Z Jarosławem Jakimczykiem o historii tekstu „Hak na Oleksego” z „Życia”, napisanego wspólnie z Bertoldem Kittelem 12 lat temu, rozmawia Błażej Torański. Dzisiaj rozpoczyna się proces sądowy.

Jarosław Jakimczyk, rocznik 1967. Jako dziennikarz zaczynał w Radiu Kolor. Pracował m.in. w dzienniku „Życie” i tygodniku „Wprost”, współpracował z „Rzeczpospolitą”, „Pulsem Biznesu” , tygodnikiem "Newsweek Polska" i portalem internetowym money.pl. Z wykształcenia jest historykiem sztuki po Uniwersytecie Wrocławskim.


 

Gdzie, Panie Jarku, znaleźliście z Bertoldem Kittelem tajny raport UOP-u? W koszu na śmieci czy na przystanku tramwajowym?

Nie znaleźliśmy tajnego raportu, ponieważ był on w dwóch egzemplarzach: w oryginale i w nielegalnie wykonanej kopii. Oryginał przez pomyłkę został wyniesiony z Urzędu Ochrony Państwa przez tych, którzy po wyborach w 1997 roku zrobili kopię. Popełnili błąd, bo powinni byli w urzędzie zostawić oryginał. Tymczasem wynieśli go bezprawnie do Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Opisaliśmy w „Życiu” w 1999 roku, w artykule „Hak na Oleksego” historię kradzieży tego raportu z Urzędu Ochrony Państwa i wykorzystania go do celów politycznych, rozgrywek wewnątrzpartyjnych w ówczesnej Socjaldemokracji RP.

Nie mieliście tego raportu w dłoniach?

Nie.

Ale ujawniliście jego treści, a tym samym - zdaniem prokuratury - tajemnicę państwową. Jaki interes publiczny mieliście na względzie?

Podważono wiarygodność Polski w zachodniej wspólnocie wywiadowczej kradnąc i wykorzystując do celów partykularnych dokument z klauzulą „ściśle tajne”. Opisywał on międzynarodową operację z udziałem naszych służb specjalnych, wymierzoną przeciwko odwiedzającemu Polskę w 1997 r. irlandzkiemu terroryście o orientacji komunistycznej, którego ekstradycji domaga się dzisiaj od Dublina Waszyngton. USA zarzucają mu współdziałanie z wywiadem Korei Północnej w rozprowadzaniu na masową skalę idealnie sfałszowanych banknotów studolarowych. Doniesienie na nas złożył Ryszard Kalisz, ówczesny sekretarz stanu i szef Kancelarii Prezydenta, a prokuratura oskarżyła nas o ujawnienie tajemnicy państwowej.

Może prokuratura chce pokazać na waszym przykładzie, jakie powinno być miejsce dziennikarzy w szeregu?

Tak to można postrzegać, zwłaszcza, że zachowała się personalna ciągłość. Dwanaście lat temu oskarżali nas prokurator Edyta Petryna i nadzorujący ją zastępca prokuratora okręgowego w Warszawie Zbigniew Goszczyński. Teraz pracują w Prokuraturze Generalnej. Pani Petryna zajmuje się nadzorem nad postępowaniami przygotowawczymi, a pan Goszczyński przestępczością zorganizowaną.

Skąd tak silna determinacja prokuratorów, aby posadzić Kittela i Jakimczyka na ławie oskarżonych?

Nie mam pojęcia, ale mogę domniemywać, że wkroczyliśmy w strefę niedostępną dla dziennikarzy. Prokuratura nie działa w próżni, ma swoje sympatie polityczne, powiązania. Prawdopodobnie chodzi o to, aby dać nauczkę dziennikarzom, żeby nie próbowali wtykać nosa w nie swoje sprawy. Naruszyliśmy strefę zastrzeżoną, do której dziennikarze, jako osoby niepowołane nie mają wstępu. Być może opisaliśmy taki rodzaj przestępstw, których dopuszczają się politycy, nadużywając władzy, używając do swoich rozgrywek tajnych dokumentów. Przez 12 lat zmieniło się kilka rządów, ale nikt nie był zainteresowany, żeby wyjaśnić tę sprawę. Do dzisiaj nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej funkcjonariuszy państwowych, którzy  mieli dostęp do tego dokumentu, skopiowali go i ukradli.

No właśnie. Jaką ma Pan hipotezę: dlaczego przez 12 lat nie znaleziono urzędnika, który ujawnił tajemnicę państwową, a ciąga się po sądach dziennikarzy? Tak trudno go namierzyć?

Nie. W przypadku tego typu dokumentów jest ewidencja imienna osób, które mają do nich dostęp. Odnotowuje się kto i kiedy pobrał oraz kiedy i czy zwrócił. Do tego raportu miało legalny dostęp raptem kilka osób, najwyżej pięć. Mówił o tym przed laty w radiu Janusz Pałubicki, koordynator służb specjalnych w rządzie Jerzego Buzka.

Trudno dociec, kto z pięciu osób złamał prawo? Przecież to proste.

Było proste, ale musiałaby chcieć tego prokuratura. Tymczasem prokuratura umorzyła postępowanie, bo stwierdziła, że nie można ustalić sprawcy. Śledztwo toczyło się równolegle z postępowaniem dyscyplinarnym w Urzędzie Ochrony Państwa. Osoby mające dostęp do raportu usiłowano przesłuchać z użyciem wariografu. Jeden z funkcjonariuszy - jak mówił w 2001 roku Janusz Pałubicki - odmówił udziału w przesłuchaniu z użyciem wykrywacza kłamstw. Zeznania są niejawne. Dwie z tych osób są dzisiaj świadkami prokuratury.

Kto przez 12 lat chroni tego, kto wyniósł dokument?

Być może istnieje obawa, że osoba, która wyniosła raport mogłaby w obawie przed odpowiedzialnością karną ujawnić kulisy polityczne: na czyje polecenie to zrobiła i komu go przekazała? Dlaczego nielegalnie skopiowała raport, ukradła i wykorzystała niezgodnie z prawem.

W czyim to było interesie?

Prawdopodobnie w interesie niektórych polityków związanych z postkomunistami. Koordynatorem służb specjalnych był Zbigniew Siemiątkowski, obecnie świadek oskarżenia przeciwko nam. Oryginał odnalazł się w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego.

Była to walka wewnętrzna na lewicy?

Przewodniczącym SdRP do grudnia 1997 roku był Józef Oleksy i – mając poparcie regionalnych struktur – był silnym kandydatem na lidera partii w kolejnej kadencji. Z raportu wynikało, jakoby terrorysta irlandzki chciał się z nim spotkać. Frakcja wroga Oleksemu przekonywała liderów wojewódzkich struktur, żeby go nie popierali, bo jest skompromitowany i obciąża partię. Przypominała, że wcześniej wplątał się w aferę szpiegowską z pułkownikiem wywiadu sowieckiego Władimirem Ałganowem. Ledwie się z tego wykaraskał, to teraz pakuje się jeszcze w aferę z irlandzkim terrorystą. Wobec tego trzeba się go pozbyć, zepchnąć na dalszy plan, odsunąć od kierowania partią. Tak nam to tłumaczyło kilkunastu czołowych polityków. Pewnie jest to wersja uproszczona i udramatyzowana, ale faktem jest, że Oleksy ustąpił z kandydowania na szefa partii.

Hak okazał się skuteczny?

Sądzę, że tak.

W marcu 2009 roku, 10 lat po waszej publikacji w „Życiu”, Sąd Najwyższy uznał - zresztą przy okazji innego waszego procesu - że za ujawnienie tajemnicy państwowej można ścigać także dziennikarzy.

Sąd Najwyższy dając tę wykładnię powołał się na przepisy ustawy przyjętej w stanie wojennym, o ochronie tajemnicy państwowej i służbowej z 14 grudnia 1982. Regulacje te tworzyli prawnicy ministerstwa spraw wewnętrznych kierowanego przez generała Czesława Kiszczaka. Nie jestem prawnikiem, ale dziwi mnie prymat tej ustawy w stosunku do innej, z 22 stycznia 1999 roku o ochronie informacji niejawnych, na podstawie której nie można było wszcząć śledztwa przeciw dziennikarzom. Gdy uchwalano tę ostatnią, akurat przyjmowano Polskę do NATO. Ustawa miała regulować, jak postępować i chronić tajemnicę państwową zgodnie ze standardami Sojuszu Atlantyckiego. Znamienne jest, że postanowiono nas pociągnąć do odpowiedzialności karnej na podstawie przepisów z czasu stanu wojennego.

Ale co ciekawe, Sąd Najwyższy wspierał się także wykładnią Igora Andrejewa z 1976 roku. Ten karnista był mentorem wielu czołowych dzisiaj polskich prawników. Jego uczniem jest m.in. pierwszy prezes Sądu Najwyższego Lech Gardocki. A przecież Andrejew był jednym z sędziów, którzy w 1952 roku zatwierdzali wyrok śmierci na generała Augusta Fieldorfa „Nila”, ostatniego dowódcę Kedywu Armii Krajowej.

Znowu Ałganow. „Wakacje z agentem” Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa. Słynny  tekst z „Życia” i przegrana w procesie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Może mieściliście się w jednej sekwencji?

Prawnik prezydenta Kwaśniewskiego, Ryszard Kalisz, używał przeciwko „Życiu” różnych metod. Prokuraturę zawiadomił zaraz po tym, jak zapytaliśmy go w faksie o dokument dotyczący Irlandczyka terrorysty. Nie ukazał się jeszcze nasz artykuł! Na zawiadomieniu był  gryf „tajne” i on przesądził o utajnieniu dalszego postępowania. Wedle prawa klauzulę tajności może znieść ten, kto ją nadał.

W tym samym czasie Jerzy Jachowicz opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst „Zwolnieni za Oleksego”, po którym Sąd Okręgowy w Warszawie skazał go na grzywnę 10 tys. zł za ujawnienie tajemnicy państwowej (sic!). Za co? Ujawnił „operacyjne” nazwisko funkcjonariusza UOP, który spotkał się z Marianem Zacharskim i Władimirem Ałganowem na Majorce. Czy to nie jest kolejny fragment tego samego puzzla?

Można tak to interpretować. Ale po 12 latach bardziej bawi mnie, że ten sam polityk, który jako szef kancelarii prezydenta składał doniesienia na dziennikarzy, jako poseł często grzmi z sejmowej mównicy albo z ekranu telewizora, jako obrońca wolności słowa, praw obywatelskich i praw człowieka, jako fundamentu demokratycznego porządku ustrojowego. Dostrzegam tu wyraźny dysonans z elementami farsy.

Odmówicie przed sądem składania zeznań czy ujawnicie swojego informatora?

To, czy odmówimy składania zeznań, ustalimy bezpośrednio przed procesem z naszym adwokatem. Jedno jest pewne: nigdy nie ujawnimy osobowego źródła informacji. Zakładam, że dzisiaj odczytany zostanie tylko akt oskarżenia. Przypuszczam, że postępowanie zostanie ostatecznie umorzone ze względu na niską szkodliwość czynu jak nasz drugi proces o ujawnienie tajemnicy państwowej, w związku z którym głos zabrał Sąd Najwyższy.

 

 

 

 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl