Rozmowa z Dorotą Gawryluk o przyspieszonym dojrzewaniu polskich mediów, dwudziestoleciu Polsatu, cele brytach i tabloidach
Dorota Gawryluk, z d. Zelek, ur. 1972 w Limanowej, dziennikarka i prezenterka. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. W telewizji Polsat od początku lat 90. z trzyletnią przerwą (2004-2007), gdy pracowała w TVP1. Obecnie prowadzi „Wydarzenia” w Polsacie, program „Gość Wydarzeń” w Polsat News, pisuje felietony. Przez wiele lat prowadziła audycje w radiu TOK FM, a także w radiowej Jedynce. Zdobywczyni nagrody Ostrego Pióra BCC za krzewienie wiedzy ekonomicznej.
Trudno uwierzyć w to, że zaledwie dwadzieścia lat temu Polsat nadawał tylko cztery godziny dziennie. Zmiany w polskich mediach następują bardzo szybko, prawda?
I patrząc z perspektywy tych dwudziestu lat trudno też uwierzyć, że wtedy nie było w Polsce żadnego kanału informacyjnego. Dzisiaj mamy ich kilka. I tak się do nich przyzwyczailiśmy, że ciężko sobie wyobrazić czasy, w których nie można włączyć danego kanału i na bieżąco obserwować informacji. A przecież tak wtedy było. To był niesamowity rozwój mediów, przyspieszone dojrzewanie – w ciągu tych dwudziestu lat.
Czy nie niesie to za sobą nowych zagrożeń? W świecie media rozwijały się ewolucyjnie, u nas siłą rzeczy skokowo. Czy szedł za tym rozwój widowni, dziennikarstwa?
Pewnie nie, to nie jest rozwój zrównoważony. Nie chcę oceniać innych, ale nawet patrząc na siebie, łapię się na tym, że było to dwadzieścia lat pracy, uczenia się w boju, robienia materiałów, wydawania, prezentowania, pracy fizycznej. Ale były też braki, wielu rzeczy pomocnych w rozwoju nie zrobiło się, nie było na to czasu. Oczywiście, jak ktoś chce, to będzie siedział nocami, ale my wszyscy byliśmy bardzo młodzi, gdy zaczynaliśmy pracę w tym zawodzie. Gdy patrzę na reporterów na świecie, widzę doświadczonych ludzi z siwymi włosami. Nam zabrakło trochę czasu na rozwój, na poszerzanie horyzontów.
Rzeczywiście na Zachodzie, zwłaszcza w mediach anglosaskich, prawdziwymi gwiazdami są ludzie co najmniej po pięćdziesiątce, u nas nieraz tacy, którzy ledwo skończyli dwadzieścia lat...
Wszyscy mówią: a, dwudziestolatkowie, nie wiadomo, o czym będą mówili… Był niedawno taki głośny wywiad, w którym padło sformułowanie, że dwudziestolatek poucza. Nie lubię takiego powszechnego narzekania, taka jest specyfika mediów. Trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, doskonalić się i robić swoje. A gwiazdy? „Gwiazdorzenie” w mediach polega po prostu na tym, że człowiek się w nich pokazuje dość często i zapada w pamięć. To rozpoznawalność. Bycie rozpoznawalnym u nas natychmiast oznacza bycie gwiazdą. Powiedziałabym raczej, że dobrze byłoby, gdybyśmy my dziennikarze mieli świadomość tego, że trzeba się cały czas rozwijać, że daleko nam do doskonałości. Jeśli będziemy mieli tę świadomość, to będzie szansa na profesjonalizację mediów.
Czy to publiczność oczekuje, że Lis będzie celebrytą, a po wpisaniu w Google Pani nazwiska na pierwszej stronie natkniemy się na prywatne informacje o Pani dzieciach?
