Z Janem Pińskim o spadku sprzedaży i przyszłości „Uważam Rze”, oraz o zależności i niezależności mediów rozmawia Kajus Augustyniak

Jan Piński, dziennikarz i szachista, redaktor naczelny „Uważam Rze”, ur. w 1979 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa UW. W latach 2001- 2009 pracował w tygodniku „Wprost”. Był autorem m.in. serii artykułów dotyczących afery Orlenu i interesów przedsiębiorstwa J&S. W 2009 pełnił kolejno funkcje szefa „Wiadomości” TVP i dyrektora Agencji Informacji TVP. W 2011 był redaktorem naczelnym tygodnika „Wręcz Przeciwnie”, a następnie szefem działu wiadomości portalu Nowy Ekran. Współpracował z tygodnikiem „Najwyższy Czas!”. Od 1999 międzynarodowy mistrz w szachach, pełni funkcję redaktora naczelnego „Panoramy Szachowej”.

Wirtualne Media” podały, że średnia sprzedaż „Uważam Rze” spadła ze 125 tys. w listopadzie do 55 tys. w grudniu, a ostatni ubiegłoroczny numer sprzedał się w 40 tys. egzemplarzy. Z czego, Pańskim zdaniem, bierze się ten spadek?

Przede wszystkim z tego, że w segmencie rynku, który miał 120 tys., pojawiła się konkurencja. Wydawca spodziewał się spadku. Trzon publicystów piszących dla tygodnika zastosował moim zdaniem bardzo nieuczciwy chwyt w postaci wyjścia łamiąc jednostronnie zawarte umowy. Niektórzy nawet wzięli zwolnienia lekarskie i zaczęli pracę dla konkurencyjnych tytułów. Był taki przypadek, kiedy jeden z redaktorów „Uważam Rze” złożył wniosek o urlop na żądanie, później wziął zwolnienie, a w tym czasie redagował tygodnik „W Sieci”. W grudniu oprócz odpływu autorów i negatywnego PR, mieliśmy również do czynienia z kampanią reklamową „W Sieci”. Pracownicy Grzegorza Hajdarowicza postanowili go ukarać za jego suwerenną decyzję i zrobili dużo, aby tygodnik się nie ukazał. Jestem przygotowany na wahnięcia sprzedaży, jednak udało nam się stworzyć tygodnik, którego merytoryczna ocena jest bardzo wysoka. Redaktor Warzecha może się śmiać, że jest to tygodnik „no name’ów”, ale jak skończą się wydatki ”Do Rzeczy”, promocje „W Sieci”, to wtedy zaczniemy konkurować zawartością.

Gdy objął Pan tę funkcję, redaktor naczelna Dziennika Gazeta Prawna stwierdziła, że zadanie, którego Pan się podjął, jest bardzo trudne, i że wątpi, czy się to Panu uda.

Nie spodziewałem się, że znane osoby, które zarabiają wiarygodnością i swoją twarzą, zerwą umowy bez zachowania okresu wypowiedzenia. Zakładałem, że zachowają się, tak jak ja w tygodniku „Wprost”, kiedy przestała mi odpowiadać polityka ówczesnego właściciela. Poszedłem do niego i powiedziałem: „ja i osoby podobnie myślące nie wyobrażają sobie dalszej pracy w zespole, który chcesz tworzyć. Prosimy cię o budżet, w jego ramach zaproponujemy ci kandydatury następnych dziennikarzy”. Tak moim zdaniem postępują zawodowcy i ludzie odpowiedzialni. Ogromny sukces „Uważam Rze” był oczywiście spowodowany treścią tygodnika, ale przede wszystkim faktem wejścia w segment rynku dawnego „Wprost”, pisma konserwatywno-liberalnego, moim zdaniem odważniejszego w tezach i w formie od dawnego „Uważam Rze”. Gdy Tomasz Lis przejął „Newsweek” i powstały cztery tygodniki prosalonowe, pojawiła się dziura w rynku. Ludzie mieli do wyboru tylko „Gazetę Polską”, jednoznacznie opowiadającą się za PiS i tygodniki niszowe. Brakowało takiego, który by respektował wolny rynek i zdrowy rozsądek w sprawach obyczajowych. To wykorzystał „Uważam Rze”. Wpierw kosztował 1,90 zł, później coraz więcej i nie miał konkurencji w segmencie. Odniesienie sukcesu na rynku, na którym nie ma konkurencji, nie jest trudne. Dodatkowo wypromowanie „Uważam Rze” kosztowało minimum kilkanaście milionów złotych. Autorzy wypromowani na bilbordach i reklamówkach za pieniądze Presspubliki dyskontują dziś sukces w sprzedaży „W Sieci” i „Do Rzeczy”. Jako pracownik Grzegorza Hajdarowicza mogę powiedzieć, że to, co się wydarzyło jest przykre, ale jako obywatel powiem: „Litości! Było 120 tysięcy czytelników, teraz będzie 300 tysięcy”. SDP powinno rozważyć przyznanie prezesowi Hajdarowiczowi nagrody wolności słowa.

Skoro o nim mowa… W jednym z wywiadów powiedział Pan, że jedyna zmiana, jaką Pan zakłada, to uzdrowienie relacji między redakcją a właścicielem…

Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota w jednym z wywiadów stwierdził, że nie wierzy w pełną niezależność redaktora naczelnego od wydawcy i ma rację. Redaktor naczelny pisma musi współpracować z wydawcą. Gdy chciałem z grupą dziennikarzy założyć tygodnik, to sam wyłożyłem na to pieniądze. To nie były ogromne środki. Paweł Lisicki i jego koledzy mogliby wyłożyć podobne na taki projekt. To jednak wymaga ryzykowania własnymi pieniędzmi, a nie szukania sponsorów. Wbrew temu, co tamci panowie twierdzą, „Uważam Rze” przy 120 tys. sprzedaży nie generował zysków. Większość środków pochłaniał ogromny fundusz płac, niespotykany na rynku. Takich pensji, jakie mieli redaktorzy „Uważam Rze”, nie ma i nigdy nie było na rynku prasowym.

Gdy jednak ta ekipa odchodziła, po rynku poszedł hyr, że to Pan kolejnym dziennikarzom oferował jakieś bajońskie sumy.

Nigdy nie rozmawiałem telefonicznie z nikim o żadnych kwotach. Niektórym podawałem średnie wierszówki. Był dziennikarz z „Gazety Polskiej”, który wcześniej prosił mnie o ofertę, bo nie mógł się rozliczyć ze swoim wydawcą. Złożyłem mu ofertę rozmowy o pracy, ale kwota nie padła. On to natychmiast wykorzystał do nakręcenia spirali. Niemniej proponowanie komuś pieniędzy za pracę nie jest niczym nagannym. Jedną z rzeczy, co do których zobowiązałem się wobec pana Hajdarowicza, była redukcja budżetu „Uważam Rze”. Niestety, to był jeden z głównych powodów rejterady „niepokornych”. Proszę pamiętać, że większość z nich pracowała ze mną wcześniej, część była moimi podwładnymi, jak Robert Mazurek, Rafał Ziemkiewicz, z Igorem Zalewskim wspólnie pisałem materiały, Piotr Gabryel był moim przełożonym blisko 6 lat.

Zarzucano Panu, że w pierwszym numerze po objęciu przez Pana funkcji, pojawili się politycy w roli publicystów: Janusz Korwin-Mikke, Artur Zawisza.

Akurat tekst Zawiszy był polemiką zaakceptowaną do druku jeszcze przez Pawła Lisickiego. Proszę jednak pamiętać, że miałem półtora dnia na skompletowanie numeru, w sytuacji, w której część publicystów robiła wszystko, żeby on się nie ukazał, łącznie z tym, że nie przesyłali tekstów, mimo że byli etatowymi pracownikami redakcji. To jest rzecz dla mnie niespotykana, by pracownicy firmy działali na szkodę pracodawcy.

I sądzi Pan, że to była świadome działalnie w celu doprowadzenia do upadku pisma?

Tak. Bezsprzecznie. Dlatego te osoby, które miały etaty, zostały wyrzucone dyscyplinarnie. Przychodzi redaktor i mówi: chyba nie każesz mi pracować. A przecież okres wypowiedzenia chroni obie strony. Okres wypowiedzenia nie jest okresem zapomogi socjalnej, tylko czasem, w którym pracownik świadczy pracę. Jest też prosta formuła, czyli porozumienie stron i można odejść. Z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem fakt, że niektórzy publicyści związani umowami, jak Bronisław Wildstein, nawet się nie pofatygowali na jakiekolwiek oświadczenie, tylko nie przysłali materiałów i koniec. To znaczy, że podpisywanie z nimi jakichkolwiek umów nie ma żadnego sensu. W umowach nie ma paragrafu, że w razie zmiany naczelnego, na którą dany pracownik się nie zgadza, to ma on prawo niewykonywania umowy.

Ale jako ktoś, kto kiedyś sam z podobnych powodów odszedł z „Wprost” powinien Pan mieć trochę zrozumienia dla tej ekipy?

Ja zapełniłem wydawcy ciągłość wydawniczą i nie oskarżałem go publicznie o łamanie wolności słowa. Miałem trzymiesięczne wypowiedzenie, ale nie chciałem go, postanowiłem je skrócić, przygotowałem nowych dziennikarzy, których wydawca sobie życzył i których stawki zaakceptował. Miesiąc po mnie odszedł drugi z redaktorów, rozłożyliśmy ten proces w czasie. Pracowałem tam osiem lat, to była moja pierwsza praca etatowa, zżyłem się z tytułem. Jeśli ktoś jest uczciwy, to nie próbuje zniszczyć tytułu, tylko dlatego, że odchodzi.

Mamy ciekawą sytuację: trzy podobne tytuły na tym samym rynku. Co teraz?

Nie zgadzam się. Profile tych pism się różnicują. Pismo Karnowskich, używając określenia Waldemara Łysiaka, to pisowski słup ogłoszeniowy. To ostre stwierdzenie, ale jest w nim dużo prawdy. Wyraźnie opowiadają się po jednej stronie sporu politycznego. Tygodnik „Do Rzeczy” jest bardziej lajtowy, ale jest to ciężkie publicystyczne pismo, które posiada swoich tytanów w postaci Łysiaka, Ziemkiewicza i Wildsteina, ale tak naprawdę to są trzy nazwiska. Gdy kurz bitewny opadnie, okaże się, że wynik naszej walki da się ocenić dopiero w grudniu br. Mamy poszerzenie rynku. To co się stało jest bardzo dobre dla środowiska dziennikarskiego. Każdy zdaje sobie sprawę z patologii dziennikarstwa III RP, polegających między innymi na tzw. blokowaniu tekstów. Proszę mi wierzyć, że Paweł Lisicki nie był wolny od tego. Nie wiedzieć czemu, jako naczelny „Rzepy” nie był zainteresowany opublikowaniem artykułu o kontrowersjach związanych z działalnością ministra Tomasza Arabskiego, a także wielu innych. Wspomniany materiał oceniłem jako atrakcyjny i zleciłem jego przygotowanie. „Uważam Rze” nie było pismem pluralistycznym. Staram się robić pismo mniej ideologiczne, ciekawe dla ludzi. Ponadto tamte pisma są pismami publicystycznymi, mają mało dziennikarzy, zajmujących się dziennikarstwem śledczym czy informacyjnym. Żadne z nich nie opublikuje artykułu naprawdę krytycznego wobec PiS, czy finansów SKOK-i oba bowiem walczą o ten sam elektorat.

Tomasz Lis powitał Pana nominację na naczelnego stwierdzeniem, że Piński to przepis na klęskę. Czym Pan mu podpadł?

Zwolniłem dyscyplinarnie jego żonę w TVP. Pewnie za jakiś czas napisze, że miał rację, i że będziemy gasili światło. Był i jest wokół nas ogromny negatywny PR. Oprócz tego „W Sieci” jest intensywnie promowane od ponad miesiąca (aż boję się otworzyć lodówkę). „Do Rzeczy” także teraz ostro się reklamuje. Trudno w takim wypadku porównywać wyniki sprzedaży. Oczywiście łączna sprzedaż tygodników będzie spadać. Na pewno segment się zwiększy, ale nie trzy razy. Pytanie ile straci na pojawieniu się „Do Rzeczy” „Wprost” – bo, że straci rzecz pewna. To sytuacja na rynku, która nie miała precedensu i nikt dziś nie może powiedzieć jak to się skończy.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl