Z prof. Maciejem Mrozowskim o konkurencji wśród konserwatywnych tygodników rozmawia Błażej Torański.
Maciej Mrozowski – prawnik i medioznawca, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, członek International Institute of Communication oraz Polskiego Towarzystwa Socjologicznego.
Mamy wysyp prawicowych tygodników. Jak Pan myśli: pożrą się czy znajdą miejsce obok siebie?
Erupcja tych tytułów wynika stąd, że w środowisku dziennikarzy konserwatywnych zawrzało. Ambicje wzięły górę, pojawiło się przekonanie, że nastał sprzyjający klimat społeczny, nadzieja na sukces wydawniczy. Publicyści ci uznali, że warto spróbować, bo nawet, jeśli nie będzie z tego wielkiego biznesu, to zarobi się na życie, zrobi się szum, pojawi możliwość autopromocji, samorealizacji itd. Czynnik ludzkich ambicji zawsze odgrywał w świecie mediów istotną rolę. Co jakiś czas kolejna generacja próbuje swoich sił.
Który tytuł wygra tę konkurencję?
Otóż nikt do końca nie wie, jaki jest potencjał czytelniczy, chłonność rynku. Polacy nie mają ustabilizowanego systemu wartości. W swoich fundamentalnych ramach jest on ukształtowany i sprowadza się do mieszaniny religii, socjalizmu i konserwatyzmu. Ale równocześnie socjologowie od dawna uważają, że postawy Polaków są eklektyczne, koncentrują się wokół różnych wartości, dlatego czytelnicy zmieniają swoje sympatie. Można założyć, że kryzys ekonomiczny, polaryzacja życia publicznego i wejście w życie nowego pokolenia zaktywizują ludzi wokół treści konserwatywnych. W mojej ocenie w tym roku chłonność rynku na treści prawicowe może się zwiększyć.
Prawicowe tytuły ułożą się, czy pójdą na wojnę?
Nie sądzę, aby wśród publicystów prawicowych zapanował ład. Ich ambicje zostały spuszczone ze smyczy, uwierzyli w sukces redagując „Uważam Rze”, ale tygodnik ten nie został poddany testowi długiego trwania. Gdyby tworzyli go przez dwa, trzy lata, to wiedzielibyśmy, że zapuścił korzenie. Tymczasem temperamenty tych dziennikarzy i to, co nazwałbym ich narcyzmem medialnym, być może nawet chęcią sięgnięcia po wpływy, będzie śmiertelnym zagrożeniem dla stabilizacji tworzonych przez nich tytułów.
Czy zespoły - federacje autorów, składające się niemal z samych generałów - mogą odnieść sukces biznesowy?
Jeśli zespół generałów dogada się z wolnymi strzelcami, których wielu krąży w świecie medialnym, to taka układanka może się udać. Trzeba jednak spełnić jeszcze kilka warunków. Potrzebny jest silny redaktor naczelny, nadgenerał, aby poskromić ambicje generałów, którzy się często sprzeczają o to czy oskrzydlać rząd, czy atakować go z frontu czy zrobić desant. Jest ponadto realna groźba wewnętrznych spięć, rozłamów. To może rozsadzić te zespoły od wewnątrz.
„Do Rzeczy” bardzo przypomina Panu dawne „Uważam Rze”?
Za dużo pan ode mnie wymaga. „Do Rzeczy” jeszcze nie oglądałem. Nie jestem zwolennikiem bajek, które ci młodzi ludzie opowiadają o Polsce i o świecie. Oni odrywają się od rzeczywistości w myśleniu, że mogą wykreować pewien świat, który będzie miał moc sprawczą wobec rzeczywistości. Wydaje mi się, że jest to zbyt buńczuczna wiara i że dziennikarz nie powinien wychodzić z roli opisywacza i analityka rzeczywistości. W tytułach, która się właśnie narodziły, więcej będzie publicystyki, polemiki, aniżeli analiz. Moja ocena dokonań dziennikarskich tych publicystów wskazuje na przekonanie, że uwielbiają oni osądzać rzeczywistość, nie analizować. Z analizy nigdy nie wiadomo, co wyjdzie. Analityk może dojść do wniosku, że jest fajnie, albo, że jest źle. U nich tymczasem mamy do czynienia z przekonaniem, że mają program i do niego chcą dostosować wizje świata. Przypuszczam, że rzeczywistość ich zaskoczy, ale nie można też im odmawiać prawa do sukcesu.
Po pierwszych numerach „Do Rzeczy” pojawił się pogląd, że autorzy tygodnika są bardziej radykalni, aniżeli wtedy, kiedy pracowali w Presspublice. Czy to może być droga do sukcesu?
Już od dawna to pokolenie dziennikarzy kroczy tą drogą. Moja żona co jakiś czas szkoli w telewizji dziennikarzy. Kolejne, wstępujące do zawodu pokolenia mają coraz większy kłopot z rozróżnieniem tego, co jest opisem, a co jest oceną rzeczywistości. Im się wydaje, że żyją w świecie, w którym liczy się wyrazistość. Takiego też używają języka, w którym zamiast opisu jest eskalacja dosadności, skrajności i barwności określeń. To jest choroba wszystkich mediów - prawicy i lewicy – wynik komercjalizacji, tabloidyzacji. Rynek jest nasycony, więc stosuje się zasadę chaosu: trzeba się wznieść ponad szum. Ale jak się wszyscy wybijają ponad szum, to poziom szumu rośnie. Dziennikarze są w większości więźniami takiego myślenia.
Czy paradoksalnie najbardziej na konkurencji pism konserwatywnych nie ucierpi tygodnik „Wprost”?
On dryfuje. Kiedy powstawał, był skazany na sukces. Przez kilka lat liczyły się tylko „Polityka” i „Wprost”. Potem nadszedł „Newsweek”, wzrosły wpływy „Gazety Polskiej”. Ostatnio „Wprost”, tygodnik prawicowy, zatracił swoje oblicze. Widocznie ta prawicowość była cienka, rozwodniona, kawa z mleczkiem. Teraz, kiedy na prawej stronie zaczęło się kotłować i wszyscy licytują się już coraz wyższymi kartami, wyciągają same asy, upadek „Wprost” coraz bardziej staje się logiczny. Nie wierzę w magiczne myślenie, ale ciąży na nim jakieś fatum. Po tylu zmianach, jakie zaszły na rynku, nie udało im się wygrzebać na lepsze pozycje.
Sylwestrowi Latkowskiemu także się to nie uda?
Ne sądzę, bo jak dotychczas żadnego periodyku jeszcze z kryzysu nie wyciągnął. Ale nie osądzam, tylko spekuluję, więc może ma on jakieś pomysły, może jest nieoszlifowanym diamentem? Teraz czytelnicy chcą jednak czegoś mocniejszego, a tygodnik „Wprost” się skundlił i nie wiadomo, do kogo teraz macha ogonem, a na kogo szczeka.