Tak, ludzie tego oczekują. Nie podoba mi się to, że dziennikarze stają się celebrytami, i choć wiem, że to śmiesznie brzmi, nie podoba mi się to, że opowiadam o moim życiu rodzinnym. Jest jednak takie zapotrzebowanie ze strony innych mediów, w których też pracują ludzie, my na to odpowiadamy, zastanawiając się jednocześnie, czy to ma jakikolwiek sens. Wynika to z kilku rzeczy. Także z tego, że w Polsce jest mało znanych osób, o których można pisać na okrągło, a dużo pism, które się tym zajmują, więc tak naprawdę każdy ma szansę zostać „gwiazdą”. Wystarczy, że zrobi coś sensacyjnego, albo że właśnie jest trochę bardziej znany niż inni, że ludzie go rozpoznają, i to jest właśnie przypadek nas, dziennikarzy. Gościmy w domach widzów i stąd bierze się zapotrzebowanie na informacje typu: co słychać u pani Gawryluk, czy ma męża, czy się rozwiodła, czy też nie, a może ma dzieci. Trzeba do tego podchodzić rozsądnie. Nie potępiam świata celebryckiego, to też jest jakiś sposób życia i zarabiania, ale dziennikarz musi być wiarygodny, a pojawianie się w wydekoltowanych sukniach na okładkach kolorowych czasopism może tę wiarygodność podcinać.
Polsat skończył dwadzieścia lat i w tym samym czasie wspiął się na pierwsze miejsce na drabince oglądalności wśród widzów komercyjnych. To spora zmiana, dawniej Polsat kojarzono z publicznością discopolową…
Nie tracimy tych widzów, którzy byli z nami zawsze, ale zyskujemy nowych, młodych. Z tego można się tylko cieszyć.
Rozumiem tę radość, ale skąd się to bierze? Czy z rozsądnego lokowania się między TVN a TVP? Jak Pani to ocenia?
To się bierze z pracy. W Polsacie pracują nad tym żeby oglądali nas i młodzi, i starsi, żebyśmy mieli różnorodną ofertę, żeby nie gardzić niczyimi gustami, nie odrzucać czegoś, co się podoba. Ludzie słuchają disco polo, to jest potężny rynek, nie wiem, dlaczego mielibyśmy nie dawać tej oferty. Ale jest też oferta skierowana do młodych ludzi z dużych miast.
W jednym z komentarzy odnoszących się do tego rankingu można przeczytać, że TVN jest drobnomieszczański, TVP rozchwiana, a Polsat to ma być taki stabilny środek. Czy dziennikarze Polsatu też tak to widzą?
To takie polityczne marzenie, dziś wszyscy chcą być stabilnym środkiem. W takim razie partie polityczne powinny brać przykład z Polsatu. Jak osiągnąć tę równowagę? Nie wiem, trzeba by pytać zarząd, to jest ich dzieło. Ja jestem tylko trybikiem w machinie informacyjnej.
Trzy lata temu w jednym z wywiadów stwierdziła Pani, że to nieprawda, że w Polsce są tylko dwa tabloidy, bo wszystkie media się tabloidyzują.
Tak to jest.
Skąd się to bierze?
Patrząc dziś na „Fakt” czy „Super Express”, zastanawiam się, czemu właśnie te, a nie inne tematy znalazły się na czołówkach tych gazet. Odpowiedź jest prosta. Widocznie ludzie chcą się dowiedzieć czegoś na ten temat. To ich kręci, dla nich to jest temat, to są emocje. Trudno pokazywać coś, czego widz nie chce oglądać. To byłoby nielogiczne. Telewizja musi dbać o zasady etyczne, zachowywać się zgodnie z normami, ale nie wyznacza trendów. To zresztą też jest dobre pytanie, co dziś jest trendem, co dziś jest sztuką? Tabloidy grają na emocjach, często idą po bandzie, popadają w przesadę, ale to się zdarza każdemu. Odbiorcy jednak nie są głupi, nie lubią nadmiernego przekraczania granic. Jesteśmy po to, by dostarczać ludziom informacje. Dziś wszyscy to rozumieją, choć nie zawsze tak było. Kiedyś „Fakty” chciały być opiniotwórcze, potem szybko się z tego wycofały. I chyba słusznie. Kogo dziś interesuje, co powiedział jeden pan z polityki? Co z tego wynika dla mnie, dla przeciętnego odbiorcy?
Ale to prowadzi do tego, że szukając poważniejszych informacji ze świata przełączamy się na CNN, BBC czy Sky News…
I świetnie, że mamy taki wybór. To jest spore osiągnięcie. A potem można wrócić do naszych informacji, żeby dowiedzieć się, co się dzieje u nas. Inna rzecz, że może niezbyt skutecznie pan szuka. W Polsacie News jest świetny program „To był dzień na świecie”. Zachęcam do oglądania go.
