarządzające wydawnictwem i redaktorzy naczelni pozostają na swoich stanowiskach – zapewnia portal sdp....
Firma:
Radio VOX FM
Region:
Warszawa
Stanowisko:
DJ/Prezenter
Wymagania:
Doświadczenie w pracy przed mikrofonem
Oferujemy:
Umowę o pracę, możliwość rozwoju
Kontakt:
warszawa@voxfm.pl
....
Z Wojciechem Jagielskim o dziennikarstwie nieemocjonalnym, nieprzerażającym, lecz wyjaśniającym rozmawia Wiesław Łuka
Wojciech Jagielski, (ur. 12.09.1960) - polski dziennikarz, korespondent, publicysta. Autor czterech książek z krajów Europy, Azji i Afryki, licznych, licznych nagród dziennikarskich oraz medalu MSZ – Bene Menito. Wieloletni obserwator konfliktów zbrojnych w Afganistanie, Tadżykistanie i Czeczenii.
„Bardzo dużo złych rzeczy widziałem w dziennikarstwie” - wyraziłeś przed wielu laty taką opinię i chęć bycia z daleka od tego zawodu. Ze złych najgorsze, to było co?
Wszechpanująca cenzura w PRL-u. Dostawaliśmy ex cathedra formułowane wykazy z tematami tabu, z wytycznymi, co do ocen poszczególnych rzeczy i zjawisk. Już jako depeszowiec Polskiej Agencji Prasowej, bo od tego zaczynałem, musiałem pisać o NATO jako agresywnym pakcie wojskowym, a o Układzie Warszawskim jako sojuszu obronnym. W NATO agresywnie atakowały helikoptery, w UW obronnie działały śmigłowce. Listy tych wytycznych ciągle się wydłużały i one mnie straszyły. Inna sprawa: ja zawsze myślałem o dziennikarstwie zagranicznym, a tylko przed wybrańcami granice były otwarte. Większość miała szlaban na podróże. Można by wyliczać bez końca zakazy i nakazy.
Co jednak sprawiło, że się przekonałeś do zawodu?
Wiele rzeczy jednak w nim pociąga, o czym dość szybko się przekonałem – dziennikarz co prawda ciągle żyje w napięciu, ale paradoksalnie dłużej zostaje młody, bo tempo jego pracy nie pozwala mu myśleć o stresie i rozczulać się nad sobą. Dziennikarstwo z jednej strony wyniszcza, ale z drugiej konserwuje; człowiek nie ma czasu się zestarzeć. Po studiach dziennikarskich, skończyłem Instytut Spraw Międzynarodowych i równolegle studiowałem na Afrykanistyce. Po niej zgłosiłem się do wojska na ochotnika, przed wyznaczoną kolejką, by mieć to z głowy; w kamaszki pozwolono mi wejść szybko i bez problemu, bo byłem wysportowany. A potem, po epizodzie pracy w telewizji, gdzie nic mnie nie pociągnęło – tam nie było dynamiki - pewnego dnia rano wszedłem do newsroomu Polskiej Agencji Prasowej i w widoku szeregu ustawionych, wielkich dalekopisów zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Przy dalekopisach zobaczyłem pociągające sterty depesz, czyli nieprzebrane źródło informacji…
Ale depesze, lub zazwyczaj krótkie informacje, to teksty, jak uczy teoria dziennikarstwa, zobiektywizowane, odpersonalizowane; bohaterami informacji są wydarzenie i fakt, nie ma tam miejsca na odautorskie opinie, oceny, komentarze, na popisy językowe – to mało pociągająca twórczość…
Chyba jestem urodzonym depeszowcem. Nigdy nie czułem potrzeby podpisywania depeszy imieniem i nazwiskiem. Ja nawet literek - bo każdy depeszowiec miał przecież swoje inicjały – nie wymyślałem sobie takich, by każdy wiedział, że ja, to ja. Minie wystarczyła literka „w”.
To co cię pociągało w PAP-ie?
Właśnie informacja. Szczególnie ta, która była opatrzona słówkiem „pilna”. Miałem jako pierwszy do niej dostęp. Opracowywałem ją, ona dopiero po godzinie docierała do radiosłuchaczy, telewidzów i czytelników. To naturalne, że dość szybko zrodziła się również potrzeba pisania dłuższych artykułów, sygnowanych imieniem i nazwiskiem, zawierających także moje opinie i oceny faktów oraz wydarzeń. Przydzielono mi już wówczas bardzo ciekawy rejon wschód Europy – Związek Radziecki, gdzie tzw. pieriestrojka wszystkich interesowała jako zwiastun reformy komunizmu. Te większe teksty zanosiłem do Gazety Wyborczej, która także było nimi zainteresowana. Jedno z drugim się połączyło, teksty spotkały się z dobrym przyjęciem i przeszedłem do Gazety. Szczególnie dużo artykułów pisałem o Zakaukaziu, na którym działo się, jak pamiętamy, wyjątkowo dużo. Zacząłem tam jeździć. Imponowała mi już wówczas w artykułach większa dawka autorskiego indywidualizmu – więcej własnych opisów wydarzeń z gorących miejsc tamtych republik, więcej analiz zjawisk społecznych i politycznych. Wyszukiwałem i prezentowałem ciekawych ludzi - komu by to nie imponowało? Również to, że czytelnicy Gazety to zauważali i coraz wyżej sobie cenili; przyszły pierwsze, prestiżowe nagrody.
A kiedy był pierwszy reportaż?
Wiosną 1993 roku. W Afganistanie poznałem amerykańskiego dziennikarza, Richarda Ehrlicha, który wydał reporterską książkę o Indochinach i prosił mnie o pomoc w jej wydaniu w Polsce. Pomogłem mu – w ramach promocji dokonałem kompilacji fragmentów jego tekstów z moimi materiałami i wyszła poruszająca publikacja o seksbiznesie w Bangkoku, Sajgonie i Phnom Penh. Moja żona, powieściopisarka, oceniła ten tekst jako „coś przypominającego reportaż ”. Pół roku później napisałem pierwszy, samodzielny reportaż z Gruzji. Wówczas „załapałem”, na czym takie reporterskie opowiadanie powinno polegać.
No, na czym?
Na pewno nie tylko na chwytaniu i zapisywaniu luźnych, choć ciekawych obrazków z życia.
Ale przecież reportaż dopuszcza dość luźną kompozycję kolażową. Ty preferujesz kompozycję linearną, podporządkowaną chronologii wydarzeń.
Nie jestem przeciwnikiem kolażu. O co innego mi chodzi – siadam do reportażu, kiedy instynktownie wyczuwam, że zebrany materiał - wydarzenia, rzeczywiste sceny, ludzie, ich przeżycia coś łączy, spaja je jakaś ogólna myśl. Muszę dostrzec tę myśl – mogą to być refleksje na przykład o idei trwania lub chęci zmiany, szansie wyboru lub jego niemożności, przypadku lub determinizmu, odpowiedzialności w podejmowaniu decyzji lub jej braku, rwania się władzy lub trzymania jej za wszelką cenę. Jeśli w posiadanym materiale nie odkryję tej myśli, która stanowi oś dramaturgii i klamrę spinającą całość, to nie zaczynam pisania. Zanim wybiorę kompozycję tekstu, muszę wiedzieć, o czym mam opowiedzieć.
Od depeszowca agencyjnego do reportażu – to jakby podążanie drogą Ryszarda Kapuścińskiego, na którego często się powołujesz jako na swego arcymistrza. Jaką lekcję od niego odebrałeś?
Powiem o dwóch. Autor „Cesarza” pokazał mi, że dziennikarstwo można uprawiać w sposób literacki, że bardzo ważny jest styl pisania. W PAP nie uczono stylu. W depeszy najważniejsza jest waga informacji, depesza nie znosi popisów stylistycznych, zawijasów zdaniowych i udziwnień językowych. Choć nawet depesze Kapuścińskiego wyróżniały się wyjątkowym spojrzeniem na świat oraz stylem. Jakiś korespondent donosił o narastającym konflikcie między Salwadorem a Hondurasem, Kapuściński też o tym informował, ale niezależnie od tego zauważał i opisywał na przykład scenę rozstrzelania na rynku małego salwadorskiego miasta jakiegoś dezertera z armii. Tu już było kawałek prozy z Hemingway’a. Po drugie - mój arcymistrz dostrzegał w rzeczywistości rzeczy, często drobne, ale symboliczne, stanowiące klucze do zrozumienia wielkich zjawisk. Inni nie mieli tego daru.
Reportażysta, wieloletni kandydat do literackiego Nobla ( również jestem jego fanem), któremu w pewnym momencie zaczęto wytykać większe lub mniejsze przeinaczanie faktów, nawet ich zmyślanie. Jeden z krytyków angielskich dostrzegł w latach dziewięćdziesiątych w „Hebanie” błędy faktograficzne…
Kapuściński był fantastycznie i bezkrytycznie odbierany w kręgu języków romańskich, gorzej natomiast w kręgu anglosaskim…
Jak ty odebrałeś książkę Artura Domosławskiego, „Kapuściński – non fiction”, w której także znakomity reportażysta wytyka mistrzowi - reportażyście konfabulację…
Bardzo cenię tę książkę, którą uważam za odważną próbę napisania prawdziwej biografii. U nas często pisze się hagiografie lub paszkwile…
To prawda, ale Kapuściński zmyślał fakty…
Oczywiście, zmyślanie nie wchodzi w grę, ale pamiętajmy, że o pewnych faktach, wydarzeniach reporter dowiaduje się od swoich informatorów, czyli ma do nich dostęp z drugiej ręki; nie jest ich naocznym świadkiem, To jest normalna, od wieków praktyka reportera. Może Kapuściński zbyt ufał informatorom, przecież nie miał okazji i czasu wszystkiego sprawdzić w warunkach konfliktów i wojen w Afryce, czy Ameryce Łacińskiej.
Pisał, że w Kongo był wraz z kolegą, dziennikarzem czechosłowackim bliski śmierci przez rozstrzelanie, gdy tymczasem ten kolega w rozmowie z Domosławskim zaprzeczył zaistnieniu takiej dramatycznej sytuacji.
Obydwaj znaleźli się w ekstremalnych warunkach, które jeden odebrał i ocenił jako groźbę rozstrzelania, a drugi zapamiętał je jako mniej dramatyczne. Ryszardowi Kapuścińskiemu, bardzo emocjonalnemu człowiekowi, mogło się wydawać, że wówczas śmierć mu zajrzała w oczy…Ja i mój kolega, fotoreporter, Krzysztof Miller, byliśmy w wielu podobnych sytuacjach i każdy je odbierał po swojemu, a potem opowiadał o nich inaczej.
To prawda, każdy bardzo indywidualnie reaguje na rzeczywistość, ale jeśli ją konfabuluje?...
Powtarzam, to jest niedopuszczalne. Wiesz, gdybym się o tym dowiedział po raz pierwszy z książki Domosławskiego, to bym przeżył większe rozczarowanie. Tymczasem my w środowisku dziennikarskim od lat o pewnych rzeczach wiedzieliśmy i gadaliśmy. Nikt jednak nie miał odwagi powiedzieć tego głośno; gdyby powiedział, zostałby obwołany kapusiem i donosicielem. Książka Domosławskiego sprawiła, że dla wielu czytelników prysł mit arcymistrza reportażu. Dla mnie autor „Szachinszacha” pozostanie mistrzem na zawsze; mistrzem uczłowieczonym, który dokonał wielu wielkich czynów reporterskich i literackich, a zarazem miał swoje słabości, swoje defekty.
Przekraczałeś kilkadziesiąt razy granice innych państw, znajdowałeś się w diametralnie różnych kręgach cywilizacyjnych, kulturowych, obyczajowych, mentalnych. We wstępie do książki „Modlitwa o deszcz” piszesz o wkraczaniu w rzeczywistość „odmienną i niepojętą, gdzie dotychczasowe kryteria logiczne i etyczne okazują się zupełnie nieprzydatne”. Zakaukazie, Afganistan, Indochiny, Afryka – jak szybko musiałeś adaptować się do nowych warunków, by coraz pełniej rozumieć i odczuwać to, co „odmienne i niepojęte”, by wykorzystywać to jako dokumentalne tworzywo reporterskie?
Ta rzeczywistość jest istotnie niepojęta dla kogoś, kto wybiera się do innego świata nieprzygotowany. Ja pierwszy raz jechałem do Afganistanu w 1992 roku i wiedziałem o nim wszystko, co można było wówczas wiedzieć z niezliczonej liczby depesz i dużych publikacji, których się naczytałem. Nie miałem więc problemu z akceptacją głównej normy codziennego funkcjonowania Afgańczyków: In Szallah (jak Bóg da). Oni mówią o Europejczykach: wy macie zegarki, my mamy czas. W cywilizacji zachodniej nami rządzi czas, natomiast tam oni rządzą czasem. Oni byli i będą bardzo życzliwi i uczynni dla mnie, we wszystkim mi pomogą, ale według zasady: jak Bóg da. Jeżeli koś nie dotrzymał danego mi słowa, nawalił z punktualnością, usłyszałem In Szallah i musiałem uśmiechnąć się ze zrozumieniem, zrobić minę pogodzonego z losem. Tak, jak pogodzony z losem musiałem kiedyś w Kirgizji, jako gość pierwszy zjeść jedno z dwóch ugotowanych baranich oczu pływających w bardzo tłustym rosole z ryżem. Jedliśmy z jednej wspólnej misy. Gospodarz swoją łyżką podsunął w moją stronę oko, które było dla mnie przewidziane. Gdy je przełknąłem, dopiero wówczas gospodarz zjadł drugie oko. Wiedziałem, że nie mogę odmówić, bo gospodarzowi się nie odmawia. Wiedziałem również, że nie mogę w trakcie innego spotkania, polityczno-filozoficznej dysputy wyznać, że nie wierzę w Boga, nawet gdybym rzeczywiście nie wierzył. Mój fotoreporter, Krzysztof wyznał przy mnie podczas tej dyskusji, że jest agnostykiem… do końca życia nie zapomnę min naszych dyskutantów; oni nie potrafili pojąć, że człowiek, istota ludzka, stworzona przez Boga, może w Niego nie wierzyć. Co prawda trochę się użalali nade mną, że jestem chrześcijaninem, że lepiej być muzułmaninem, ale moją wiarę akceptowali, właściwie rozumieli, że wierzymy w tego samego Boga.
„Modlitwa o deszcz” jest owocem jedenastu podróży do Afganistanu. Wiele podróży odbyłeś na Kaukaz i za Kaukaz („Wieże z kamienia”, „Dobre miejsce do umierania”) , do Ugandy („Nocni wędrowcy”). Teraz piszesz książkę o RPA. Zbierasz ogrom materiału dokumentacyjnego. Jak sobie potem radzisz z jego selekcją? Ona jest zawsze jednym z trudniejszych twórczych zadań reportera?
Już mówiłem, że zabieram się do pisania dopiero wtedy, gdy wiem, o czym chcę opowiedzieć. Zdecydowałem, że „Modlitwa o deszcz” będzie książką, o bezkompromisowości. Afgańczyków zrozumiałem jako ludzi gotowych zniszczyć każdy ustrój, każdy styl życia, który im nie odpowiada. Akceptują wyłącznie to, co jest ich, szczere, bliskie afgańskiemu sercu. Osiągnięcie tego celu wymaga dużo czasu, ale im się nie spieszy. Narrację w tej książce podporządkowałem idei bezkompromisowości. W książce „Wieże z kamienia” opowiedziałem o wybrańcach wojny i ułudzie wolności Czeczenów. Dyktatorom, odpowiedzialnym za śmierć miliona Ugandyjczyków i zemście duchów ofiar tych satrapów poświęciłem „Nocnych wędrowców”. Odwieczne waśnie sąsiadujących ze sobą małych narodów Zakaukazia, napuszczanych na siebie przez ościenne mocarstwa, to myśl przewodnia „Dobrego miejsca do umierania”. Jest zrozumiałe, że za każdym razem musiałem rezygnować z mnóstwa rzeczy zawartych w materiałach dokumentacyjnych, których mam sto razy więcej niż zdoła pomieścić reportaż prasowy, czy reporterska książka. Staram się widzieć racje wszystkich zwaśnionych stron. Rolą reportera jest nie opowiadać się po którejkolwiek z nich. I pisać nie nazbyt emocjonalnie.
Wiesz, że wielu kolegów po fachu, obecnie piszących i tych, którzy przeszli do historii reportażu wyrażało i wyraża odmienne poglądy w tej kwestii?
Znam opinie diametralnie różne. Ja jednak uważam, że pisanie emocjonalne jest niezawodowe. Dziennikarz nie jest po to, by się zachwycać, oburzać, lub przerażać. Jest po to, by informować i wyjaśniać.