Z Jackiem Hugo-Baderem o jego duszy awanturnika, piszącego „z pozycji wałęsającego się psa” rozmawia Wiesław Łuka

 
Jacek Hugo–Bader, reportażysta Dużego Formatu Gazety Wyborczej, autor nagrodzonych książek reporterskich, dwukrotny laureat nagrody Grand Press; również autor filmów dokumentalnych.
 
 
 
 
 
Trzeba najpierw samemu dostać wycisk od życia, potem można zajmować się przeżyciami innych – to twoje słowa. Jaki wycisk dostałeś raz i drugi i kiedy dojrzałeś do zajmowania się sprawami innych?
 
Jasne, że ci tego nie powiem, bo nie mówię o własnej prywatności. Nie jestem gwiazdorem, żeby się odsłaniać. A ogólnie – każdy z nas dostaje od życia po garbie…
 
Nie pytam o to, co trzymasz w sobie i chcesz to chronić, ale o to, co przeżyłeś i co ma pewien walor społeczny, obywatelski…
 
Izaak Babel przyniósł kiedyś do redakcji tom swoich debiutanckich opowiadań. Po ich przeczytaniu Maksym Gorki powiedział: no, no to jest fajne, ale zabierz to i… idź, pożyj troszeczkę, a potem porozmawiamy… Babel wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, służył w Armii Konnej i napisał „Dziennik 1920” - jedno z najlepszych dzieł reporterskich, jakie znam… Nie można się zająć reportażem bez własnych, intensywnych doświadczeń, bez bycia wśród ludzi i ważnych wydarzeń. Wiesz co, zaskoczę cię tym banałem – sport fantastycznie kształtuje charakter. Rokrocznie biorę udział w maratonie warszawskim, znakomicie się czuję pośród tysięcy innych biegaczy i wczoraj (25.09) udało mi się zejść poniżej 3,5 godziny, co – jak na moje lata i profesję - jest wyczynem mnie zadawalającym. Ja to muszę robić, codziennie biegam z psem po lesie w Olszynce Grochowskiej – te miażdżyce, nadciśnienia tętnicze, te bóle podmostkowe i przepukliny lędźwiowe jakoś mnie nie powalają.
 
Inne twoje wyznanie: „nie jestem od opisywania ludzi bogatych, szczęśliwych i zdrowych, takie opisywanie byłoby bezsensowne i nudne…” Ale ludzie często mają dosyć babrania się w patologiach, grzebania w życiorysach nieudaczników, chcą czytać także o tych, którym się udało…
 
Nie wierzysz w to, co mówisz. Gdyby ludzie nie lubili tego babrania się, to by nie kupowali nagminnie tych wszystkich brukowców…Ale ja  rozumiem tych, co chcą to czytać i tych, co chcą to pisać.  To jest jednak poza moja poetyką. Nazywam siebie reporterem trotuarowym, a nie salonowym i koniec. Kiedyś Mariusz Szczygieł trafnie o mnie napisał: Hugo-Bader ogląda świat z pozycji wałęsającego się psa.
 
Szukasz sensacji?
 
Po prostu - interesuje mnie nie ten człowiek, który się zakochał, ale który się zakochał pięknie lub beznadziejnie. Nie ten, co dostał po zębach, ale ten, co bardzo mocno dostał po zębach. Tu chodzi o intensywność przeżyć. Kiedyś w Rosji zainteresowałem się kobietą chorującą na AIDS. Myślałem, że idę do prostej, może prymitywnej Rosjanki, wraka człowieka. Tymczasem Nadia okazała się wspaniałą osobą, heroiną walczącą o życie, twarzą tej walki ze zmorą drugiej połowy XX wieku.
 
Dziennikarz powinien naprawiać świat – to też twoja opinia; taką powinność nakładasz na to, co robisz. To również zaskakująca konstatacja. Częściej słyszy się opinię przeciwną: dziennikarz nie jest od naprawiania świata, lecz od jego opisywania.
 
Jeżeli ja opiszę, że komuś się dzieje krzywda, albo ktoś się zmaga za jakimiś przeciwnościami losu, to świat się o tym dowiaduje i ja daję światu szansę naprawy, przyczyniam się do niej. Niech ci, co podejmują decyzje - na przykład politycy – dowiedzą się o krzywdzie, czy walce z nieszczęściem i niech  naprawiają rzeczywistość. Trzeba jednak stwierdzić, że najczęściej politycy nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje. Nie spotykają się z ludźmi. Dla mnie natomiast spotkanie z tą piękną, młodą kobietą było jednym z najbardziej budujących przeżyć w moim życiu. Ona pod koniec naszej długiej rozmowy wyznała, że złapanie śmiercionośnego wirusa HIV było dla niej błogosławieństwem. Walka z nim ją radykalnie odmieniła.
 
Nigdy cię nie pociągała publicystyka? – ona bardziej jest predestynowana do naprawiania świata.
 
Nie potrafię pisać z czapy. Muszę najpierw coś zobaczyć, usłyszeć, by o tym napisać.
 
Uprawiasz reportaż, o którym mówisz: to gatunek na wymarciu, głównie ukazujący się w medium…na wymarciu, czyli w prasie.
 
Ja tak powiedziałem? - a to dziwne. Przecież mamy dużą grupę wspaniałych reporterów i wspaniałe tradycje, chociażby z drugiej połowy ubiegłego wieku. Wtedy tworzyło pierwsze pokolenie reporterów-  by nie sięgać do jeszcze wcześniejszych lat. My - drugie pokolenie - przygotowaliśmy niedawno z wielkim powodzeniem antologię polskiego reportażu dla Niemców, w ich języku. Podczas promocji tomu słyszeliśmy w wielu niemieckich miastach pytania z nutą podziwu i zarazem zazdrości: jak wy, Polacy to robicie, że macie tak bogatą twórczość reporterską, a my, Niemcy tego nie mamy?
 
Więc jest to gatunek na wymarciu?
 
W tym sensie, że redakcje i wydawcy tną koszty, na czym się da. Mają coraz mniej pieniędzy, by zamawiać reportaże, które są piekielnie kosztownym gatunkiem dziennikarskim. On zabiera dużo czasu i pieniędzy na dokumentację tematu. Trzeba reportażystę wysłać na delegację w kraju lub na świecie, a on jest słabo wydajny, napisze jeden tekst w miesiącu, albo jeszcze mniej. Napisze tekst kobylasty, który zabierze cztery kolumny; którą gazetę, czy pismo stać na taką rozrzutność? A ja nie umiem napisać krótko czegoś, co wymaga opisu miejsca, czasu, bohaterów, ich głębokiej analizy. Teraz piszę książkę o Kołymie. Aby wyjechać na daleką północ we wschodniej Syberii, gdzie spędziłem długie miesiące, musiałem sam znaleźć sobie sponsora, który sfinansował moją podróż i pobyt za Kołem Podbiegunowym.
 
Filmowcy też szukają producentów dla realizacji swoich scenariuszy. Czy twoi „producenci” nie stawiają warunków co do treści książki?
 
Nie, żadnych. Ja – autor drugiego pokolenia - mam już taką pozycję i dostaję taki kredyt zaufania, że sponsor nie wtrąca mi się do roboty; czeka na książkę, która się dobrze sprzeda. Ci najmłodsi autorzy – trzecie pokolenie -  którzy już drukują teksty w Dużym Formacie Gazety Wyborczej są w gorszej sytuacji, bo nie mają jeszcze nazwisk. Martwię się o ich los, ponieważ oni, jako autorzy, wchodzą na rynek w sytuacji kryzysu gazet i periodyków, w których, poza Gazetą Wyborczą, nie ma działów reportażu.
 
Kiedy poczułeś w sobie żyłkę reporterską, a może imperatyw zajęcia się  tym gatunkiem?  
 
Zaczynałem dwadzieścia lat temu w  Gazecie Wyborczej, w Dziale Krajowym. Przyszedłem z ogłoszenia. Usłyszałem, że szukają młodych, którzy nie studiowali na Wydziale Dziennikarstwa.
 
Dlaczego?
 
To trzeba ich zapytać. Chyba dlatego, że uczelnie nie uczą fachu.
 
Uczą, uczą. Coraz tam więcej zajęć praktycznych – wiem, bo między innymi sam je prowadzę.
 
Wiesz dobrze, że za reportaż powinien się brać ktoś, kto już przeszedł szkołę dziennikarstwa praktycznego i nabył wiedzę i mądrość życiową, o czym już mówiliśmy na wstępie. Dziś spotykam kogoś ciekawego, on mi coś opowiada, ja muszę bardzo szybko ocenić ważność tego, czego słucham. Bohatera muszę „rozbić na atomy”. Muszę natychmiast stawiać pytania nie tylko „co”, ale „dlaczego” i „co z tego wynika lub może wyniknąć”? Rozmawiam z bohaterem pół dnia, a potem wykorzystuję do tekstu dziesięć, lub dwadzieścia procent tego, co zanotowałem; albo nic nie wykorzystuję, bo następnego dnia spotkałem kogoś ciekawszego w tym samym temacie, którego przypadkowo lub świadomie polecił mi na przykład mój dzisiejszy rozmówca. To jest w reportażu fascynujące – powstawanie, często spontaniczne, tego łańcuszka bohaterów i wątków. Ja mam duszę takiego „awanturnika”, uwielbiam te niespodzianki.
 
Jak docierasz do – przepraszam czytelnika za patetyczność sformułowania – głębi duszy i intelektu rozmówców? Jak ich otwierasz?
 
Po pierwsze - nigdy się nie spieszę, zawsze rezerwuję sobie dużo czasu na rozmowy. Nie staram się być inwazyjny. Często jest tak, że zanim mój bohater otworzy gębę, to ja przez godzinę nawijam o sobie. Muszę zdobyć jego zaufanie, on musi wiedzieć, po co ja do niego przyszedłem i czego chcę. Musi się przekonać, że on jest dla mnie bardzo ważny. Musi się także przekonać, że ja mówię prawdę… tu nie ma żadnego udawania.
 
Jak wielu miałeś takich rozmówców, których nie przekonałeś do siebie?  
 
Kilkoro, ale nie chcę o nich mówić, bo jeszcze nie skreśliłem ich „z listy oczekujących”, jeszcze z nich nie zrezygnowałem. Choć oni się opierają, to mam nadzieję kiedyś podjeść do nich kolejny raz, a tymczasem podtrzymuję z nimi kontakty – na przykład wysyłam im życzenia świąteczne, lub wydaną książkę. Niektórzy jednak odmówili mi definitywnie – do nich należy sławna, Walentyna Tiereszkowa, kosmonautka jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, ciągle pracująca w randze ministra. Przez lata do niej „się skradałem”. Wysyłałem do Moskwy kwiaty, własne książki z dedykacjami, pisałem piękne listy. Wreszcie dała mi nadzieję. Pojechałem do niej, porozumiewałem się z nią za pomocą sekretarza. Już ją „dopadłem” na korytarzu ministerstwa. Wtedy ostatecznie mi odmówiła, choć „jęczałem”, że już dziesięć dni przebywam w Moskwie, specjalnie dla niej przyjechałem; nic nie pomogło. Nie odpuściłem jednak tematu. Napisałem reportaż o Walentynie bez jej udziału. Powstał on po rozmowach z dublerkami kosmonautki; każdy kosmonauta ma dwóch, trzech dublerów, którzy w ostatniej chwili przed startem rakiety mogą ich zastąpić w razie jakiej awarii z głównym kosmonautą. Trzy dublerki Tiereszkowej opowiedziały mi fascynujące historie o niej i o swojej roli w realizacji programu kosmicznego. Kończyły opowieści wyrażeniem błogosławieństwa losowi, że żadna z nich nie poleciała w kosmos, co oszczędziło im bycia „manekinem wystawionym za szybą na widok publiczny”.
 
Pewnie polskie potencjalne bohaterki też ci stawiały opór przed rozmową? Ale wolę mówić o tym, jak upór reportażysty pokonuje opory jego rozmówców.
 
Matka z Nowych Tychów straciła syna w pamiętnej lawinie, która kilka lat temu pochłonęła grupę licealistów rejonie tatrzańskich Rysów. Do reportażu pod tytułem „Straty nadzwyczajne” poszukiwałem bohaterów, których los szczególnie dramatyczne doświadczył. Dowiedziałem się o tej matce z Tychów i o tym, że ona nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Nie odpuściłem. Pod jej blok podjechałem bez zapowiedzi. Blisko półtorej godziny rozmawiałem z nią przez telefon siedząc w samochodzie. Przekonywałem, jaki tekst przygotowuję, jak mi na jej opowieści zależy, jak rozmowa ze mną może jej pomóc w przeżywaniu traumy po tragedii. Wreszcie wpuściła mnie do domu. Pod koniec długiej rozmowy wyznała, że nie żałuje czasu, który mi poświęciła. Dowiedziałem się m.in., że od chwili tragicznej śmierci syna, śpi wyłącznie na tym prześcieradle, na którym on spał w hotelu Morskie Oko ostatniej nocy przed wyprawą na Rysy. Dla tego jednego zdania warto było walczyć o rozmowę z nią.
 
Nie miała do ciebie żalu, że ujawniłeś to wyznanie? Wiem, że w związku z innym reportażem Rada Etyki Mediów zarzuciła ci złamanie jednej z ważnych zasad etyki dziennikarskiej…
 
Moim zdaniem niesłuszny to zarzut. Opisałem historię nastolatka, który na warszawskiej ulicy Świętokrzyskiej popełnił samobójstwo wyskakując z okna, bo chłopcy na podwórku skradli mu nowiutki i pierwszy w jego życiu telefon komórkowy. Podczas nadzwyczaj solidnej dokumentacji przeprowadziłem normalne, kryminalne śledztwo – kto i jak skradł gadżet tak dla dzieciaka drogi. Rozmawiałem również, to oczywiste, z jego matką i wujkiem, który zastępował chłopcu ojca. I ten wujek zgłosił wielkie pretensje, że w tekście ujawniłem jego nazwisko. Skarżył się, że jego życie jest zagrożone ze strony złodziei i ich „opiekunów”. Skarga dotarła do Rady Etyki Mediów, która przypięła się do mnie…Ja byłem pewien swego – nie zrobiłem nic złego, bo nie umawiałem się z wujkiem i matką samobójcy, że zmienię nazwisko, albo pójdę w anonimowość. Nie chcę więcej mówić o sprawie, która ma drugie dno…Nie mogłem nawet ujawnić tego drugiego dna, bo wówczas rzeczywiście bym wujkowi zaszkodził. Nie tylko ten temat mnie przekonał, że wszystko, co dziennikarzowi łatwo przychodzi, nie ma większej wartości. Każdy dobry reportaż, ten najszlachetniejszy z gatunków dziennikarskich, musi być okupiony „potem, łzami i krwią”.
 
 
 
* Redaktor Jacek Hugo-Bader nie życzył sobie autoryzacji wywiadu
 
Fot. ze zbiorów SDP
 
        
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
            
 
  
 
 




 
 
 
 
          
 
 
 
 
 
  
 
   
 
 
 
  
 
   

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl