Z Ludmiłą Lwową, korespondentką moskiewskiego Radia Majak w Polsce, rozmawia Błażej Torański.

Ludmiła Lwowa jest Rosjanką od wielu lat mieszkającą w Wilnie. Jako dziennikarka zaczynała w litewskim radiu. Potem stała się niezwykle popularną na Litwie dziennikarką telewizyjną. Redagowała i prowadziła "Panoramę tygodnia". Od 1996 roku, przez trzy lata, kierowała bałtyckim biurem rosyjskiej telewizji ORT, obejmującym swoim zasięgiem Litwę, Łotwę, Polskę i obwód kaliningradzki. Od 1999 roku jest korespondentką "Radia Majak" i " Wiadomości FM" w Polsce.

 

Od kilkunastu lat Jesteś w Warszawie korespondentką moskiewskiego Radia Majak. Czy nie biorą Cię w Polsce za szpiega Putina?

(śmiech) Niestety jeden z kolegów napisał o mnie, że jestem adwokatem Putina. Na takie oceny najczęściej mogą sobie pozwolić dziennikarze, ale mówią tak, jakby sami nie wyrażali poglądów. Ja mówię na antenie to, co myślę i nie zależy to ani od Putina, ani od Miedwiediewa. Może dla Polaków moje opinie są dziwne, ale każdy ma swój sposób myślenia. A zależy on głównie od tego, na jakich wartościach ktoś został wychowany. Moja świętej pamięci mama mówiła, że jeden człowiek wierzy w Boga, inny nie wierzy, ale najważniejsze, żeby był przyzwoity i nie czynił nikomu zła. Żeby żył zgodnie ze swoimi zasadami moralnymi, które nie są kontrowersyjne dla innych.

Chcesz powiedzieć, że jesteś w pełni samodzielna w doborze i przekazie informacji, które wysyłasz do Moskwy?

Oczywiście. To ja proponuję tematy, oni je akceptują. Wybieram to, co - jak sądzę - chcieliby wiedzieć Rosjanie o Polakach. Relacjonuję historię bombiarza z Krakowa i kolejne wybory parlamentarne, mówię o nowych zasadach dla rowerzystów, o procesie generała Jaruzelskiego i – rzecz jasna – o katastrofie tupolewa. Jak widzisz, bardzo różne historie.

Czy Rosjan jeszcze interesuje Polska?

Jak każdy kraj. Oczywiście to nie jest tak, że rosyjskie media tak często mówią o Polsce, jak polskie o Rosji. W Polsce codziennie pisze się i mówi o Rosji. Najczęściej negatywnie.

Co Cię najbardziej drażni w polskich dziennikarzach?

Często wyrażają swoje poglądy, nie oddzielają opinii od informacji. Zapraszają mnie do wielu audycji, ale na palcach jednej ręki mogę wymienić pogramy, w których traktowano mnie uprzejmie. Nie mówię o sympatii, tego nawet nie wymagam, ale o szacunku dla koleżanki dziennikarki.

Są napastliwi?

Oczywiście. Z reguły są aroganccy, agresywni, podejrzliwi. Raz nawet doszło do sprzeczki w audycji na żywo, po której za dziennikarza przepraszali mnie telewidzowie. Nie chcę wymieniać nazwiska, bo liczę, że to był wypadek przy pracy.

Z czego według Ciebie wynika ta agresja?

Powiedziałabym, że z braku zawodowego taktu, profesjonalnej kultury. U was napastliwe prowadzenie wywiadu uważa się za zaletę. Ja podchodzę do tego absolutnie inaczej. Nigdy nie pozwoliłabym sobie, aby oskarżać, atakować swojego rozmówcę. Staram się czuć do niego sympatię, nawet jeśli nie podzielam jego poglądów i nie jest on żadnym bohaterem, bo zrobił coś, czego nie pochwalam. Rozmawiam tak, aby nie czuł mojej agresji czy nieprzyjaźni, bo chcę, aby się otworzył, powiedział mi o sobie prawdę.

A są kompetentni?

Rzadko. Robią wrażenie, jakby wszystko wiedzieli o Rosji. Tymczasem nie mają wiedzy, są powierzchowni. Czasami śmieszą mnie elementarne błędy, jakie popełniają.

Czy to prawda, że jeden z bardzo znanych dziennikarzy telewizyjnych nie wiedział, że Stalin był Gruzinem?

Tak, tak. Mogłabym nawet pomyśleć, że to był żart, ale jeśli nie wiedział, kto podpisał rozkaz o rozstrzelaniu polskich oficerów w Katyniu, choć dokumenty dawno zostały opublikowane, to trudno, poruszając tak ważny temat, uznać niewiedzę za żart. Przywykłam już do tego, że w oczach Polaków Rosjanie odpowiadają za wszystko, choć nie mniej niż Polacy ucierpieliśmy od reżimu. Byliśmy nieszczęśliwym narodem w ogromnym kotle Związku Radzieckiego.

Z czego więc Twoim zdaniem wynika, że zwykli Polacy i Rosjanie świetnie się dogadują w odróżnieniu od elit?

Po prostu polityka. Po każdej stronie są politycy, którzy grają na nienawiści w stosunku do Niemców, Żydów, Rosjan, Polaków czy Romów. Bywa, że za takimi hasłami idą inni, ale zdecydowana większość układa się na poziomie ludzkich relacji.

Nie znasz dziennikarzy, którzy analizują stosunki polsko-rosyjskie ze znawstwem i z kulturą?

Podam przykład dziennikarza, który często bywa w naszej ambasadzie. Czasem - jak my mówimy „za kieliszkiem wódki” (śmiech) - rozmawiamy. Mówię mu: no dobrze, przecież wszystko doskonale rozumiesz. Dlaczego wobec tego twoje teksty są takie odmienne od tego, co mówisz. On na to otwartym tekstem: „Nie mogę pisać inaczej”.

Uważasz, że polscy dziennikarze chodzą na paskach polityków?

Oczywiście. Kilka razy pisałam do rosyjskich czasopism, ostatnio do „Ogonioka”, który próbuje ponownie stanąć na nogach. Nigdy nikt nie dyktował mi, jak mam pisać. Jak wysyłam korespondencje do Radia Majak, potem bardzo skrupulatnie sprawdzam, co ukazało się na fonii.

Manipulują w materiałach?

Nie. Wczoraj wysłałam materiał o raporcie Millera i nie zmienili mi nawet przecinka. Dla mnie to bardzo przyjemne.

Nie widzisz w Polsce pluralistycznych, bezstronnych mediów?

Nie bardzo. Czytam artykuł i od razu wiem, z którą partią sympatyzuje autor. Albo - jak kiedyś powiedziałam w „Wiadomościach” TVP - gdy się patrzy na to, co dzieje się na ulicy, a potem ogląda ich program, to jakby dwa różne światy, dwie odmienne rzeczywistości.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl