Z Józefem Węgrzynem o kulisach powstania „Teleexpressu”, ingerencjach cenzorskich i telewizyjnej narracji rozmawia Marek Palczewski.

Józef Węgrzyn (rocznik 1943), dr nauk humanistycznych, redaktor, dyrektor,  reżyser, animator. Był redaktorem naczelnym studenckiego pisma ITD, szefem Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego – uruchomił plebiscyt „Wiktory”. Twórca „TELEEXPRESS-u” i   „PANORAMY”. Dyrektor II Programu TVP, członek Rady Nadzorczej TVN. W 1992 roku założył własną firmę „Media Corporation”. Jej produkcje to m.in. „Wiktory”, „Europa da się lubić”, „Jaka to melodia” i obecnie produkowany serial fabularny „Blondynka” wg scenariusza Andrzeja Mularczyka. Autor pięciu książek, w tym „Wszystkich nienawidzę Bogów” (1979) oraz „Jak przychodzi zbawienie, czyli najnowsza historia polskiej piłki nożnej” (1982). Zdobywca wielu nagród dziennikarskich, m.in. Super Wiktora w 2000 roku.

 

 

Kto wymyślił „Teleexpress”?

Ja wymyśliłem. Dlatego, że zrobiłem demo, czyli projekt i pierwsze nagranie próbne. Mój format został zaakceptowany z radością przez zarząd telewizji. Powstał zespół i dyskutowaliśmy nad budową samej informacji. Nastawiając się bardziej na wzruszenie niż na samą wiadomość. Czytałem wtedy badania amerykańskie, które opisywały dlaczego ludzie oglądają dzienniki. Odpowiedź brzmiała: dlatego, żeby coś przeżyć , wzruszyć się, a nie tylko w celach praktycznych. Dyskutowaliśmy wówczas czy program ma być oparty na groteskowym humorze, czy to ma być humor raczej ciepły, pogodny. Jeśli chodzi o samą informację, to wyznaję dewizę profesora Pisarka, którego byłem uczniem. Mówił, że informacja jest wtedy, kiedy człowiek ugryzie psa, a nie gdy pies ugryzie człowieka, bo w tym nie ma nic nadzwyczajnego. Ja uznałem, że informacja jest wtedy, kiedy zając strzeli do myśliwego. Dlatego w „Teleexpressie” było więcej ciepłego humoru niż groteski, czyli ostrzejszego spojrzenia. Byłem przekonany, że ciepłe spojrzenie jest lepiej przyswajalne.

Wzorował się Pan na jakimś zachodnim formacie?

Nie. Kiedy udzielałem wywiadów do wielu zagranicznych pism, tam też nie wiedzieli, czy takie formaty gdziekolwiek istnieją. Wspomnę tylko, że sam urządzałem scenografię, żeby odpowiadała charakterowi informacji. Jednak cały wysiłek poszedł w kierunku budowania autorytetu, wielkości i sympatii prezentera. Informacje czytał ktoś inny. Robili to dziennikarze ze szpaltami depesz z news roomu. Reszczyński miał pięć „wejść” wyłącznie komentarzowych. On mówił coś wyjątkowo interesującego w pierwszej osobie. Komentował lub prowadził dialog z „lirycznym ja” widza.

Jakie były kulisy powstania programu? Wtedy telewizja była podporządkowana partii – czy chodziło o to, żeby przekonać Polaków do Telewizji?

Takie zadanie pewnie postawiono zarządowi telewizji. Z ówczesnych badań wynikało, że młodzież przestała oglądać dzienniki. I zaproponowano mi , żebym stworzył jakiś program informacyjno-muzyczny. Nie chciałem początkowo tego robić, bo wiedziałem, że zaraz  zastopują. Wtedy jednak byłem naczelnym Warszawskiego Ośrodka TV. Nie podlegałem KC. „Kuriera” nikt nie kontrolował z KC tylko z władz warszawskich, a „Teleexpress” był robiony głównie przez ludzi Kuriera Telewizyjnego.

Czy w tamtych czasach były ingerencje w program ze strony partii, czy ingerencje cenzorskie?

To bardzo istotne pytanie, bo kiedy robiłem Teleexpress w WOT, to nie podlegał on Komitetowi Centralnemu, tylko Komitetowi Wojewódzkiemu PZPR. Sekretarzem KW w Warszawie był wtedy Marian Woźniak, który mi sprzyjał.  KW raczej mnie ochraniało, i szczerze mówiąc gdyby to nie było w WOT, to by się nie udało. Później, po 2 latach, kiedy program się ludziom wyjątkowo spodobał i codziennie oglądało go ponad 20 milionów – Teleexpressem mocno zainteresowało się KC. Postanowiło wykorzystać ten instrument do celów partyjnych. Po kilku niewinnych zatargach - głównie Reszczyńskiego ale także prezesa Roszkowskiego i mnie z sekretarzem KC tow. Janem Główczykiem – odebrano mi „Teleexpress” i „Panoramę Dnia”, którą też uruchomiłem i miałem coraz większe kłopoty.

Przyjechałem z urlopu i okazało się, że już tam nie pracuję. Po mnie szefem – tylko na moment -  był Oskar Bramski, ale zaraz go „zdjęli”. Już nie pozwolono mu robić tego, co ja robiłem. Teleexpress podłączono pod Dyrekcję Dzienników i szefem został, współpracujący wcześniej z programem, Sławek Zieliński.

Były cenzorskie ingerencje?

Oczywiście, ciągle. Tylko, że mieliśmy swoje sposoby, żeby jakoś z tego wyjść. Cały czas była walka, żeby coś się udało, żeby to dać, bo ludzie się ucieszą. Zresztą cenzorzy też nas lubili. Nawet niektórzy z KC.

Co się stało po Pana odejściu?

Ja sam zostałem dyrektorem kulturalnej, niepolitycznej „dwójki”, alternatywnej do programu pierwszego, który był polityczny. „Teleexpress”, przyjmując nowe partyjne obciążenia, poruszał się wolniej. Oglądalność spadała z 74 nawet do 27 procent. Ale i tak było dobrze. „Teleexpress” przewodził.

Co jest po latach – według Pana – największą wartością „Teleexpressu”?

Bycie życzliwym dla ludzi. Myśmy nadawali to, co ludzie chcieli zobaczyć. Jeśli ludzie chcieli zobaczyć reformy, które nie za bardzo się udają, to myśmy mówili: Spółdzielnia „Stella” zaczęła produkować „odważniki dokładniejsze”. Inny zakład nie sprzedaje już nocników tylko „podłóżkowce poniemowlęce”. Nawet na straganie nie kupicie już kwiatów tylko „materiał roślinny”.

Za to uprzejme przedszkole w Zabrzu – z powodu dużej ilości pluskiew „na zakładzie” informuje, że dzieci mogą wrócić do domów częściowo pogryzione. Za co rodziców władze przedszkola bardzo przepraszają, itp. itd.

Zmieniłby Pan coś w obecnym „Teleexpressie”?

Przede wszystkim takie drobiazgi jak to, żeby prezenter nie czytał, a komentował, bo na przykład  Orłoś ma duży potencjał i wystarczająco dobrych tekściarzy, by to robić. Poza tym puenty i żartobliwa narracja pod obrazkami powinny być przez cały program. Dawniej „Teleexpress” był w całości konsekwentny formalnie. Dzisiaj np. rozmowy Sierockiego z muzykami w krzakach wylatują z przyjętej konwencji estetycznej.

Jest taka sprawa jak budowa dramaturgii programu, nastroju, klimatu. Program musi być szybki, ale trzeba dać też ludziom czas na refleksję. Jak szybko będzie się leciało  z jednej informacji na drugą,  to się zrobi szum informacyjny. Wiele się teraz daje takich informacji politycznych czy gospodarczych, „mydło takie”. To lepiej się przymierzyć, sformułować jakąś metaforę, jakąś puentę, zrobić rzecz dłużej albo krócej, ale taką, która zostanie w głowie i nie „zamuli” programu.

Nie można zrobić programu dla wszystkich. Trzeba robić dobry dla jednych, np. dla młodej inteligencji, ale taki, żeby się wszystkim podobał. To znaczy, żeby była interesująca informacja z kultury, sportu, obyczajów, jakaś interwencja czy dramat, co powiększy target. Przecież różni ludzie oglądają telewizję.

 

 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl